Reklama

Pożytki z Parlamentu

Pożytki z Parlamentu

07.04.2009
Czyta się kilka minut
Kuluary są imponujące. Tutaj budowanie kompromisów wręcz zinstytucjonalizowano. Liczba lobbystów, od maja 2008 r. obowiązkowo rejestrowanych, jest druga na świecie - po Waszyngtonie. W najnowszym numerze dodatek: PIĘĆ LAT W UNII...
Europarlament w Strasburgu /fot. Michał Kuźmiński
K

Kto sądzi, że Parlament Europejski ma dwie siedziby - w Brukseli i Strasburgu - jest w błędzie. Siedziby są aż trzy, bo biblioteka i Sekretariat Generalny mieszczą się w Luksemburgu. W stolicy Belgii spotykają się głównie komisje parlamentarne. Mogą się tu też odbywać krótkie, dwudniowe sesje parlamentu, ale te główne mają miejsce w nowoczesnej, imponującej sali posiedzeń w Strasburgu. To tutaj zjeżdżają deputowani na tygodniowe sesje raz w miesiącu.

Deputowani, frakcje, pieniądze

Z każdym kolejnym traktatem unijnym Parlament zyskuje nowe kompetencje - to ważne, bo w Unii nieustannie się dyskutuje, czy uprawnienia Parlamentu odpowiadają jego mandatowi. Jest on jedynym organem Unii wybieranym bezpośrednio przez Europejczyków, ale nie wynika z tego jeszcze, że najistotniejszym. 30 lat temu nie mógł praktycznie niczego. Dzisiaj około 75 proc. prawa unijnego powstaje w tzw. procedurze współdecydowania.

W PE deputowani zasiadają nie według narodowości, lecz w obrębie frakcji politycznych - rodzaju europejskich partii. Jest ich obecnie siedem: od Zielonych, komunistów i socjalistów, przez liberałów, chadeków, po eurosceptyków. Część posłów pozostaje niezrzeszonych (w kończącej się właśnie kadencji było ich trzydziestu). Zdaniem dobrze zorientowanego europejskiego dyplomaty, ponad 90 proc. decyzji podejmują w praktyce trzy największe grupy: chadecy, socjaliści i liberałowie. - Przechwałki niektórych posłów, opowiadających, jak to walczą o polskie sprawy, bo tysiąc razy wystąpili na mównicy, to puste słowa - mówi. - Decyzje zapadają dzięki porozumieniom najsilniejszych grup, a należy do nich połowa polskich eurodeputowanych. Czyli polski głos liczy się na pół gwizdka.

Emocje budziła niedawno kwestia pensji euro deputowanych. Do końca tej kadencji europoseł dostawał tyle samo, co poseł parlamentu krajowego w jego państwie członkowskim, a pensję wypłacało mu jego państwo. W efekcie różnice bywały nawet dziesięciokrotne. Polscy zarabiali dotąd ok. 10 tys. zł, ale np. Włosi - 13 tys. euro. Od nowej kadencji pensje zostaną więc uśrednione - każdy europoseł będzie otrzymywał 38,5 proc. wynagrodzenia sędziego Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, czyli ok. 7,7 tys. euro. Polskich deputowanych czeka więc znaczna podwyżka. Innych - znaczne cięcia. Do tego dochodzi dieta dziennopobytowa oraz zwrot kosztów podróży. Tu też nadchodzą zmiany. Dotąd poseł otrzymywał zwrot kosztów za najdroższy bilet - często zaś latał klasą ekonomiczną w tanich liniach. Według źródeł w Parlamencie Europejskim była to wręcz nieformalna zapomoga dla posłów z państw, którzy zarabiali mniej. Teraz administracja Parlamentu ma urealnić stawki za podróż.

Współdecyzje, budżet, prawa człowieka

Parlament Europejski współuczestniczy w tworzeniu prawa europejskiego. Z wnioskami dotyczącymi nowych aktów prawnych występuje Komisja Europejska (rodzaj "europejskiego rządu"), przyjmuje je zaś Parlament oraz Rada Unii Europejskiej, czyli zgromadzenie ministrów krajów Wspólnoty, właściwych danej dziedzinie. Rada wydaje przyjęty wcześniej akt prawny. Jak to wszystko działa?

Trzy podstawowe procedury to "współdecyzja", "zgoda" i "konsultacja". To, którą z nich należy zastosować, opisane jest w Traktatach - najbardziej podstawowych dokumentach opisujących działanie Unii.

Pierwsza procedura jest dziś stosowana najpowszechniej - zrównuje ona kompetencje Parlamentu i Rady. Przewiduje dwa czytania w każdej z tych instytucji. Podczas nich Parlament i Rada muszą dojść do porozumienia wobec poprawek do danego wniosku Komisji. Gdy się tak nie stanie (co w praktyce dzieje się bardzo rzadko), akt prawny trafia pod obrady tzw. komitetu pojednawczego. Zasiada w nim po 25 przedstawicieli Parlamentu i Rady. Gdy na tym forum zapadnie porozumienie, projekt wraca do Parlamentu i Rady.

Procedura konsultacji dotyczy dziedzin takich jak podatki, konkurencja czy rolnictwo - Rada zasięga tu opinii PE, który może wniosek Komisji odrzucić, przyjąć albo zażądać poprawek. Natomiast w procedurze zgody, stosowanej np. do porozumień z innymi państwami i przyjmowania nowych członków Unii - Parlament może tylko odrzucić lub przyjąć wniosek, bez zgłaszania poprawek.

PE kontroluje też pozostałe instytucje Wspólnoty. Przede wszystkim, uczestniczy w powstawaniu nowego składu Komisji Europejskiej. Jej członków nominują wprawdzie rządy krajów Unii, ale każdy kandydat zostaje na forum PE przesłuchany, a następnie głosuje się nad przyjęciem całego składu. Komisja ponosi też odpowiedzialność przed Parlamentem, który może ją zmusić do dymisji.

Kolejną kompetencją Parlamentu jest powoływanie komisji śledczych. Polakom zapadła w pamięć szczególnie komisja powołana w styczniu 2006 r. w sprawie więzień CIA w Europie.

Parlament dysponuje wreszcie uprawnieniami budżetowymi, które dzieli razem z Radą. W grudniu PE ustala budżet na następny rok, dając w ten sposób sygnał, jakie kwestie są dla niego najważniejsze.

Symboliczną wręcz rolą Parlamentu są jego działania w sprawach obrony praw człowieka. Powołując się na nie, odrzucał on wiele razy umowy z innymi krajami, zmuszając je, np. do uwolnienia więźniów politycznych lub podpisania międzynarodowych konwencji. Dzięki interwencji Parlamentu tzw. Umowa z Kotonu zawarta między Unią a 77 państwami Afryki, Karaibów i Pacyfiku zawiera tzw. klauzulę demokratyczną, która pozwala wstrzymać pomoc dla państw gwałcących prawa człowieka.

Koalicje, frakcje, kolacje

Salę plenarną w Strasburgu otacza kilka pięter przeszklonych balkonów ozdobionych zielenią. W kawiarni dla deputowanych, jak pouczani są dziennikarze, zdjęć robić nie wolno. "Nawet europosłowie mają prawo do chwili prywatności" - wyjaśnia urzędniczka odpowiedzialna za akredytacje.

Ale kuluary PE są imponujące z innego względu - to instytucja, gdzie budowanie kompromisów wręcz zinstytucjonalizowano. Liczba lobbystów, od maja 2008 r. obowiązkowo rejestrowanych, jest druga na świecie - po Waszyngtonie. Nieformalne uzgodnienia kuluarowe między posłami są tu na porządku dziennym - jako że w PE nie ma typowej "prorządowej większości" i "antyrządowej koalicji", jego działanie polega na nieustannym konstruowaniu porozumień między frakcjami. Ale nie tylko między nimi: często w trakcie prac komisji wydaje się, że rozwiązania X nikt nie poprze, nie warto go więc brać pod uwagę, a raptem okazuje się, że po kilku kolacjach i kilkunastu rozmowach powstała "koalicja przyjaciół rozwiązania X". Takie koalicje powstają w obrębie narodowości, między frakcjami politycznymi albo nawet wewnątrz nich.

Czasem sprawdzają się też inne nieformalne metody. Kiedy polscy posłowie starali się, by PE poparł Pomarańczową Rewolucję, zadbali o to, by w skrzynce każdego deputowanego znalazła się m.in. pomarańczowa apaszka. W efekcie Parlament nie tylko zajął się wydarzeniami na Ukrainie, ale też na chwilę sam stał się pomarańczowy.

Krucjata kandydata

W Polskich mediach o Parlamencie Europejskim znowu zrobiło się głośno za sprawą zbliżających się wyborów. Głośno, ale nie zawsze poważnie: newsem "Wiadomości" TVP była propozycja kandydowania ze swoich list, jaką ruch "Porozumienie dla przyszłości" (czyli m.in. SDPL i demokraci.pl) złożył... Maryli Rodowicz. Powraca też pytanie, czy dla polskiego polityka wybór do Brukseli jest rodzajem zesłania - zwłaszcza że na partyjnych listach pojawiły się nazwiska osób, ujmując to delikatnie, zużytych w bojach: Zbigniewa Ziobry, Jacka Kurskiego czy Wojciecha Olejniczaka. Rzecz ma się chyba jednak inaczej: wielu polskich eurodeputowanych - by wymienić choćby b. premiera Jerzego Buzka - dzięki pracy w PE wróciło do głównego obiegu politycznego, a co więcej - w dobrym świetle, bo Bruksela nie kojarzy się, jak Sejm, z wymianami ciosów między euro-Palikotem a euro-Kurskim. Przeciwnie, polskie nazwiska pojawiają się tu w kontekście merytorycznych, ważnych dla naszego kraju spraw.

A zatem zużyci w bojach politycy wyruszają na coś w rodzaju krucjaty: w szlachetną misję, dzięki której zmyją swoje przewiny i wrócą oczyszczeni w oczach wyborców. - Wielu Polaków w Brukseli zauważyło, że kandyduje sporo posłów o zszarganej opinii - twierdzi dobrze poinformowana osoba w PE. - Miejmy nadzieję, że będzie to działało na korzyść polskiej klasy politycznej. Nabyte tutaj doświadczenie w budowaniu kompromisów i działaniu według wysokich standardów przeszczepią po powrocie na rodzimy grunt.

Inaczej nieco wygląda strategia Platformy Obywatelskiej - nie ma tu raczej wątpliwości, że eurowybory są próbą generalną przed wyborami prezydenckimi. Zakreślając tak szerokie spektrum kandydatów, od Mariana Krzaklewskiego po Danutę Hübner, Donald Tusk próbowałby poszerzyć swą bazę społeczną - w przegranych wyborach prezydenckich w 2005 r. kojarzony był z dość wąską grupą elektoratu, podczas gdy Lech Kaczyński zdobywał poparcie od Radia Maryja po Andrzeja Leppera. Pytanie, czy w ten sposób zdoła skonstruować spójną grupę mającą działać w Parlamencie Europejskim - kibice piłkarscy wiedzą najlepiej, że jedenaście gwiazd nie stanowi jeszcze idealnej drużyny.

Inna sprawa, że Mariana Krzaklewskiego w Brukseli widywano od pięciu lat regularnie - był członkiem Europejskiej Komisji Społeczno-Gospodarczej, ciała doradczego Parlamentu. Danuta Hübner zaś, od 2004 r. Komisarz ds. Polityki Regionalnej, a wcześniej m.in. szefowa UKIE i minister ds. europejskich w rządzie Leszka Millera, jest osobą z niebywałym wręcz doświadczeniem w Unii.

Czynne prawo wyborcze do europarlamentu ma każdy dorosły obywatel UE. Co ważne, obywatel jednego kraju, który na stałe mieszka w innym, może wpisać się do rejestru wyborców i głosować na tamtejszą listę.

W Polsce o wybór może się ubiegać nie tylko obywatel polski, ale także innego kraju Unii, byle mieszkał tu co najmniej pięć lat. Podobnie w innych krajach - we Francji wybrany został Fin Ari Vatanen (skądinąd rajdowy mistrz świata z 1981 r.), zaś Daniel Cohn-Bendit, słynny przywódca paryskiej rewolucji majowej z 1968 r., raz wybierany jest we Francji, raz w Niemczech.

Frapującym pomysłem jest głosowanie na listy paneuropejskie - skoro wybiera się posłów do jednego europejskiego parlamentu, dlaczego każdy Polak nie może głosować na kandydata, powiedzmy, brytyjskiego, a Francuz na czeskiego? Orędownikiem list europejskich jest niemiecki eurodeputowany Jorgo Chatzimarkakis, z pochodzenia Grek.

- Spójrzcie tylko na mój przykład - mówi w rozmowie z "Tygodnikiem" - jestem dość znany w Niemczech, gdzie muszę startować, ale znacznie bardziej w Grecji, gdzie miałbym większe szanse na wybór. Nie jestem zresztą jedyny, także np. Cohn-Bendit działał w dwóch krajach członkowskich. Unii potrzebni są ludzie aktywni ponad granicami, bo sprawy Unii są ponadgraniczne. Zresztą, mój niemiecki dziadek pochodził z Kostrzynia - dodaje. - Polska, część mojej historii, to także kraj, w którym chciałbym działać. Nawet jeśli lista europejska miałaby być limitowana do dziesięciu czy nawet pięciu procent kandydatów, wciąż są tacy, którzy jej potrzebują, bo listy krajowe bardzo ich ograniczają.

Póki jednak fundamentem Unii są państwa narodowe, droga do list europejskich jeszcze długa.

***

Pobieżna lektura listy spraw, którymi zajmował się Parlament Europejski, może przyprawiać o poczucie urzędniczej abstrakcji. Ale są też wśród nich: umożliwienie zakazu kodowania transmisji niektórych ważnych wydarzeń sportowych; surowsze oznaczenia o szkodliwości palenia na paczkach papierosów; zwiększenie budżetu studenckiego programu wymiany Sokrates o 450 mln euro; przepisy chroniące środowisko; zmniejszenie kosztów roamingu; jasne zasady publikowania cen biletów lotniczych; umożliwienie usługodawcom pracy na terytorium całej UE.

I budżet na lata 2007-13, którego Polska będzie głównym beneficjentem.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, dziennikarz, kierownik wydania internetowego „Tygodnika”, twórca i wieloletni kierownik działu „Nauka”, zajmuje się też tematyką...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]