Reklama

Jak być dobrą matką

Jak być dobrą matką

02.08.2006
Czyta się kilka minut
Pozostaje tylko wiara, że kiedyś będzie lepiej. Bo przecież musi. Pocieszam się, jak umiem. Nie zawsze mi to wychodzi. Ostatni kryzys dopadł mnie kilka dni temu. Wróciłam do domu, obładowana zakupami w księgarniach z tanimi książkami. Zadowolona, wypakowałam stos książek na stół. Przyjrzałam im się z uwagą i ogarnęło mnie przerażenie. Osoba przy zdrowych zmysłach nie kupuje chyba takich głupot... Oto lista:.
Wyprawa Alexine Tinne, 1869 r., tuż przed zamordowaniem podróżniczki
1

1. Enza Candela Bettelli, "Perfekcyjna Gospodyni. Poradnik dla świeżo upieczonej i doświadczonej pani domu" (wyd. Bauer-Weltbild Media Sp. z o.o.)

2. Soraya, "Księga zaklęć" (wyd. REA)

3. Michele Slung, "Wśród kanibali. Wyprawy kobiet niezwykłych" (wyd. National Geographic)

4. Timothy R.V. Foster, "Kreowanie świetnych pomysłów na 101 sposobów" (wyd. IFC Press)

5. Silver Raven Wolf, "Sztuka czarów. Podręcznik magii dla każdej dziewczyny, każdego chłopaka i nie tylko" (wyd. Philip Wilson)

6. Cristina Morató, "Królowe Afryki. Zakazane biografie" (wyd. Amber)

Z "Perfekcyjnej gospodyni" dowiedziałam się, że sprzęty kuchenne należy umieszczać w kuchni tak, by były pod ręką, do zamiatania podłóg nadaje się miotła z miękkim włosiem, w szafce pod zlewem najlepiej umieścić kubeł na śmieci i środki czystości, a w sklepie, w którym robi się zakupy, powinno być czysto. Tak mnie znudziły te rady, że zrezygnowałam z czytania o tym, jak jeść jajko na miękko i na co zwracać uwagę podczas kupowania papużki.

Z książek o magii dowiedziałam się, że myślenie pozytywne jest lepsze od myślenia negatywnego, a czarownicy mogą przyczynić się do pokoju na świecie, odprawiając odpowiednie rytuały. Zanim się zacznie zmieniać rzeczywistość, trzeba zaopatrzyć się w niezbędne rekwizyty: różdżkę, miotłę, kielich, pentakl, nóż athame, kozik, kredę, świece, kociołek, rysunek świętej spirali, laskę oraz święty stożek. Kiedy się to wszystko zgromadzi, będzie można wyzwolić z siebie pozytywne energie, ale nie wiem co dalej, bo mi się odechciało tej lektury.

Według autora "101 sposobów kreatywnego myślenia" myślenie kreatywne najlepiej wychodzi w grupie. Do czekającej nas burzy mózgów można się jednak przygotować w samotności, zrywając z rutyną dnia codziennego i odwiedzając na przykład miejsca, do których się zwykle nie chodzi: "Rozglądanie się w nieznanych sklepach bywa fascynujące. Takie miejsca jak sklep z zaopatrzeniem okrętów, salon sportowy, punkt z częściami samochodowymi mogą być dla ciebie zupełnie obcym terytorium (...). Będąc zagranicą, odwiedzaj supermarkety i sklepy z artykułami żelaznymi, aby zobaczyć, czym się różnią towary, sprzęt mechaniczny i sam marketing". No dobrze, już wiem, po co jadę do Nowego Jorku, bo do tej pory nie wiedziałam. Nadal jednak mam trudności z myśleniem kreatywnym i książka pana Timothy R.V. Fostera tego nie zmieniła.

"Wśród kanibali" wpadło mi za łóżko i nadal tam leży. Do "Królowych Afryki" już mi się nawet zaglądać nie chciało. Niesłusznie. Na szczęście się przełamałam - i... dawno nie miałam do czynienia z tyloma dziwnymi, absurdalnymi i wzruszającymi historiami. Nie zaszkodziło im nawet to, że zostały opowiedziane językiem bezbarwnie rzetelnym.

***

Cristina Morató przedstawia biografie jedenastu dam, które w XIX i XX wieku spędziły na Czarnym Lądzie kawałek życia. Są wśród nich misjonarki, podróżniczki, a także żony sławnych odkrywców. Wszystkie mnie fascynują, ale jedna z nich najbardziej. Może dlatego, że nie jest bohaterką historii, tylko matką bohaterki.

Harriet Van Capellen wyszła za mąż za bajecznie bogatego przemysłowca i podróżnika Philipa Tinne'a. W roku 1835 urodziła córkę Alexine (Alexandrine), dziewięć lat później została wdową. Kiedy córka skończyła dwadzieścia jeden lat, postanowiła pokazać jej Europę. Po konnej przeprawie przez Pireneje zapisała w pamiętniku, że jest za stara na takie wędrówki, bo ma już pięćdziesiąt siedem lat. Biedaczka nie wiedziała, co ją jeszcze czeka.

Z Wenecji matka i córka pojechały do Kairu, wynajęły tam dom i rozpoczęły podróże po Środkowym Wschodzie - Alexine na wielbłądzie, Harriet, osłonięta przed słońcem parasolką, na osiołku. Poza tym trochę malowały, trochę czytały, pisywały listy do rodziny i prowadziły ożywione życie towarzyskie. W tym czasie - podobno - głównym tematem salonowych rozmów było pytanie o to, gdzie znajdują się źródła Nilu. Alexine postanowiła to sprawdzić. Zorganizowała ekspedycję badawczą. Harriet entuzjastycznie popierała jej plany.

Nie wiedząc, ile czasu może trwać taka wyprawa, zabrały "trzydzieści sześć waliz z mnóstwem eleganckich strojów, kapeluszy, halek, gorsetów, butów i parasolek. Ponadto wiozły ze sobą bibliotekę z kompletem dzieł Szekspira, meble do salonu, fortepian, zagłówki z brązu do łóżek, materace, pościel, zastawę porcelanową, sztućce ze srebra i wszystkie »drobiazgi« potrzebne do urządzenia sobie wykwintnego i wygodnego życia pod namiotem, włącznie z kąpielą w składanej wannie". Towarzyszyła im liczna służba, konie i osły, które miały służyć jako środek lokomocji, a także kilka ukochanych psów Alexine, dwie gazele i dwa młode strusie.

Ruszyły w drogę z Kairu w lipcu 1860 roku. Najpierw płynęły łodziami w górę Nilu. Potem wlokły się przez Pustynię Nubijską. Po trzech miesiącach dotarły do Chartumu, gdzie chwilę odpoczęły. Stąd udały się do Dżebel Dinka, założyły tu obóz, Harriet wróciła do Chartumu po większe zapasy żywności, a także by wynająć jedyny w mieście statek parowy. Nil był na tym odcinku gęsto zarośnięty, gnijące rośliny wielokrotnie uniemożliwiały dalszą podróż, statek trzeba było wyciągać na ląd, rozmontowywać, przenosić kilometrami w kawałkach i znów montować. Nad wodą unosiła się wieczna mgła i rozpaczliwy zapach zgnilizny, hipopotamy ryczały, wokół pływały żarłoczne krokodyle. Panie w eleganckich sukniach siedziały na pokładzie, wyszywały lub malowały pejzaże.

We wrześniu dotarły do Gondokora, skąd chciały ruszyć w głąb lądu, bo Alexine pragnęła odkryć nieznane tereny. Nie znalazły jednak tragarzy, którzy odważyliby się na taką wyprawę, więc musiały wracać z powrotem. Do odległego o trzy tysiące kilometrów Chartumu.

W Chartumie znów chwilę odpoczywały. Niezbyt długo. Alexine chciała popłynąć rzeką Bahr el Ghazal (rzeka Antylop), by dotrzeć do Afryki Środkowej. Podróż rozpoczęły w lutym 1863 roku. Po trzech tygodniach okazało się, że rzeka jest zbyt płytka, by po niej płynąć. Zeszły na ląd. Po drodze zbierały rośliny, suszyły je, klasyfikowały, układały w zielnikach. Rozpoczynała się pora deszczowa. Po kilku miesiącach, wśród niekończących się ulewnych deszczy, dotarły "na zachód w kierunku góry Gossinga". Tu musiały rozbić obóz, bo na dalszych odcinkach wszystkie drogi były zalane. Przewodnicy i eskortujący damy żołnierze uciekli. Pokojówki zachorowały i umarły. Drugiego lipca 1863 roku umarła też Harriet.

Alexine jakimś cudem wróciła do Chartumu. Zebrane rośliny, ich opisy i własnoręcznie wykonane rysunki wysłała do herbarium na dworze w Wiedniu. Materiał ten został opracowany przez naukowców i wydany w tomie zatytułowanym "Plantae Tinneanae". Na pierwszej stronie widnieje portret Harriet Van Capellen, bo to jej dedykowana jest ta praca.

Złamana śmiercią matki Alexine nie przestała marzyć o dalekich podróżach. Chciała przejść przez Saharę i dotrzeć do Timbuktu. Pod koniec stycznia 1869 roku wybrała się z imponującą karawaną do Murzuch. Była pierwszą kobietą, która dotarła do tak odległego miejsca na pustyni. W Murzuch wynajęła dom i leczyła się z kolejnego ataku malarii, wkrótce jednak powędrowała dalej. Towarzyszyli jej władcy pustyni, tajemniczy Tuaregowie. Po kilku dniach marszu przez piaski jeden z nich zamordował dziewczynę. Spodziewał się, że w żelaznych skrzyniach, które wiozła, ukrywa skarby. Była tam tylko woda.

***

Gdy Harriet Van Capellen umierała w namiocie rozbitym na skraju dżungli, miała sześćdziesiąt cztery lata. W listach do przyjaciółki chwaliła się, że polubiła życie nomadów. Kiedy myślę o tym, jak w długiej, zapiętej pod szyję sukni i kapeluszu jedzie na ośle w strugach tropikalnego deszczu, żeby jej córka mogła zrealizować swoje marzenia, zastanawiam się, czy jestem dobrą matką. Raczej nie. Ja bym takie marzenia wybijała z głowy. I pewnie większość matek też. Chyba jednak niesłusznie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]