Grochem o ścianę

Doradca prezydenta zamiast rzetelnie polemizować ustawia sobie przeciwnika.
Czyta się kilka minut

Artykuł Jana Lityńskiego ("Zaklinacz rynku", "TP" nr 21/11) jest kolejnym potwierdzeniem, że oficjalne uzasadnienie ustawy o radykalnym i trwałym cięciu składek do OFE, przeprowadzonej przez koalicję PO-PSL i popartej podpisem prezydenta, było na wskroś nierzetelne. Nie ma tu wprawdzie nic zasadniczo nowego w stosunku do tez wypowiedzianych wcześniej przez przedstawicieli rządu, ale mimo to warto podjąć polemikę: mamy wszak do czynienia z doradcą głowy państwa.

Repliki wymagałoby niemal każde zdanie tekstu Lityńskiego. Z szacunku dla Czytelników ograniczę się do najważniejszych punktów.

Autor za główny problem uznaje styl mojego wywiadu, nie odnosząc się do obszernych, merytorycznych analiz dotyczących OFE, a przedstawionych zarówno przez FOR, OECD, a także przeze mnie i wielu innych uczestników dyskusji. Jego uwagi są przy tym pospolitym ustawianiem sobie oponenta. Moja krytyka dotyczyła zawsze określonych tez, np. "teorii raka", która wbrew światowej nauce i praktyce głosi, że inwestowanie przez fundusze emerytalne w obligacje państwowe jest patologią. Zwykłym nadużyciem jest więc sformułowanie: "każda próba dyskusji z tezami Balcerowicza jest według niego »pozorną polemiką«". Pomijając rzeczową analizę rządowej (i - ostatecznie - prezydenckiej) ustawy o OFE oraz stosując ten nierzetelny chwyt, dochodzi Jan Lityński do wniosku, że debata o OFE zamieniła się (z winy mojej i innych krytyków ustawy) "w wymianę epitetów". Mamy tu więc do czynienia z ciągiem demagogii: przemilczenie - ustawianie oponenta - fałszywy zarzut. Każdy, kto śledził dyskusję o OFE, z pewnością zauważył, że to po stronie krytyków występowały merytoryczne argumenty, które napotykały odpowiedzi w stylu reprezentowanym przez Lityńskiego.

Doradca prezydenta traktuje drastyczne cięcie składek jako konieczność, bo bez tego "załamałyby się finanse publiczne". Transfery do OFE, sięgające w 2010 r. 1,6 proc. PKB, przedstawia on więc - zgodnie z linią rządową - jako główny powód narastania deficytu, pomijając resztę wydatków budżetowych, która przekraczała 44 proc. PKB. Na fałsz tego założenia wielokrotnie wskazywano, przedstawiając lepsze - dla wzrostu gospodarki i dla wysokości przyszłych emerytur - rozwiązania. Ale - jak widać - był to groch o ścianę...

Na dodatek Jan Lityński próbuje "załatwić" krytyków ustawy o OFE poprzez przyprawienie im gęby. Pisze, że wytoczyliśmy "działa ideologiczne", czytaj: nie mieliśmy merytorycznych zarzutów i propozycji. Mamy więc kolejną triadę: przemilczenie - ustawienie - fałszywy zarzut. Innym przykładem ustawienia sobie oponentów jest teza: "Przeciwnicy obecnych zmian [tzn. drastycznego cięcia składek do OFE - LB] występują jako obrońcy wolnego rynku". Jan Lityński rozprawia się z nią, dokonując fałszu. Przeciwnicy demontażu OFE na ogół nie powoływali się na zasady wolnego rynku - na pewno dotyczy to FOR, OECD i mojej skromnej osoby. Przedstawiali natomiast analizy, z których wynikało, że drastyczne cięcie składek jest gorsze - w porównaniu z alternatywnym wariantem reform - dla wzrostu gospodarczego i przyszłych dochodów, w tym emerytalnych. Do tych analiz Jan Lityński - podobnie jak inni doradcy prezydenta i rządu - nie odniósł się w rzeczowy sposób. Próby przyprawiania oponentom gęby to nie debata.

Lityński powtarza tezę, że ponieważ nastąpiły odstępstwa od niektórych pierwotnych założeń reformy emerytalnej, to teraz należy ciąć składki. Wielokrotnie z tym poglądem polemizowałem, jak widać - bez echa. Tu wystarczy powiedzieć, że byłoby to usankcjonowanie oportunizmu w polityce: ponieważ w przeszłości wystąpiły akty oportunizmu, to teraz musimy brnąć w kolejne, zamiast naprawiać błędy przeszłości. Nawiasem mówiąc domyślne twierdzenie doradcy prezydenta, jakoby błędy i zaniechanie w prywatyzacji były odpowiedzialne za obecną sytuację w finansowaniu systemu emerytalnego, jest najdelikatniej mówiąc - naciągane. Owszem: prywatyzacja powinna była być szybsza, ale mimo wszystko przychody z niej były w latach 1999-2009 równe dwóm trzecim transferów do OFE w tym samym okresie.

Doradca prezydenta pisze, jakie miał zastrzeżenia wobec systemu typu OFE w przeszłości. Na część jego krytyki, np. zbyt wysokie prowizje funduszy, wielokrotnie odpowiadano (zresztą prowizje i inne warunki działania OFE były i są kształtowane przez państwo). Inne zarzuty są po prostu niepoważne, np. "okazałe budynki - siedziby funduszy emerytalnych", które autor dostrzegł w czasie swojej "studyjnej wizyty" w Chile. To ma być argument? A gdzie odwołanie się do ogromnej literatury na ten temat? Z pewnością nie można w niej znaleźć uzasadnienia dla wyroku, jaki na OFE wydał obóz rządowo-prezydencki. Przeciwnie: z wielu krajów, które rozpoczęły budowę obowiązkowego kapitałowego systemu emerytalnego, tylko mniejszość zdecydowała się na jego demontaż: całkowity - Argentyna (rządy populistyczne) i Węgry (rządy Orbana) oraz - (na razie?) częściowy - Polska.

Jan Lityński pisze również: "Leszek Balcerowicz uważał, że radykalizm reformy, polegający na przekazywaniu do OFE aż 7,3 proc., spowoduje zbyt wielką lukę w finansach państwa". Tworzy w ten sposób wrażenie, że byłem w 1998 r. oponentem reformy emerytalnej, ale uległem, a po latach jej bronię. To nieprawda. Zdecydowanie popierałem reformę emerytalną, a w tym tworzenie

II filaru, bo uważałem, że wywiera to dodatkową presję na przyspieszenie prorozwojowych reform; zwłaszcza na prywatyzację oraz na ograniczanie wydatków, które osłabiają chęć do pracy i do oszczędzania. Jeden z głównych argumentów przeciw drastycznemu cięciu składek do OFE polega na tym, że zredukuje to ową presję.

Nie jest to płonne niebezpieczeństwo - w swoim publicznym liście do mnie min. Jacek Rostowski opowiada, na co rząd będzie mógł przeznaczyć "oszczędności" na składkach do OFE i wymienia rozmaite, ale oczywiście atrakcyjnie brzmiące wydatki budżetu. Przyznaje w ten sposób, że ograniczanie składek do OFE, które stanowią przecież indywidualne oszczędności Polaków, daje politykom możliwość zwiększenia wydatków budżetu.

Nie wiem wreszcie, o co chodzi doradcy prezydenta, gdy ubolewa nad "przeciwstawianiem dobrego rynku i złego państwa". Czy chodzi mu o "polemikę z bałamutną tezą, że ZUS to jak bank" albo z podobnie naciąganą tezą, że nie ma różnicy między repartycyjnym a kapitałowym systemem emerytalnym? Nie wiem też, o co chodzi Lityńskiemu, gdy ubolewa nad "nieufnym stosunkiem do państwa". Wiem natomiast, że zakłamana kampania przeciw

II filarowi reformy emerytalnej, której próbkę dał w swoim artykule, z pewnością takiego zaufania nie budowała i nie buduje, przynajmniej wśród ludzi, którzy nie dają się łatwo otumanić. A próbom takiego otumaniania trzeba się z całą mocą przeciwstawiać, zwłaszcza gdy pochodzą z prezydenckiego pałacu. Bo jak inaczej mamy budować w Polsce społeczeństwo obywatelskie?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 25/2011