W nocy z piątku na sobotę izraelskie samoloty przeprowadziły trzy fale ataków na wojskowe bazy pod Teheranem oraz w prowincjach Chuzestan i Ilam. Zbombardowano też zakłady produkujące pociski balistyczne, z których część przedarła się 1 października przez Żelazną Kopułę, kiedy Teheran mścił się dwustoma rakietami za śmierć przywódcy Hezbollahu, zabitego podczas izraelskiego bombardowania w Bejrucie.
Izraelski atak na Iran pod kontrolą USA
Najważniejszą informacją jest jednak to, że – najprawdopodobniej na wyraźne żądanie administracji Joe Bidena – samoloty ominęły cele związane z irańskim przemysłem naftowym oraz obiekty atomowe: reaktory, kopalnie i zakłady wzbogacania uranu, a także produkcji ciężkiej wody. Na takie ataki Teheran musiałby odpowiedzieć.
Tymczasem dzisiejszy nocny nalot spotkał się w irańskich rządowych mediach z lekceważeniem: Irańczycy twierdzą, że straty są niewielkie i nikt nie zginął. Nie wiadomo na razie, jak jest naprawdę, ale z oficjalnej narracji przebijają raczej rytualne groźby odwetu niż realne zapowiedzi zemsty.
To wróży, że w najbliższych dniach nie dojdzie do eskalacji konfliktu, na który zresztą Iran obecnie nie jest chyba gotowy. W tamtejszych władzach wciąż trwa szacowanie strat, jakie poniósł Teheran w ostatnich miesiącach w Strefie Gazy i południowym Libanie, gdzie jego sojusznicy – Hamas i Hezbollah – ponoszą dotkliwe straty.
Bliski Wschód po izraelskich atakach
W Gazie armia izraelska powoli wygasza już swoje działania, gdyż do pewnego stopnia osiągnęła swój cel: obszar ten jest w wielu miejscach doszczętnie zniszczony, a struktury Hamasu mocno zdezorganizowane po roku brutalnej ofensywy (będącej zemstą za masakrę z 7 października 2023 roku) oraz skutecznych atakach na kolejnych liderów organizacji.
Z kolei w południowym Libanie po zabójstwie lidera Hezbollahu Hassana Nasrallaha, którą poprzedził komunikacyjny blackout organizacji po wybuchach tysięcy pagerów i krótkofalówek używanych przez bojowników, nadal trwa szok. Nie sądzono tam, że Izrael posiada aż takie możliwości.
Szanse na ruch odwetowy Iranu
Wszystko to nie zmienia faktu, że zwłaszcza Hezbollah wciąż posiada realną siłę, a Iran pozostaje regionalną potęgą z dość nowoczesną armią, dużo silniejszą niż wojska Syrii czy Iraku w najlepszym swoim okresie. Eskalacja konfliktu między Iranem i Izraelem zapewne nie mogłaby się skończyć zwycięstwem Teheranu z uwagi na sojusz Tel Awiwu z Waszyngtonem, ale zarazem Irańczycy nie byliby łatwi do pokonania; o okupacji ich kraju nie ma mowy. Groziłby nam za to długi, asymetryczny konflikt, łącznie z blokowaniem Cieśniny Ormuz, przez którą płynie piąta część całego eksportu ropy na świecie. I niemal połowa tej używanej przez Polskę, odkąd zastąpiliśmy surowiec kupowany w Rosji tym z Arabii Saudyjskiej.
W najbliższych dniach świat z zapartym tchem będzie czekał na ruch odwetowy Iranu, ale nie wygląda na to, że miałby on ochotę na podgrzanie w obecnej sytuacji tego konfliktu. Zwłaszcza po tym, jak dowództwo armii Izraela publicznie uznało swoją akcję za zakończoną. Można podejrzewać, że – przynajmniej chwilowo – obie strony uważają rachunki za wyrównane.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















