Zobaczyłam badania, według których aż jedna trzecia Polaków uważa, że praca, którą wykonują, jest niepotrzebna. Jeśli to prawda, być może jest to najważniejsza informacja o tym, jak dzisiaj żyjemy i jakie niewidzialne prądy wpływają po cichu na to, co się z nami dzieje.
Strasznie jest czuć się zbędnym, jeszcze gorzej zostać tak zaklasyfikowanym przez kogoś. W dawnych społeczeństwach, w których nie istniały emerytury, ludzie starali się pracować czy choćby inscenizować pracę do najpóźniejszych lat życia, zamiatać już pozamiatane podwórko, byle tylko nie zostać uznanym za balast przez pozostałych.
Zasłużony polski socjolog Stefan Czarnowski napisał prawie sto lat temu zbyt słabo znaną dziś książkę o niezapomnianym tytule: „Ludzie zbędni w służbie przemocy”, o ludziach nie z własnej winy wyrzuconych na społeczny śmietnik, a potem używanych cynicznie jako narzędzie.
O wiele bliżej naszych czasów etnolog Tomasz Rakowski poświęcił poruszającą książkę ludziom, z którymi rozmawiał i wspólnie pracował – zdegradowanej kadrze zamkniętych zakładów przemysłowych – którzy wykazywali się ogromną pracowitością, choć świat dookoła nie chciał tego uznać.
Sam fakt wykonywania pracy poczucia nieprzydatności nie usuwa. W głośnej książce Davida Graebera o pracy bez sensu ankietowani przyznają, że ich stanowiska to wata: dają im zarobek, a nawet prestiż, ale równie dobrze mogłyby nie istnieć. Jednak zbędny może poczuć się też człowiek jak najbardziej samowystarczalny, pracujący, zaangażowany i pomocny.
Nie da się wytyczyć granic pracy „potrzebnej”. Gdyby ktoś chciał wykonać ćwiczenie z ekstremalnej redukcji do naprawdę podstawowych potrzeb, to musielibyśmy uznać, że praca większości z nas jest nadmiarowa.
Zapewne wielu z nas czuje się przywiązanych do mądrego wiersza Juliana Tuwima „Wszyscy dla wszystkich” („Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania, ale gdzieżby co uszył, gdyby nie miał mieszkania?”) i bardzo chcemy wierzyć, że dla każdego zajęcia jest miejsce pod wielkim dachem nieba. Ale jak mówiła niegdyś kampania pewnej sieci sklepów, są pragnienia i potrzeby, i gdyby ktoś się uparł, to do pudełka z potrzebami trafiłoby kilka-kilkanaście branż, bez których codzienne życie naprawdę by się zapadło, np. energetyka, ochrona zdrowia, rolnictwo czy wywóz śmieci. A setki zawodów, w których pracujemy, usług, które świadczymy, które nierzadko dają nam radość lub ulgę, czy to jako klientom, czy jako pracownikom, to już pragnienia – rzeczy dobre i pożyteczne, ale nie niezbędne.
Powiedzmy: branża urody, ciastkarstwa albo projektowania gadżetów – wszystkie podnoszą jakość życia i czynią je lepszym, lecz bez nich da się żyć, choć z pewnością przykrzej i smutniej. Oczywiście w tej kategorii znajduje się także pisanie felietonów. Choć skądinąd wiem, że cenią je Państwo i lubią, i za wszystkie te wyrazy dziękuję – to co najwyżej warstwa słodkiego dżemiku na konkretnym razowcu życia.
We współczesnym świecie, który nie jest przecież małą wioską, gdzie wszyscy wzajemnie muszą na sobie polegać jak u Tuwima – przydatność tego, co robimy, jest kwestią ulotnej umowy. Ludzie przekonują o swojej pożyteczności, wymyślają dla siebie użytek albo doceniają to jakoś inni. Nawet gdy swojej pracy nie znosimy i nazywamy ją robotą – nie w znaczeniu „dobrej roboty” jak u Kotarbińskiego, tylko niewdzięcznego wysiłku – lepiej jest wierzyć, że nie jest ona całkiem bez sensu.
Nikt jednak nie może do końca czuć się bezpieczny. Częste dzisiaj terroryzowanie ludzi wizją permanent underclass, czyli „ludzi zdegradowanych na dobre” wskutek zamiarów powszechnej automatyzacji szerzonych przez megalomańskie firmy, uderza w poczucie stabilności wszystkich, także w tych podstawowych branżach. To sprawia, że mogą pojawiać się punktowe wybuchy agresji, służące wskazaniu tego, kto ma być zbędniejszy, w myśl aforyzmu Stanisława Jerzego Leca, że „przedostatni Mohikanin zabija często ostatniego Mohikanina, by nim zostać”. Przez chwilę można wtedy poczuć się spokojniejszym.
Niektórzy jakby wyczuli intuicyjnie, że nastąpi oderwanie pracy od pieniądza, i rozpoczęli ewakuację różnymi wyjściami awaryjnymi, stawiając na zarobek bez zatrudnienia – dochód pasywny, a czasami nawet hazard.
Nasycenie infosfery zachętami do podejmowania takich prób mówi coś o świecie, w którym żyjemy. Dopiero okaże się, jakie skutki będzie mieć taki podział społeczeństwa według linii „ma – nie ma”. Prawdopodobnie niewesoły. Ale podejrzewam też, że wcale nie jest nierealistyczne, iż w rubryce „zawód marzeń” często będą pojawiać się nieuwzględniane jeszcze kategorie: haker oraz starszy specjalista ds. złomowania robotów.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








