Reklama

Raj własnego zdziwienia

Raj własnego zdziwienia

20.06.2006
Czyta się kilka minut
Dziś, we środę 14 czerwca, po obejrzeniu porcji wieczornych wiadomości przeraziłam się, że już za chwilę świat może stanąć na głowie.
Kwiaciarka na Rynku Głównym /fot. A.F. "Światowid" 1935 r.
O

O godzinie dwudziestej trzeciej byłam znów spokojna. A jednak nie stanie. Renata Beger nie przestanie jeść słodyczy, premier Marcinkiewicz nie ogoli się na łyso, a Donald Tusk nie zastąpi przez cały tydzień swojej żony przy wyprowadzaniu ich wspólnego psa. Polska przegrała z Niemcami, więc można odetchnąć z ulgą. Żadna z tych porażających wizji nie zostanie zrealizowana. A miała być, gdybyśmy wygrali. Tak przynajmniej w wieczornych wiadomościach osoby te obiecywały.

Dziwne. Zawsze mi się zdawało, że takie obietnice składa się w intencji, a nie z wdzięczności - zrobię to czy tamto, żeby się coś udało, a nie dopiero wtedy, kiedy się uda. Pewnie i ta zasada uległa zmianie, tak jak nieustannie i nieubłaganie zmieniają się nasze czasy. Jestem tych zmian świadkiem i czasem, coraz częściej, zadaję sobie pytanie, czy one - te czasy - są nadal moje? Bywa, że nie jestem tego taka pewna.

Chodzę po moim mieście, Krakowie, w którym spędziłam większość życia, i coraz bardziej czuję się w nim obca. Przestaję rozpoznawać tak dobrze mi znane ulice, domy i zaułki... Już nie jeżdżę do auto-myjni przy ul. Księcia Józefa, bo nagle stała mi się zbyt daleka, choć nadal jest tam, gdzie była. Jednak między nią a mną wyrósł nowy most na Wiśle, wcześniej jakieś rozjazdy, a dopiero później skręt w lewo, nie tam, gdzie był zawsze, więc w niego kilka razy nie trafiłam i przestałam z myjni korzystać. A przecież już znam tę trasę, bo jeżdżę nią czasami do Tesco i Carrefoura, ale tylko wtedy, kiedy muszę, lub mi się wydaje, że nie mam innego wyjścia. Bo najbardziej lubię robić zakupy na placu Na Stawach.

Kupuję tu większość rzeczy potrzebnych mi do życia, a jeśli ich na Placu nie ma, długo rozmyślam, czy nie mogłabym się bez nich obejść i najczęściej dochodzę do wniosku, że mogłabym. Znam tu wszystkie przekupki, a tych, których nie znam, poznawać już nie zamierzam. Ładując sprawunki do reklamówek, wdaję się w przyjazne pogawędki, bez większego znaczenia, bo zwykle dotyczą pogody lub tego, co zamierzam ugotować na obiad, i wracam do domu z poczuciem miło spędzonego czasu, w towarzystwie miłych ludzi, o których tak naprawdę nic nie wiem, a oni nic nie wiedzą o mnie, a mimo to wydajemy się sobie znajomi.

Ale takich znajomych i bezpiecznych dla mnie miejsc w Krakowie z roku na rok ubywa. Na przykład ulica Szczepańska, którą tak często chodzę. Mniej więcej w jej połowie, idąc od Rynku po prawej stronie, całymi latami stała sobie szara rudera, a teraz, wyremontowana i odnowiona, straszy mnie wielkimi połaciami okien i oszklonych drzwi. Za nimi panoszy się recepcja nowego hotelu, o który zresztą w mieście toczy się poniewczasie jakaś gigantyczna awantura, bo zbudowano na nim taras widokowy, z pogwałceniem wszystkich możliwych norm prawnych. Kiedyś była tu restauracja "Pod trzema rybkami", w której w czasach studenckich jadałam z kolegami pizzę z grzybami na potwornie grubym, zakalcowatym cieście. Teraz, przechodząc obok hotelu, odwracam od niego niechętnie wzrok, bo nie umiem w nim dojrzeć tego, co kiedyś znałam, układu sal, w których spędziłam sporo czasu, ich zapachu, rozmów, które tu prowadziłam, twarzy osób, z którymi tu bywałam, więc znów mam poczucie, że kolejny kawałek mojego życia odszedł w niepamięć.

***

Może dlatego właśnie w literaturze współczesnej najbardziej szukam opisów współczesnej mi rzeczywistości - by w nich także odnaleźć siebie? I nie znajduję. Większość akcji toczy się oczywiście na jakimś tle, jednak to tło jest zazwyczaj miałkie, mało konkretne i niejasne, więc zaczynam mieć poczucie, że zdolność obserwacji i jej opisywania zmarła już raz na zawsze. Sama nie wiem, czemu łatwiej mogę sobie wyobrazić codzienność końca XIX wieku niż tę z końca ubiegłego. Może po prostu czas zaczął toczyć się zbyt szybko, więc trudno go uchwycić i zatrzymać w słowach, które mogłyby go odzwierciedlić?

Powinno się jednak pisać wspomnienia. Tak przynajmniej twierdził Maurycy Opiłko, który każdą wolną chwilę poświęcał pracy nad swymi memuarami, mając nadzieję, że uda mu się je kiedyś wydać drukiem, ale mu się nie udało. Urodził się w 1902 roku w Sieprawiu, przybył do Krakowa w wieku lat szesnastu i z biegiem lat stał się znanym i szanowanym obywatelem tego miasta. Z zawodu fryzjer, właściciel zakładu fryzjerskiego "Maurycy" przy ulicy Gołębiej, z zamiłowania historyk-samouk i introligator, znawca literatury pięknej, muzyki, kina i teatru, poruszał się w świecie nobliwych krakowian z równą swadą, jak w gangsterskim półświatku Podgórza. Zmarł na serce w roku 1975 i jest bohaterem debiutanckiej powieści Moniki Piątkowskiej "Krakowska żałoba".

Piątkowska, znana reporterka, matka dwójki dzieci, niegdyś krakowianka, sama mogłaby być bohaterką literatury kobiecej, stanowiąc miłe antidotum na te wszystkie popaprane Bridget Jones, które nie potrafią znaleźć sobie miejsca w życiu ani całej pary rajstop w szafie. Wykorzystała to zresztą, jak wiadomo, pisząc z mężem, Leszkiem Talko, zabawne felietony do "Gazety Wyborczej", a później wydając je w dwóch tomach: "Talki w wielkim mieście" oraz "Talki z resztą". Na podstawie tych opowiastek został też nakręcony serial, o którym nic nie wiem, ponieważ kawałek jakiegoś odcinka, który obejrzałam, wydał mi się tak pozbawiony wdzięku, że kolejnych unikałam jak ognia.

Za to powieść Piątkowskiej czytałam z prawdziwą przyjemnością, trzymając równocześnie przez cały czas kciuki, żeby się autorce udało dobrnąć do końca z równym rozmachem, z jakim zaczęła. Niepotrzebnie. Piątkowska jest gawędziarką w najlepszym tego słowa znaczeniu, ma fantazję i wyobraźnię. Z łatwością snuje najróżniejsze wątki, porzuca je i do nich wraca, czasem trochę zbyt późno, bo już wtedy, kiedy czytelnik zdążył zapomnieć o ich istnieniu i trochę się pogubił w bujnym życiorysie Maurycego Opiłki, a także w kolejach losu jego licznej rodziny i znajomych. Być może dzięki temu właśnie "Krakowską żałobę" czyta się trochę jak kryminał, którym nie jest, choć obfituje w najróżniejsze kryminalne opowiastki - Piątkowska zna się na rzeczy, bo przez jakiś czas pisywała także felietony sądowe.

Zna także historię Krakowa, a w każdym razie jej fragmenty i swoistą obyczajowość tego miasta. Z dużą swobodą zagląda do mieszczańskich, a także profesorskich domów, nieistniejących już restauracji czy na nieistniejące targi, dzięki czemu jej opowieści nabierają realnych kształtów, które niestety pomalutku się rozmywają, im bardziej zbliżamy się do współczesności. Autorka lepiej potrafi sobie wyobrazić krakowski świat z okresu dwudziestolecia międzywojennego niż ten PRL-owski, który traktuje z pewną nieuwagą.

Mimo to właśnie za uwagę cenię ją najbardziej. Bo Piątkowska uważnie przygląda się światu i ludziom. Z ogromną wrażliwością, ale też poczuciem humoru opisuje swoich bohaterów, ich zmagania z życiem i samym sobą. Dostrzega szczegóły i drobiazgi, z równą starannością traktując sprawy mniej ważne, jak i te najważniejsze. I przez 441 stron trzyma czytelnika w napięciu, co się już naprawdę rzadko zdarza.

Pod koniec książki jedna z postaci w niej występujących stwierdza, że "jedynym uprawnionym rajem jest raj własnego zdziwienia". I ja w takim właśnie raju na chwilę sobie zostanę, zdziwiona własnym zachwytem nad "Krakowską żałobą".

Monika Piątkowska, "Krakowska żałoba",

Warszawa 2006, Wydawnictwo W.A.B.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]