„Grand Tour” to oniryczna podróż, w której można się zatracić

Dryfując w czasie, mieszając języki, oddając głos raz mężczyźnie, raz kobiecie, Miguel Gomes tworzy ciekawą hybrydę. Niektóre sceny jako żywo kojarzą się z „Rękopisem znalezionym w Saragossie”.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu Grand Tour, Portugalia / Włochy / Francja 2024 r. // Materiały prasowe Nowe Horyzonty
Kadr z filmu Grand Tour, Portugalia / Włochy / Francja 2024 r. // Materiały prasowe Nowe Horyzonty

Metafora filmu jako snu trąci już naftaliną, a „kino oniryczne” bywa synonimem ekranowych usypiaczy. Tym większą niespodzianką okazuje się „Grand Tour”, filmowa podróż o frapująco meandrycznej trajektorii – przez odległe krainy, obce języki, różne epoki i rodzaje kina. A do tego ta opowieść o dawnych fascynacjach tzw. Orientem zostaje przepuszczona przez dzisiejszą świadomość i wrażliwość, jakkolwiek wciąż niewolne od swoich wyobrażeń. Na powierzchni zaś mamy wcale niepowierzchowną i bardzo zwodniczą historię miłosną, rozpisaną na dwa osobne głosy, które dopełniają się w tropikalnej gorączce (czy oparach opium), jakby na przekór zachodnim dualizmom.

W przeciwieństwie do odwiecznych wypraw kawalerskich po Europie i tak chętnie uprawianych w epoce romantyzmu „podróży na wschód”, filmowy Edward (w tej roli Gonçalo Waddington) nie przemierza Azji w celach edukacyjnych, inicjacyjnych czy awanturniczych. W 1918 r. opuszcza w popłochu birmańskie Mandalaj i rusza do Rangunu, a potem do Singapuru, Bangkoku, Sajgonu i jeszcze dalej, ponieważ… ściga go narzeczona. A brytyjski urzędnik w zamorskich koloniach, choć nie pierwszej młodości, najwyraźniej nie kwapi się do ożenku. 

Ta zgoła komiczna sytuacja (niewidziana od siedmiu lat i wyraźnie zdesperowana Molly osacza go telegramami w kolejnych miastach) rozwinie się w zaskakujących kierunkach. Od początku mocno dezorientuje, albowiem fabularne sceny z przeszłości sąsiadują tu ze zdjęciami współczesnych ulic, lunaparków, marionetkowego teatru cieni, tworząc coś na kształt ponadczasowego snu Edwarda, podróżnika sprzed stu lat. Nawet klucz wizualny (część zdjęć jest kolorowa, część czarno-biała) okaże się mylnym tropem. Wszak logika marzeń sennych rządzi się własnymi prawami.

Pewnie dlatego właściwy „Grand Tour”, rozpoczynający się od jazdy bohatera pociągiem, przypomina początek „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha Jerzego Hasa, a niektóre sceny, jak spotkanie miejscowych piękności w wypełnionej westchnieniami nocnej dżungli, jako żywo kojarzą się z „Rękopisem znalezionym w Saragossie”. Film Gomesa ma wiele z tamtej poetyki. Oczywiście, dzisiejszy reżyser w innym celu opowiada swą orientalną bajkę i nie przypadkiem osadza ją u schyłku kolonialnych potęg. Podobny jednak panuje klimat, łączący przygodową konwencję z poczuciem egzystencjalnej przygodności. Mimo iż azjatycka rzeczywistość wydaje się uwodzicielska w swoim bogactwie natury i kultury, cały tour naznaczony jest śmiertelnym oddechem, a ludzie chwilami mają konsystencję duchów. Można by szumnie napisać: oto na naszych oczach przemija postać świata – gdybyśmy nadal nie mieli do czynienia z jej licznymi powidokami. Czy rzeczywiście ci bawiący się dziś Azjaci z kolorowych przebitek nie muszą już usługiwać swoim sahibom, również tym z aparatami fotograficznymi i kamerami?

To jedna z wielu nitek interpretacyjnych, bo owa dwugodzinna podróż, odbywająca się koleją, parostatkiem, kutrem rybackim albo w lektyce, w towarzystwie europejskich handlarzy i artystów, amerykańskich żołnierzy i buddyjskich mnichów, rozszczepia się w połowie i podąża dalej osobnym wątkiem. Do akcji wkracza wówczas Molly (Crista Alfaiate), ze swoimi kompulsywnymi prychnięciami, którymi rozbraja nadętą powagę kolonialnego świata tudzież absurd swojej sytuacji. I wnosi do fabuły własną wersję historii. Podążając tropem opornego narzeczonego, kobieta przeżywa zupełnie inny trip, inaczej motywowany, niżby się mogło wydawać, z własną tajemnicą i wieloma odcieniami emocjonalnymi. Tylko czy można nieustannie wierzyć w istnienie kogoś, kto ciągle ucieka? Aż się prosi, żeby rozczytać tę postać w odniesieniu do innej Molly, tej z „Ulissesa” – zmysłowej, czującej, mówiącej światu „tak”.

Dryfując w czasie, mieszając języki i oddając głos raz mężczyźnie, raz kobiecie („Grand Tour” jest także gawędą snutą dosłownie, poza kadrem), tworzy Gomes ciekawą hybrydę filmową. Zainscenizowana w studiu przeszłość zderza się z surowym materiałem kręconym przez samego reżysera na ulicach kilku krajów, podczas jego podróży po Azji. Lecz choć i tym dokumentalnym zdjęciom dałoby się zarzucić orientalizujące spojrzenie, lepiej nie zapędzać się w pułapki hiperpoprawności. 

Filmując bary karaoke, walki kogutów i wizytę u wróżki, portugalski reżyser nie udaje, że zdołał przeniknąć to uniwersum; są to poza tym światy całkowicie odmienne, celowo sprowadzone, mimo literalnych oznaczeń, do wspólnego mianownika. Dostajemy więc poniekąd film o zachodnich przedstawieniach obcych kultur, a zatem także o ich ograniczeniach. Niezależnie od tego, czy stylizuje się na stare kino, z wyraźnymi zresztą anachronizmami, czy na amatorski zapis turystyczny, pozostaje „Grand Tour” przede wszystkim, parafrazując tytuł poprzedniego filmu Gomesa, „baśnią z tysiąca i jednej nocy”. Tyle że przesuniętą bardziej na wschód kontynentu, zorientowaną raczej na egzotykę niż etnografię. Tak czy inaczej, skazaną na spojrzenie outsidera.

To film dla tych, którzy wolą się w tym śnie zatracić, niż dla tych, którzy wypatrują w nim twardych sensów. Poszukiwacze treści krytycznych w duchu postkolonialnym będą narzekać na zbytnie rozrzedzenie intelektualnej materii, a nawet zarzucą mu ukrytą nostalgię. Ale jeśli jest w „Grand Tour” jakaś tęsknota, to nie za minionym porządkiem ani za celebrującym go „kinem dziedzictwa”, ani też, dla odmiany, za światem lub kinem idealnym. W onirycznym bądź autotematycznym nawiasie zawiera się tęsknota za sensem, który zbyt długo jedynie Molly był dostępny, który odbija się w jej postrzeganiu rzeczywistości i traktowaniu innych ludzi.

Wygrywany na bogato Orient stanowi jedynie dekorację dla tych poszukiwań. Jeśli nawet Gomes przedstawia je nazbyt mgliście, umownie czy momentami zbyt efektownie, dostarcza za to przyjemności obcowania z czymś bardzo ulotnym. Udaje mu się opowiedzieć sen, także ten zbiorowy, co w słowach, jak wiadomo, skazane byłoby na porażkę. U niego natomiast znajduje swój odpowiednik w bardzo intensywnych obrazach, do końca nieprzewidywalnych, pochodzących z różnych rejestrów i zarazem przenikających się nawzajem. W odróżnieniu od tych głównych snów, śnionych równolegle przez Molly i Edwarda, próbują pięknie ze sobą rozmawiać. 

GRAND TOUR – reż. Miguel Gomes. Prod. Portugalia/Włochy/Francja 2024. Dystryb. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty. W kinach od 7 lutego. 

Miguel Gomes, portugalski reżyser i scenarzysta, uznanie zdobył filmem „Tabu” (2012), docenionym m.in. na Berlinale. W 2015 r. odbyła się premiera jego ekscentrycznej trylogii „Tysiąc i jedna noc”, czyli współczesnej opowieści Szeherezady z istotnymi wątkami społecznymi. Po „Dziennikach ewoinpreis” (2021) przyszła pora na „Grand Tour”, nagrodzony za reżyserię w Cannes.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 6/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Tropikalny trip