Hałas z nieba rodem: jak blackmetalowcy ze Szwecji zostali katolikami

Czy możliwy jest katolicki black metal? Oczywiście: sacrum to doświadczenie zachwytu i przerażenia, a wiara to zderzenie z tajemnicą i grozą nieskończoności.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

W słynnym odcinku komiksu XKCD rysunkowy bohater wyjaśnia, że nie może iść spać, ponieważ dzieje się coś bardzo ważnego: ktoś się myli w internecie. Ten żart zapowiada się na nieśmiertelny, bo mijają lata, a kolejne pokolenia wciąż wierzą, że kogokolwiek da się przekonać w dyskusji online na uczciwe – lub nie – argumenty. Ich naturą jest przecież niewygrywalność i samonapędzanie się, co zdefiniowali już pionierzy sieciowej komunikacji Gerard van der Leun i Thomas Mandel w przedpotopowym poradniku zatytułowanym „Netykieta” (słowo to zupełnie wypadło z użytku, nie mówiąc już o jego desygnacie).

Internetowe debaty nie służą ani rozmowie, ani przekonaniu kogokolwiek – raczej wyciąganiu coraz cięższych dział w służbie udowodnienia, że przeciwnik jest głupi, a uczestnicy rozchodzą się w swoje strony wyczerpani grą o pietruszkę i gotowi bronić nawet niespecjalnie znaczących opinii jak Częstochowy. To frustrujący i bezskuteczny sport, choć wciąż niejeden wierzy, że mocą swoich argumentów przełamie klątwę, a tymczasem wsiąka i przepada. Niewykluczone, że żyjemy w czasach, w których ludzie znajdują szczególną przyjemność we własnym nieubłaganiu i nieustępliwości za wszelką cenę. A jeszcze większą w udowadnianiu sobie samym, że mogą brnąć bez końca.

Ten stan rzeczy nieco mnie smuci, wolę bowiem postawę nieortodoksyjnej gotowości, by dowiedzieć się czegoś nowego o świecie i o sobie. Leży ona nieopodal zjawiska, które poeta John Keats określił „zdolnością negatywną”, czyli porzuceniem potrzeby kompletnych i jednoznacznych odpowiedzi, gotowością na zamęt, turbulencje, dysharmonie. Takie życie wydaje mi się może mniej bezpieczne, lecz poznawczo bogatsze i, miejmy nadzieję, po latach owocujące mądrością. Dlatego chętnie zwracam uwagę na przykłady takich nieoczekiwanych zwrotów, gdy ktoś wyruszył z pełnym ekwipunkiem na wyprawę, z której wrócił z czymś zupełnie innym.

Jak mogą wiedzieć co wytrwalsi moi czytelnicy, z przyjemnością słucham ekstremalnej muzyki, metalu czy noise. Ostatnio często włączam sobie nagrania szwedzkiego zespołu Reverorum Ib Malacht, który można zaklasyfikować umownie jako awangardowy black metal – gitarowy ciężar i rytmiczny pęd stanowią tu bazę zanurzoną w mgławicy atonalnych brzmień, hałasów, eksperymentów z głosem, wypływających z otchłani śpiewów. Przy całej satysfakcji obcowania z tą muzyką nie sposób nazwać ją łatwą. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że Reverorum Ib Malacht deklarują się jako artyści katoliccy.

W tych rejonach muzyki jest to zjawisko rzadkie. Metal preferuje sztafaż kojarzący się z ciemną stroną mocy; potrzeba transgresji, mizantropia, czasem uwydatnienie indywidualizmu, czasem zamiłowanie do taktyki szoku sprzyjają przybraniu teatralnie upiornego kostiumu, niekiedy w wersji karnawałowego obrazoburstwa, niekiedy przypominającego XIX-wieczny dekadentyzm. Nieczęste przykłady tzw. unblack metalu (chrześcijańskiego) nie są niestety muzycznie zbyt dobre – poczucie misji przeważa nad imperatywem tworzenia udanych kompozycji, spokój ducha nie idzie w parze z twórczą odwagą.

Co innego Szwedzi z Reverorum Ib Malacht: nie obawiają się tworzyć muzyki w pewnym sensie religijnej, ale brzmiącej naprawdę konfrontacyjnie, w której jest miejsce na natłok, na deformację, której można słuchać trwożliwie. Bo też sacrum, jak uczą na podstawach religioznawstwa, to doświadczenie zachwytu i przerażenia, a wiara to wszak także zderzenie z tajemnicą, z grozą nieskończoności. Do nabożnej grozy dotarli przez gnozę – młodzieńcze fascynacje satanizmem zaprowadziły ich do studiowania pism gnostyków, lecz szybko doszli do wniosku, że nie trzeba szukać tak daleko – i zostali katolikami.

Jest to historia o niespodziance i o paradoksie: można stać się wyznawcą tego, od czego wcześniej próbowało się jak najmocniej oddalić. Można też tworzyć sztukę przeraźliwą, a zarazem sławiącą dobro. Zakładam, że pielęgnowanie zdolności negatywnej w sobie pozwala to osiągnąć: przywiązanie do jednej drogi, do jednego wariantu zdarzeń uniemożliwia dopuszczenie do siebie możliwości zadziwienia się czymkolwiek, w tym samym sobą. Choć dla mnie przy okazji cała przytoczona powyżej historia to również przepyszny Boży żart.

 

Światło pod brudkiem. // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 47/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Hałas z nieba rodem