Reklama

Grzechy główne polskich kazań

Grzechy główne polskich kazań

15.06.2015
Czyta się kilka minut
Ogólnikowe, moralizatorskie, oderwane od życia i głoszone z pozycji wyższości – takie są często homilie. Ale zdarzają się też inne, gromadzące tłumy. Zbadaliśmy, co różni homilię dobrą od złej.
Fot. Piotr Molęcki / AGENCJA GAZETA
C

Coraz częściej ludzie wychodzą z mszy w trakcie homilii. Mówią: „Nie będę się katować” albo „Przyszedłem po duchowy pokarm, a otrzymałem godzinę ćwiczeń w powstrzymywaniu irytacji na księdza”.

Ci, którzy mają możliwość, np. mieszkają w większych miastach, szukają kościołów z dobrymi kaznodziejami. Socjologowie religii przekonują, że proces będzie się pogłębiać z powodu indywidualizowania się naszej wiary – stawiamy coraz wyższe wymagania, wybierając tylko to, co nam odpowiada, i odrzucając resztę.

Niezależnie od oceny tych socjologicznych tendencji homilia stanowi ważne duszpasterskie narzędzie. Papież Franciszek mówi wręcz, że jest „kryterium oceny bliskości i zdolności spotkania pasterza ze swoim ludem”. Ale młodzi księża przyznają, że boją się tej bliskości i nie bardzo są do niej przygotowywani w seminariach.

Nietrudno jest zdiagnozować błędy. Trudniej pokazać, na czym polega dobre kaznodziejstwo. Czy można sformułować „przepis” na dobrą homilię? Wydaje się, że nie ma innej drogi niż przyjrzeć się uważnie, jak to robią uznani kaznodzieje.

W Krakowie z dobrych kazań słynie msza odprawiana w kościele Dominikanów w niedzielę w południe – tzw. „Dwunastka”. Od 1988 r. sprawuje ją o. Jan Andrzej Kłoczowski, z wykształcenia historyk sztuki i filozof. Przez te lata dominikanin zdołał skupić wokół „Dwunastki” duże środowisko. Jego kazań słucha już trzecie pokolenie stałych uczestników mszy.

Sprawdziliśmy, co ludziom przeszkadza w kazaniach i jak to wygląda z perspektywy ambony. Przyjrzeliśmy się także homiliom o. Kłoczowskiego.

Ściąga dla księdza

Najszybciej pomoc można znaleźć w internecie. Chodzą po 10 zł, i to całkiem oficjalnie. Można je dostać w formie e-booków na każdą okoliczność: ślub, pogrzeb, Boże Narodzenie, Triduum Paschalne. Pomysłodawcy portalu, na którym można je kupić, twierdzą, że jego celem jest pomoc kapłanom, a środki z ich sprzedaży idą na utrzymanie strony.

Takich portali jest w Polsce kilka. Ich twórcy zawsze tłumaczą, że powstały z potrzeby wzajemnej pomocy i inspiracji dla księży. Nie wszystkie oferują kazania za pieniądze.

Jeden z nich – reklamujący się jako portal „wyłącznie dla księży” – funkcjonuje jako rodzaj hermetycznego portalu społecznościowego. Logować mogą się tylko księża i tylko oni mogą korzystać z homilii zamieszczanych na stronie.

Młody wikary, którego pytamy o sposób przygotowania niedzielnych homilii, mówi otwarcie: – Tak, czasem ściągamkazania z internetu. Mam wymagających słuchaczy i mało czasu.

Z kolei o. Kłoczowski w internecie szuka nie gotowców, tylko inspiracji. Dzisiaj o tym, co ludziom sprawia problem, najłatwiej przeczytać w sieci. Internet to też najszybszy sposób komunikowania się z wiernymi. – Często sygnał zwrotny, co moi słuchacze sądzą na temat niedzielnej homilii, dostaję e-mailem już w niedzielę po południu. Czasem tą drogą otrzymuję też propozycje tematów do rozważenia następnym razem – mówi kaznodzieja.

Ściąganie kazań to niejedyny problem. Teolog, z którym rozmawiamy, prosząc o anonimowość przyznaje: – Kaznodziejstwo to jeden z najsłabszych punktów polskich kapłanów.

Homilie w polskich kościołach bywają hermetyczne, mówione niezrozumiałym językiem. Ale także nieskładne, powierzchowne czy po prostu nudne. Jednak odbiór różni się w zależności od oczekiwań wiernych. Osoby z prowincji nie stawiają homiliom wysokich wymagań, parafianie z miasta – co pokazuje np. moda na odwiedzanie innych kościołów niż własny – częściej poszukują kazań na wysokim poziomie. Choć i tu oczekiwania są różne: starsi wierni, których pytamy o zdanie, nie mają potrzeby, by homilia ich poruszyła; wolą wewnętrzne skupienie i przemyślenia. To młodsi chcą kazań, które mocno przeżyją.

Wykład zamiast dyskusji

Nauka przemawiania to jeden z fundamentalnych kursów w seminarium duchownym. Okazuje się jednak, że klerycy z przedmiotu homiletyka nie wynoszą zbyt wiele.

Krzysztof (imię zmienione), kleryk z seminarium we Włocławku, trochę się tego wstydzi, ale przyznaje: z komputera korzysta u kolegów spoza seminarium (już może się z nimi spotykać) albo w kafejkach internetowych. Przez pierwsze kilka miesięcy na pierwszym roku nie wolno mu było mieć nawet telefonu komórkowego. Wytrzymał. Ale teraz uważa, że kleryk nie powinien być odizolowany od świata. Według niego młodzi księża nie umieją się odnaleźć w kontakcie z ludźmi, a co dopiero w kazaniach. – Uważam, że powinno być odwrotnie – mówi. – Jak najwięcej spotkań, wyjazdów, kontaktów. Przemawiania nie da się nauczyć z książek i na wykładzie księdza profesora.

Krzysztofa inspirują kazania ks. Piotra Pawlukiewicza. – Możliwe, że to dzięki niemu chcę zostać księdzem – tłumaczy. – Usłyszałem jego wykład dla młodzieży nagrany na jakąś kasetę magnetofonową. I pomyślałem: ale gość ma gadane. Potrafi łączyć takie czyste życiowe doświadczenia, anegdoty z kapłańską mądrością. W jego ustach każda opowiastka brzmi jak przypowieść. Takie powinny być kazania.

Według Krzysztofa na homiletyce w seminarium takiego przemawiania nie można się nauczyć. – Do tego albo trzeba mieć talent, albo profesorowie powinni umieć ten talent wydobyć. A nie zawsze potrafią – mówi. – My klerycy nawet nie wiemy, że ktoś może mieć talent oratorski. Bo nie mamy okazji, żeby go sprawdzić. Na zajęciach dużo czytamy. Ksiądz profesor dużo mówi, tłumaczy. Ale nie sprawdzamy się w praktyce. Jeśli rozmawiamy, to cichaczem w pokojach, na korytarzach albo między zajęciami. A potem wychodzimy do ludzi i czerwienimy się, jak ktoś nam powie „cześć” na ulicy. Tacy jesteśmy skrępowani.

Sprawdzamy: w większości przypadków przedmiot homiletyka w polskich seminariach i na wydziałach teologicznych polskich uniwersytetów ma formę wykładu. Najczęściej jednym z ostatnich punktów programu sa warsztaty. Dominuje „omówienie” i „wprowadzenie w problematykę”.

Ogólniki na każdą okazję

– W seminariach próbuje się nad tym pracować, choć powoli – twierdzi ks. Ireneusz Mroczkowski, teolog, były rektor Seminarium Duchownego w Płocku. – Na początku zwraca się uwagę na kształtowanie kultury słowa, poprawność językową kleryków, ale też sprawy techniczne, jak wymowa; pracuje się z logopedą. Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że mimo to ogólnie pojęta kultura retoryczna nie jest w seminariach rozwinięta.

Według ks. Mroczkowskiego powodów jest kilka. Pierwszy: młodzi, którzy przychodzą do seminariów, to pokolenie internetu. – Pytam ich: ile czasu poświęcasz, żeby odpisać znajomym na Facebooku? Mówią, że nawet godzinę – opowiada teolog. – Inspiracje czerpią z takich portali jak YouTube, mają wysoko rozwiniętą kulturę obrazkową, a nie tekstową. Zawsze im radzę: zamiast do internetu, zajrzyj do Pisma Św., do książek.

Powód drugi: brak pogłębionych studiów teologicznych. – Rozumiem, że nie każdy jest biskupem Rysiem. Ale trzeba nad sobą pracować – mówi ks. Mroczkowski. – Trzeba czytać słowniki, trzeba być po prostu dogmatykiem. Homiletyka powinna być pracą twórczą nad własnymi umiejętnościami retorycznymi. No i trzeba czytać, czytać, czytać. I to literaturę piękną.

Ks. Robert to wikariusz o pięcioletnim doświadczeniu w małej parafii pod Łodzią. Prosi o zmianę personaliów, bo obawia się reakcji parafian. – Mam wobec nich wyrzuty sumienia – zwierza się. Wyrzuty sumienia pojawiają się wtedy, gdy zdarza mu się mówić kazania „z głowy”, bez przygotowania. – Wtedy się jąkam, dukam coś pod nosem, tak żeby ludzie mnie nie zrozumieli – mówi. – Mam gotowe powiedzonka, zwroty, jak „kochane siostry i bracia” albo „Bóg miłosierny wskazuje nam, że...”. Albo coś w tym stylu. To pozwala mi pomyśleć nad następnym, pustym zdaniem. Dlaczego to robię? Nieraz naprawdę brakuje mi czasu. Teraz ksiądz to instytucja, która musi ogarnąć tysiąc spraw organizacyjnych, przygotować się do katechezy w szkole, ustawić spotkanie w grupie oazowej itd. Namysł, przygotowanie merytoryczne staje się czasem takim obowiązkiem do odbębnienia.

Zdaniem wikarego to powszechna praktyka wśród polskich księży, nie tylko młodych. – Podczas rekolekcji w innych parafiach nieraz widziałem zadrukowane kartki z pojedynczymi zdaniami zakreślonymi flamastrem – opowiada. – To nic, że te losowe zdania, czytane po kolei, niewiele razem znaczą. Księża nic sobie z tego nie robią. Traktują parafian, jakby spali w ławkach. Ale wiem, że są tacy wierni, którzy wymagają. I tych najbardziej mi żal.

Robimy z ks. Robertem eksperyment. Kopiujemy z internetu dowolne kazanie, drukujemy, na kartce zaznaczamy najbardziej ogólne, uniwersalne zdania. I odczytujemy: „Przybyliśmy do ołtarza, aby złożyć razem z Chrystusem ofiarę. Jedyną ofiarę miłą Bogu ze względu na tego, kto ofiarę składa, i na to, co mu ofiarowuje. Dlaczego Bóg oczekuje od nas ofiary? W imię wielkiej miłości Bóg postanowił podzielić się swoim szczęściem ze stworzeniem, a owo szczęście jest zależne tylko od tego, czy ludzie, z urodzenia wolni, zechcą żyć dla Boga i wzajemnie dla siebie. Zatem cała nasza pomoc niesiona temu, kto obok nas żyje w świecie egoizmu, sprowadza się do tego, abyśmy wyprosili u Boga dla niego łaskę nawrócenia, czyli tę Bożą pomoc”. – No, ładnie nam wyszło – kwituje ks. Robert. – Nikt by się nie zorientował.

Podniośle i kwieciście

Po uroczystości Bożego Ciała w kościele pw. Chrystusa Króla w Toruniu rozmawiamy z parafianami. – Nasz kościół jest chyba wyjątkiem, jeśli chodzi o kazania – mówi pani Helena, emerytowana nauczycielka. – Ksiądz proboszcz mówi bardzo ciekawie. Nie przesadza w żadną stronę: w jego kazaniach nie ma za dużo anegdot, ani jakiegoś takiego patosu. Zachowuje proporcje. I chyba takie powinny być kazania: proporcjonalne, uczciwe.

Marek, inżynier, mąż i ojciec dwójki dzieci: – Wychowałem się w małej miejscowości. Bywam tam u rodziców, chodzędo kościoła i się dziwię: ksiądz przynudza, rwie wątki, powtarza się, a ludziom zupełnie to nie przeszkadza. Rozmawiam o tym z rodzicami – nie rozumieją moich pretensji. Raz nawet usłyszałem od mamy: „Kazanie nie jest najważniejsze”. Ludzie nie przywiązują wagi do słowa. Ważne, żeby było podniośle i kwieciście.

Ks. Ireneusz Mroczkowski wskazuje także na inne zjawiska w kazaniach polskich księży. Wśród młodych kapłanów to przede wszystkim mówienie świadectw, zdawanie relacji z własnego życia. Opowiadają o powołaniu, o tym, jak je przeżywają, i co dla nich znaczy. – Rozumiem, że może to być ciekawe, ale nie powinno dominować – mówi teolog. Innym zjawiskiem jest nadmierne moralizowanie. – Podejrzewam, że jedna trzecia kazań to krytyka rzeczywistości, wytykanie grzechów. Owszem, to było zawsze, ale nie w takim natężeniu. Kazanie powinno otwierać wiernych na Słowo Boże, a nie potępiać.

Co można w tej kwestii zmienić? – Często słyszę o konkursach krasomówczych dla prawników, polonistów. Dlaczego nie ma takich konkursów dla księży? Aż się o to prosi! – mówi ks. Mroczkowski. – Skoro klerycy w seminariach potrafią brać udział w konkursach ping-ponga, niech rywalizują w dziedzinie słowa.

Jak to się robi

W homilii jednak nie o krasomówstwo chodzi. Forma ma pomagać w przekazaniu treści, ale treść nie jest zbiorem teoretycznych prawd.

– Moje kazanie nie jest dla ludzi najważniejsze. Ważne jest bowiem tylko to, bym wspomógł człowieka w jego własnych poszukiwaniach drogi do zbawienia – mówi o. Kłoczowski. – Nie ja daję wiernym siłę, przecież sam potrzebuję wzmocnienia. Ani nie ja jestem ich sędzią, tylko Bóg.

Dominikanin zauważa, że homilia nie może być przeteoretyzowana: – Gdy mówimy o Bogu, czyli o teologii, z całą świadomością trzeba równocześnie mówić o człowieku. Bóg objawił o sobie tylko to, co jest potrzebne człowiekowi tu i teraz – reszta jest mistyką.

Stąd konieczne odwołanie do ważnych dla ludzi spraw. Taki jest sens liturgii słowa – ukazać Bożą perspektywę w konkretnym życiu.

Kaznodzieja zatem podobny jest do przewodnika. Ale takie podejście wiąż się z pokusą: chęcią stania się przywódcą. – Trudno dostrzec różnicę między odpowiedzialnością za drugiego człowieka a władzą nad nim. Przed każdym wychowawcą staje pytanie: jak pomóc temu, za kogo na pewnym etapie odpowiadamy, aby stał się bardziej wolny? – zauważa o. Kłoczowski.

Niedzielną homilię zaczyna przygotowywać już na początku tygodnia – drukuje albo przekleja w laptopie czytania mszalne. – Często wracam do nich i czekam, kiedy myśl mi się zaczepi o jakieś zdanie. I tak powoli homilia dojrzewa.

Gdy w sobotę większość księży zaczyna dopiero pracować nad homilią, o. Kłoczowski już ma ją gotową.

– Nigdy nie piszę homilii ani jej potem nie czytam. Notuję tylko najważniejsze myśli w punktach. Najlepiej wychodzą mi te kazania, które bardzo dobrze przygotuję, a potem mówię zupełnie co innego – śmieje się.

Nie zdradza jednak szczegółów warsztatu. Czasem sięga do opracowanego przez Remigiusza Popowskiego i Michała Wojciechowskiego grecko-polskiego Nowego Testamentu. – To taki filologicznie dosłowny przekład z greki – chropowato brzmiący po polsku, ale cudowny, jeśli chodzi o odświeżenie języka.

Z komentarzy biblijnych korzysta bardzo rzadko i przestrzega, by robić to rozsądnie, homilii nie zmieniać w wykład.

Reszty dowiedzieć się można, słuchając krakowskiego kaznodziei (homilie dostępne są na stronie www.dwunastka.krakow.dominikanie.pl).

Z reguły homilia zbudowana jest z trzech części. We wprowadzeniu o. Kłoczowski odwołuje się do jakiegoś cytatu z Biblii. Potem następuje opis egzystencjalnych zmagań człowieka. W tej części kaznodzieja często stawia słuchaczy wobec najtrudniejszych pytań, np. jak zachować nadzieję wobec nieuchronnej śmierci. Nie narzuca jednak odpowiedzi. Po prostu daje do myślenia i powraca do wyjściowego cytatu biblijnego, z nowej strony naświetlając ludzką rzeczywistość.

Dziesięć świetnych minut

Bywa, że dominikanin posiłkuje się odniesieniami literackimi. Odnaleźć je można już w pierwszej homilii, jaką wygłosił w swoim życiu zakonnym. „Tygodnik” dotarł do kazania, które nowicjusz Kłoczowski przygotował na Boże Narodzenie w 1963 r. Prometejskie złudzenie człowieka opisane jest tam cytatem z Eliota: „Pomiędzy myślą / a rzeczywistością / pomiędzy zamiarem / a czynem / kładzie się cień”. – Czasami mi to służy, bo umiejętny cytat literacki może okazać się dobrym kluczem do tekstu biblijnego – przyznaje o. Kłoczowski. – Poezja jest uogólnieniem ludzkiego doświadczenia. Znajduję więcej prawdy o człowieku w dobrej poezji niż w kiepskiej psychologii.

Homilia sprzed 52 lat opiera się na wersecie z Prologu Ewangelii św. Jana: „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”. Odpowiedzią na głębokie i niczym niezaspokojone pragnienie człowieka jest Słowo Boga. Ale jest to odpowiedź paradoksalna, a nawet gorsząca. „Ludzkość jest o wiele bardziej idealistyczna od Boga. Chciałaby idei, wzorca, zasady. Tymczasem Bożą odpowiedzią na wyzwolenie jest Mała Dziecina płacząca w żłóbku”. Utalentowany nowicjusz doda jeszcze, że człowiek sam chciałby się zbawić, dlatego tak trudno jest „pogodzić się z tym, że może on tylko odpowiedzieć na miłość”. W homilii są dwa wyraźne odniesienia do rzeczywistości: ambiwalentna w swojej wartości... energia atomowa i Sobór, który wyjął żłóbek ze „złotej skrzyni” symbolizującej przedsoborowe czasy „poprawiania Pana Boga”.

Gdy sięgniemy do niedawnej homilii na Boże Ciało, strukturę odnajdziemy tę samą. Budowana jest ona na słowachwypowiadanych podczas mszy: „Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. „Ważne jest tutaj każde słowo” – mówi kaznodzieja. I każde rozpisane zostaje na ludzką egzystencję.

Od pierwszej homilii tę różni oszczędność w stosowaniu przymiotników. Słowa są wypowiadane niespiesznie, na niektóre pada akcent. Po akcentach pojawia się pauza. Więź ze słuchaczami budują charakterystyczne zwroty: „pozwólcie więc, że...”, „chcę przybliżyć sobie i wam...”, „pomyślałem, że dobrze będzie...”.

„Jeżeli znasz siebie, jeżeli nie żyjesz w głupawym samozadowoleniu – mówi o. Kłoczowski – to wiesz, że potrzebny ci jest dar zdrowia – ten najważniejszy. Bo jedyną naprawdę śmiertelną chorobą jest śmiertelny grzech”. „»Amen« [jako odpowiedź na słowa kapłana: „Ciało Chrystusa”] niech wypowie całą twoją niedolę i nadzieję, lęk i pewność, i to całkowite zawierzenie Jemu”. I jeszcze postscriptum homilii: „Są może wśród nas ci, którzy z rozmaitych względów nie mogą w sensie sakramentalnym przystąpić do komunii. Proszę was, otwórzcie się też na Niego. Wiem, jak bardzo bolesne jest dla wielu, że nie mogą z innymi przystąpić sakramentalnie. Ale Boża miłość przyjdzie, jeżeli się otworzysz swoją tęsknotą, pragnieniem, wolą przemiany. Dla Boga, dla Jezusa nie ma granic. Granice są jedynie w naszym sumieniu, w naszym sercu”.
Homilia trwa 10 minut. ©℗

W "Tygodniku Powszechnym" nr 25/2015 pisaliśmy o tym, jakie są kazania w Polsce A.D. 2015. Oprócz powyższego tekstu, pisaliśmy także:

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, z „Tygodnikiem” związany od 2011 r. Autor książki reporterskiej „Ludzie i gady” (Wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w polskich więzieniach i zbioru opowieści biograficznych „...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Najbardziej śmieszą mnie kazania, które wogóle nie uwzględniają słuchaczy. Np ksiądz zwraca się do wiernych z pytaniem "Dlaczego nie chodzą do kościoła?" Takich ludzi trzeba szukać poza kościołem, a do tych co przyszli przemówić z zachętą i podziękowaniem za to że przyszli. Dla mnie jako osoby świeckiej ważne jest, by kaznodzieja odwoływał się do czytań, bo na tym ma polegać homilia, jeśli więc ksiądz będzie miał codziennie czas na medytację Pisma Świętego i odnoszenia go do swojego życia, to myślę, że nie będzie miał dużych problemów z homilią. Oczywiście praca z logopedą czy psychologiem może też być pomocna.

W dotychczasowym życiu usłyszałam kilka naprawdę dobrych kazań – kilka stało się przedmiotem rozważań przy poniedziałkowych śniadaniach w pracy (u dominikanów) a potem usłyszałam dwa, przez które zdecydowałam więcej do własnego parafialnego kościoła nie chodzić i za żadne skarby nie ciągnąć tam rodziny. Oba były kazaniami przygotowanymi – bez okrągłych kwiecistych bezznaczeniowych frazesów. W jednym, domyślam się, ksiądz chciał uzmysłowić parafianom, że same ludzkie wysiłki i plany na życie mogą być łatwo zniweczone i nie warto na nich opierać życia, ale wyglądało to tak: „był sobie pan doktor, któremu dobrze się powodziło, jeździł po świecie, na wczasy, na narty do Włoch aż tu nagle… wypadek i siedzi na wózku” ani słowa o tym, że człowiek np. zaniedbał rodzinę, że zbytnio skoncentrował się na dobrach doczesnych, że cokolwiek zaniedbał a potem nie miał na czym oprzeć dalszego życia - nic – jeździł na narty i go pokarało. Tymczasem sama dopiero co zainteresowałam córkę jazdą na nartach i podróżami w ogólności, żeby się dziecko rozwijało i poznawało świat. A tu dowiedziałam się że lepiej raczej polegiwać przed telewizorkiem bo inaczej kara boska czeka. Aż strach dziecko na takie nauki zabierać. W drugim kazaniu usłyszałam o roli mężczyzny, który w opozycji do kobiety dbającej o dom „utrzymuje rodzinę finansowo” i to jego główne zadanie. Problem w tym, że w obecnych czasach na utrzymanie pracują oboje i nierzadko kobiety zarabiają więcej. Mój mąż w tamtym czasie harował jak wół i ścigał się z moimi zarobkami, przez co w ogóle nie było go w domu – zabieranie go dodatkowo na takie kazania byłoby „strzałem w kolanko”. I tak wizyta w parku okazała się optymalnym sposobem na niedzielę z rodziną.

Staram się w miarę możliwości uczestniczyć we mszy św. w dni powszechne. Cieszę się, jeśli kapłan mówi do mnie w krótkim 2-3 minutowym kazaniu. Jednakże należy pamiętać, że homilia nie jest najważniejsza. Mój śp. dziadek był głuchy jak pień (choroba zawodowa), więc w czasie kazań przeważnie zasypiał, budził się, gdy rozpoczynało się NAJWAŻNIEJSZE - liturgia eucharystyczna. Pobożne, autentyczne sprawowanie Eucharystii powinno być dla kapłana i dla wiernych najważniejsze.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]