Protesty w Los Angeles rozpoczęły się w piątek 6 czerwca po serii nalotów służb imigracyjnych (ICE), w wyniku których aresztowano ponad 100 nielegalnych imigrantów.
Protesty w Los Angeles: jak to się zaczęło?
Szczególnie gwałtownie było pod hurtownią odzieży, gdzie grupa aktywistów otoczyła wozy funkcjonariuszy, próbując utrudnić im odjazd z parkingu. Aby rozpędzić tłum, służby użyły granatów hukowych. Gdy kilka godzin później demonstranci zebrali się pod ośrodkiem, gdzie przebywali zatrzymani imigranci, w ich stronę poleciały gumowe kule i gaz łzawiący. Niektórzy rzucali w stronę funkcjonariuszy krzesłami i innymi przedmiotami.
W odpowiedzi na protesty, Donald Trump nakazał wysłanie do Los Angeles 2 tys. żołnierzy Gwardii Narodowej, co według kalifornijskich władz tylko zaostrzyło sytuację. Gdy w niedzielę na ulice wyszły już tysiące ludzi, prezydent USA dolewał oliwy do ognia, wypisując na platformie Truth Social, że protestujący to „tłum rebeliantów”, a Los Angeles opanowane jest przez „nielegalnych imigrantów i przestępców”.
W poniedziałek, w czwartym dniu protestów, prezydent USA zasugerował natomiast, że gubernator Kalifornii Gavin Newsom, polityk Partii Demokratycznej, za swoją odpowiedź na demonstracje – zdaniem Trumpa, nieudolną – powinien trafić do aresztu.
Trump szeroko interpretuje swój mandat prezydenta
Reakcja Trumpa na protesty w Los Angeles jak na dłoni pokazuje jego modus operandi w pierwszych miesiącach władzy. Republikanin nakazał wysłanie oddziałów Gwardii Narodowej bez zgody gubernatora Kalifornii. Ostatni raz coś takiego wydarzyło się w 1965 r., gdy prezydent Lyndon B. Johnson skierował żołnierzy do ochraniania protestów w Alabamie.
Podejmując jednostronną decyzję, Trump odgrzebał przepisy zezwalające prezydentowi USA na wysłanie Gwardii Narodowej na ulice, jeśli doszło do rebelii przeciwko władzy rządu federalnego (co w tym przypadku według niektórych ekspertów jest naciągane).
W wydanym w tej sprawie memorandum Trump twierdził również, że mandat do działań daje mu władza prezydencka, którą interpretuje on szeroko – co pokazał już szereg jego dekretów podpisanych w pierwszych miesiącach władzy.
To, jak Republikanin podchodzi kreatywnie do prawa, przypomina też np. jego marcowa decyzja, aby deportować do Salwadoru mężczyzn podejrzewanych o członkostwo w – istotnie groźnym – gangu Tren de Aragua. W tym celu wyciągnął z szuflady ustawę Alien Enemies Act z roku 1798, umożliwiającą przyspieszenie deportacji w sytuacji wojny lub inwazji na USA.
Czy Trump chce dociskać miasta rządzone przez Partię Demokratyczną?
W przypadku odpowiedzi na kalifornijskie zamieszki, Trumpowi może chodzić także o próbę sił z miastami zarządzanymi przez Demokratów. Te tzw. miasta-azyle od miesięcy odmawiają współpracy z federalnymi służbami odpowiedzialnymi za deportacje, za co administracja Trumpa pozwała już władze stanów Nowy Jork oraz Illinois. W końcu utrudniają mu jego sztandarową walkę z nielegalną imigracją do USA.
W obecnym starciu z Kalifornią prezydent USA nie wahał się wytoczyć kolejnych dział. W czwartym dniu protestów, które były mniej gwałtowne niż w niedzielę, nakazał skierowanie do miasta kolejnych 2 tys. żołnierzy Gwardii Narodowej oraz 700 żołnierzy marines, a więc regularnej armii.
Gubernator Gavin Newsom – dodajmy, że postrzegany jako jeden z potencjalnych kandydatów Partii Demokratycznej do walki o Biały Dom w 2028 r. – skomentował to stwierdzeniem, że to wszystko jest realizacją „fantazji prezydenta o dyktatorskich ciągotach”. Stan Kalifornia zaskarżył do sądu działania administracji Trumpa, twierdząc, że naruszono niezależność władz stanowych.
W przeszłości prezydent straszył „siedliskami przemocy”
Zamieszki w Los Angeles to woda na młyn dla retoryki Trumpa, który wielokrotnie podczas swojej kariery politycznej przedstawiał miasta zarządzane przez Demokratów jako siedliska przemocy.
Gdy walczył z Joem Bidenem o reelekcję w 2020 r., sięgnął po przykład gwałtownych zamieszek w Minneapolis i Portland, jakie wybuchły po śmierci czarnoskórego George’a Floyda, zabitego przez białego policjanta. Trump straszył wtedy, że jeśli wybory wygra jego rywal, Ameryka pogrąży się w jeszcze większym chaosie.
Z kolei w sierpniu 2022 r., jeszcze przed ogłoszeniem kolejnej kampanii, Trump przekonywał, że przyszły prezydent USA może użyć wszelkich środków, aby zaprowadzić porządek w miastach, takich jak np. kontrolowane przez Demokratów Chicago.
„Każdy, kto się przeciwstawi Trumpowi, staje się jego obsesją”
Teraz, gdy na celowniku Białego Domu znalazło się Los Angeles, jego konflikt z władzami Kalifornii może szybko się nie skończyć. Tym bardziej że już w ostatnich tygodniach krytykował ten stan za jego liberalną politykę. Np. pod koniec maja groził obcięciem funduszy federalnych, jeśli Kalifornia będzie dalej zezwalać na start transseksualnych zawodników w kobiecych zawodach sportowych.
Strategię Trumpa dobrze oddaje komentarz senatora z Kalifornii Alexa Padilli, cytowanego przez dziennik „New York Times”. Padilla mówił, że „każdy, kto mu się przeciwstawi, staje się jego obsesją. Trump może myśleć, że to dobra strategia dla jego zwolenników, ale z punktu widzenia dobra kraju to złe rozegranie”.
Po długich tygodniach ataków na amerykańskie uczelnie i ostatnim zwarciu z Elonem Muskiem być może teraz przyszła pora na liberalną Kalifornię.
Tekst ukończono we wtorek 10 czerwca w południe.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















