Dwie niezbyt oddalone od siebie w czasie sytuacje: raz – jadę jednym z licznych połączeń kolejowych między dwoma miastami wojewódzkimi, przy czym do jednego z nich docieram koleją lokalną, a po drugim poruszam się komunikacją miejską. W pojazdach jest miejsce oraz są działające toalety, na stacji mogę przechować bagaż, a po podróży nie towarzyszy mi znajome uczucie zdrożenia i nerwówki. Wszystko toczy się według prostego trybu: rzeczy działają zgodnie z ich przeznaczeniem i instrukcją obsługi.
Druga sytuacja przywodzi na myśl lubiane sformułowanie „jak z Barei”: na innej stacji z trojga nowych drzwi działają tylko jedne, więc wchodzimy wyjściem. Toaleta na tejże stacji (ciekawe, jak często to WC staje się tak wymownym symbolem!) jest dostępna po wrzuceniu do automatu dwuzłotówki. Nie dwóch złotówek czy innych nominałów składających się na kwotę 2 zł, lecz wyłącznie dokładnie jednej, okrąglej dwuzłotówki. W dobie płatności bezgotówkowych wygląda to na nieco perfidny żarcik z pasażerów w naglącej potrzebie.
W takich sytuacjach pozostaje odwołanie się do międzyludzkiej solidarności i polskiego zwyczaju obchodzenia trudności przy pomocy sposobu. Zakup napoju w kiosku z nadzieją na otrzymanie reszty doprowadza operację do połowicznego sukcesu. Wiele osób wpadło na ten sam pomysł, co doprowadziło do braku dwuzłotówek w kiosku. Pani sprzedawczyni dzieli się jednak tajnym zaklęciem: trzeba udać się do automatu z przekąskami, wrzucić dwie złotówki i anulować zamówienie, a wtedy jest szansa, że wypadnie pożądany nominał...
Ta wielopiętrowa opowieść o zawiłej drodze do łazienki to jakby rewers przygody numer jeden. W jednej z nich to naturalne, że wszystko raczej funkcjonuje, a toczące się procesy sprzyjają ich uczestnikom w drodze. Druga – to świat oparty na usterce. Można przez niego z powodzeniem przebrnąć, ale błędem jest oczekiwanie, że cokolwiek spełnia swoje nominalne zadanie, a czynność A wiedzie do rezultatu B. Trzeba raczej wymyślać na bieżąco metody omijania coraz to nowych i znienacka pojawiających się błędów. Błąd to zasada.
Obie wersje rzeczywistości mieszczą się bowiem na swój sposób w spektrum definicji „polskiej normalności”. Przy tym ta druga, z wybojami, sposobami, zasięganiem rady i kombinowaniem, towarzyszyła mi przez znaczną część dorosłego życia; uznawałam za zupełnie oczywiste, że rzeczy raczej nie działają, niż działają, że jest raczej zamknięte niż otwarte, że nie można po prostu czegoś załatwić czy zorganizować, tylko trzeba stawiać na pomysłowość, że wyjście awaryjne jest wyjściem głównym. Nawet bez zastanawiania się – po prostu lepiej przyjąć, że taki jest standard. Radzenie sobie z nim bywało wręcz osobliwym powodem do chluby: może nic tu nie działa, ale ja – owszem! W pewnym momencie jednak zawitała nowa rzeczywistość, dla urodzonych nieco później niż ja pewnie już bardziej oczywista: taka, w której rzeczy zasadniczo działają, a awarie można zgłosić i naprawić, a wręcz zrobić aferę w internecie, że niedziałanie to skandal. Co więcej: można się spodziewać, że wszystko będzie działać, i oczekiwać pewnego standardu, a nie co najwyżej wzdychać z rezygnacją.
W kimś, kto przyłapał się – jak ja – na świadomości, że oto nastąpiła zmiana, mogą kłębić się rozmaite odczucia. Oto doświadczyłam dwóch sposobów organizacji świata. Jeden, ten na opak, wydawał mi się naturalny, poza nim istniały może krainy pieczonych gołąbków. Gdy jednak poznałam świat działania prawidłowego, ten pierwszy wydał mi się przygodą Alicji po drugiej stronie lustra, z której wyniosłam niespodziewane sprawności harcerskie. Pierwszym uczuciem może być ulga: a jednak można; doczekaliśmy się. Może wręcz przekonanie, że nie tylko potrafimy, lecz nam się należało. Wkrótce pojawia się jednak rysa niepokoju. Która wersja oprogramowania świata jest tak właściwie na opak? Być może to wcześniejsze, „dysfunkcjonalne”, to w rzeczywistości tryb domyślny, a „funkcjonująca” rzeczywistość to wypadek przy pracy, tymczasowa usterka? Jeśli tak, to może lepiej nie uznawać jej zawczasu za normalną i nadmiernie się nie przyzwyczajać, żeby nie stracić uprzednio nabytych umiejętności?
Amerykanie mawiali kiedyś, że „normalny to nazwa programu w pralce automatycznej”. To podpowiada, że sam ten termin może być dość pusty. A jednak odczuwamy jego znaczenie, umiemy zidentyfikować: „normalny” świat to ten, po którym płyniemy jakby z zamkniętymi oczami. A jednak – by kontynuować pralkową metaforę – znam, i nie tylko ja, taki świat, w którym po włączeniu pralki okazałoby się, że ona zamraża albo robi hot dogi. Myśl o tym, że musiałabym się do niego kiedyś od nowa wdrażać, irytuje. Przynajmniej mam te umiejętności, myślę sobie. Ale może doświadczenie poprawy wcale nie bywa jednoznacznie pozytywne: możliwość porównania przypomina o tym, co było. Wraca jak przykre widmo. Może właśnie teraz trwa jakieś złudzenie, błąd systemu?

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















