Gra w okręgi wyborcze. Dlaczego nie każdy głos waży tyle samo

Granice okręgów wyborczych od dawna nie odzwierciedlają zmian demograficznych i wypaczają ostateczny wynik wyborów. Ale czy warto domagać się reformy, ryzykując kolejny rozdział wojny polsko-polskiej?
Czyta się kilka minut
Liczenie głosów w wyborach samorządowych we Wrocławiu. 7 kwietnia 2024 r. // Fot. Krzysztof Zatycki / Forum
Liczenie głosów w wyborach samorządowych we Wrocławiu. 7 kwietnia 2024 r. // Fot. Krzysztof Zatycki / Forum

Sądzi zwykle, kto przegrywa, że gra nie jest sprawiedliwa” – tę refleksję matematyka wyborczego Wojciecha Słomczyńskiego lepiej potraktować jako ostrzeżenie niż sarkazm, mając w pamięci wydarzenia sprzed ponad roku. 

Tyle już minęło od czasu, gdy politycy PiS –  spodziewając się porażki w wyborach prezydenckich – układali narracje o dostawianych krzyżykach i autobusach z wyborcami krążącymi od komisji do komisji. Tylko po to, by chwilę później bronić uczciwości wyborów, gdy Koalicja Obywatelska, po zaskakującej porażce Rafała Trzaskowskiego, dała się zwieść opowieściom o masowych oszustwach. 

Rzecz rozeszła się po kościach, lecz doświadczenie ataku na amerykański Kapitol w styczniu 2021 r. pokazuje, w jak krótkim czasie hasło „skradzionych wyborów" może zmobilizować tłumy zawiedzione wynikiem. 

Żyjemy w czasach, kiedy popyt na oburzenie – napędzany przez media społecznościowe – jest tak wielki, że każda wątpliwość w sprawie systemu wyborczego może stać się pożywką dla oskarżeń o zaplanowane fałszerstwa. Dlatego warto przyjrzeć się wszelkim skrzywieniom chłodnym okiem: ocenić ich rzeczywistą skalę, zrozumieć ich przyczyny i ostrożnie dobrać lekarstwa – nieodpowiednio podane mogą zaszkodzić bardziej niż sama choroba.

Sejm musi zatwierdzić korekty, ale tylko na papierze

Sprawa korekty demograficznej okręgów wyborczych wraca właśnie do politycznych dyskusji, warto więc przypomnieć, w czym jest problem. Prawo nakłada na Państwową Komisję Wyborczą obowiązek wyliczenia pod koniec kadencji, ile mandatów powinno przypadać na każdy okręg, proporcjonalnie do liczby jego aktualnych mieszkańców. PKW wysyła takie analizy do Sejmu – który powinien je zatwierdzić, lecz w praktyce może je po prostu zignorować. I ignoruje: korekty granic nie było ani w 2015, ani w 2019, ani w 2023 roku.

Siły blokujące zmiany rodzi prosty mechanizm: posłowie z wyludniających się okręgów, które powinny stracić mandaty, już siedzą w ławach sejmowych i czują się zagrożeni. Nie wiadomo, dla kogo zabraknie miejsca, więc boją się wszyscy, niezależnie od barw partyjnych. Z kolei tych posłów, którzy zdobyliby dodatkowe mandaty w powiększonych okręgach, w Sejmie po prostu jeszcze nie ma – nie mogą więc lobbować za zmianą. 

Jest legislacyjną niedoróbką to, że Sejm musi co prawda takie korekty parafować, ale to wszystko. W efekcie mamy przykład instytucjonalnej ułomności, w której prawo obowiązuje na papierze, ale żaden mechanizm nie wymusza jego stosowania.

Problem gryzie w oczy, lecz z międzypartyjnego punktu widzenia jego skala jest ograniczona – mamy do czynienia z przesunięciami jednego mandatu na okręg, z wyjątkiem w postaci podwarszawskiego „obwarzanka”, gdzie trzeba byłoby dodać tych mandatów więcej. Co ważniejsze, polityczny efekt takich zmian jest nieprzewidywalny. 

Przeliczenie wyników ostatnich wyborów sejmowych pokazuje, że to PiS stracił na braku korekty – zdobyłby dwa mandaty więcej, gdyby ją przeprowadził w epoce swoich rządów. 

Symulacja na podstawie głosowania w wyborach europejskich z roku 2024 daje jeszcze inny obraz: traci Konfederacja, zyskują partie koalicji rządzącej, a dla PiS sprawa jest obojętna. Jak będzie następnym razem, nie wiadomo.

Nie ma tu więc prostego podziału na wygranych i przegranych, choć z pozoru łatwo jest tak argumentować. Okręgi zyskujące to przecież miejsca, gdzie KO jest największą partią: Warszawa z obwarzankiem, Kraków, Wrocław, Poznań, Trójmiasto. Natomiast okręgi, które w wyniku korekty granic straciłyby mandaty, to w większości regiony z problemami demograficznymi – ściana wschodnia, ziemie zachodnie, śląskie miasta przemysłowe, Łódź. 

Czy wielkomiejskie elity marginalizują resztę kraju?

Tu pojawia się pułapka polityczna: domaganie się demograficznej korekty, choć słuszne z punktu widzenia równości wyborów, może być odbierane jako mechanizm przesuwający władzę ku wielkomiejskim elitom kosztem reszty. To przykuwa uwagę w warunkach narastającej polaryzacji na linii podziału: lud kontra elity. Tu również zeszłoroczne wybory prezydenckie są ostrzeżeniem – niewiele trzeba, by zrodzone na tym podłożu emocje zmieniły wynik głosowania. 

Dodatkową składową problemu jest ta wynikająca ze zróżnicowanej frekwencji. W polskim systemie mandaty pomiędzy okręgi dzielone są według liczby mieszkańców, a nie faktycznie głosujących. 

To rodzi paradoks – im więcej osób głosuje w danym okręgu, tym mniej waży każdy z tych głosów. Liczba mandantów się przecież nie zmienia.

Frekwencja jest najwyższa w metropoliach, bo tam największa część mieszkańców ma wyższe wykształcenie, to zaś jest jedna z głównych przyczyn decyzji o udziale w wyborach parlamentarnych (choć już nie w samorządowych). Innym czynnikiem sprzyjającym frekwencji jest religijność oraz powiązana z nią siła więzi lokalnych. Związek frekwencji z sympatiami politycznymi – jeśli pominąć metropolie – nie jest znaczący.

W systemach, gdzie mandaty dzielone są między okręgi już po wyborach, na podstawie liczby oddanych głosów (tak jest w Czechach) – regiony o wyższej frekwencji automatycznie zyskują silniejszą reprezentację. W Polsce oznaczałoby to jeszcze mocniejsze przesunięcie mandatów poselskich ku metropoliom i dawałoby oponentom gotowy argument: elity wielkich miast tak skonstruowały system, by jeszcze bardziej zmarginalizować resztę kraju. 

Zmiana zasad byłaby szkodliwa również dlatego, że likwidowałaby samoregulujący się mechanizm, ukryty w obecnym systemie. Jeśli w okręgach zagrożonych marginalizacją głosy mają większą wagę, to partie mają też większą motywację, by zwracać uwagę na wyborców z takich właśnie terenów – i w efekcie zmniejszać ich marginalizację. A przecież demokracja jest właśnie po to, by docenić tych, którzy mają do władzy daleko, nie zaś tych, którzy są niej blisko. 

Szczęśliwie problem ten powoli rozwiązuje się sam – choć przewaga metropolii pod względem frekwencji cały czas się utrzymuje, to jednak od 20 lat w każdych kolejnych wyborach jest ona mniejsza. 

Które okręgi mówią w wyborach półgłosem

Poważniejszy, choć nieco ukryty przed opinią publiczną problem, dotyczy głosów oddawanych za granicą. W polskim prawie wyborczym takie głosy są doliczane do okręgu warszawskiego – rozwiązanie sensowne w czasach, gdy za granicą do urn szli głównie dyplomaci, ściśle powiązani ze stolicą. Dziś za granicą głosują setki tysięcy Polaków: turyści, pracownicy delegowani przez firmy, wreszcie wieloletni emigranci, którzy podzielili tożsamość między Polskę a nowy kraj.

Łączna liczba głosów z zagranicy w ostatnich wyborach sejmowych odpowiadała mniej więcej ośmiu mandatom – tylu parlamentarzystów generują okręgi takie jak Wałbrzych, Elbląg czy Częstochowa. 

Doliczenie ich do Warszawy oznacza, że zarówno te liczne głosy, jak i głosy samych Warszawiaków, ważą proporcjonalnie mniej (liczba mandatów w okręgu od frekwencji nie rośnie). Efekt jest wzmocniony przez fakt, że Warszawa ma najwyższą frekwencję w kraju. W połączeniu z głosami z zagranicy prowadzi to do sytuacji, w której te oddane w Warszawie mają o połowę mniejszą wagę niż średnia krajowa.

Istnieją państwa, w których osoby trwale przebywające za granicą nie mogą głosować w ogóle. Jest też przypadek Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkańcy stolicy nie wybierają swojej reprezentacji w Kongresie, bo i tak mają władzę pod nosem. Polska znajduje się, jak w wielu innych sprawach, w pół drogi: zarówno Polacy za granicą, jak i mieszkańcy Warszawy mają prawo głosować, lecz tylko „półgłosem”. Choćby w każdych kolejnych wyborach pojawiało się ich coraz więcej, i tak wybiorą tę samą liczbę parlamentarzystów.

Problem ma dodatkową specyfikę w postaci preferencji politycznych osób głosujących z zagranicy. Choć istnieją enklawy, jak stara Polonia w USA czy w Kanadzie, które głosują wyraźnie bardziej prawicowo, to ogół głosów oddawanych poza Polską uderzająco przypomina sposób głosowania Warszawiaków. Nie jest to – wbrew stereotypom – najbardziej liberalny okręg w Polsce, ale z pewnością plasuje się w ścisłej czołówce. 

Paradoks polega na tym, że gdyby głosy z zagranicy nie zostały w ogóle policzone, podział mandatów w okręgu warszawskim nie zmieniłby się ani o jeden – właśnie z powodu podobieństwa obu elektoratów. 

Osobny okręg zagraniczny – rozwiązanie stosowane we Włoszech czy Rumunii – brzmi sensownie, ale politycznie jest u nas niemal niemożliwy do przeprowadzenia: przy niezmienionej liczbie posłów oznaczałby odebranie mandatu co piątemu okręgowi w Polsce. To jeszcze trudniejsze niż korekta demograficzna i bez wątpienia wywołałoby gwałtowne protesty opozycji.

Konkurencja wewnątrz jednej listy, czyli kłopotliwi spadochroniarze

Wszystkie te trzy problemy i pomysły rozwiązań (korekta demograficzna, frekwencyjna czy okręg zagraniczny) łączy wspólna cecha: każdy z nich, wzięty osobno, jest stosunkowo drobnym niuansem. Każdy z osobna nie wywraca wyborów. Ale każdy – opowiedziany odpowiednim językiem, w odpowiednim momencie i odpowiedniej publiczności – może stać się dowodem na „systemowe oszustwo”. 

Nie da się też wykluczyć sytuacji, w której odchylenia powstające z każdego z tych powodów skumulują się i w połączeniu z wyrównanym wynikiem głosowania odwrócą jego efekty.

Dlatego też do korekt warto podchodzić z ostrożnością. Być może miałyby one więcej sensu, gdyby wprowadzić je w pakiecie z reformami, które zmieniałyby „kierunek przechyłu”. 

Tak naprawdę bowiem najważniejszym uprzywilejowaniem wpisanym w nasz system wyborczy jest to, które wiąże się z rywalizacją wewnątrz jednej listy. Ona zaś wyraźnie faworyzuje kandydatów zamieszkałych w największych miejscowościach okręgu – to ich umieszcza się na szczycie listy.

Obecny system stwarza również możliwość wystawiania przez partie w całym kraju tzw. spadochroniarzy, którzy w przytłaczającej większości są mieszkańcami Warszawy (ewentualnie Krakowa), i tym samym pogłębiają poczucie wykluczenia u części wyborców. 

Szansa, że mieszkaniec mniej zurbanizowanej połowy kraju zdobędzie mandat poselski, jest prawie trzykrotnie mniejsza niż w przypadku mieszkańca bardziej zurbanizowanej części. 

Zrozumiała jest obawa, że korekta demograficzna, frekwencyjna czy okręg zagraniczny tylko pogłębią problemy.  

Gdyby zmiany w systemie wyborczym zmierzały w przeciwnym kierunku – zwiększając szanse na zdobycie własnych reprezentantów przez wszystkie odpowiednio duże społeczności lokalne, a nie tylko partie – wtedy być może kwestia korekty demograficznej czy uwzględnienia głosów oddanych za granicą mogłaby zostać rozwiązana bez podejrzeń, że to kolejny przykład marginalizacji reszty kraju przez główne ośrodki miejskie. 

Taki efekt mogłoby mieć, przy odpowiednim skonfigurowaniu, wprowadzenie mieszanego systemu wyborczego, który pojawiał się w minionym ćwierćwieczu jako postulat w deklaracjach prawie wszystkich naszych ugrupowań. 

Zamiast spornych korekt trzeba wprowadzić pełen pakiet reform

Jako zachętę do ostrożnych zmian można potraktować jeszcze jedną kwestię. Widzieliśmy w roku 2023, jak nachalne majstrowanie przez PiS przy wyborach rozjusza elektorat oponentów – czy to poprzez namolne referendum (w sprawie „wyprzedaży” majątku narodowego, podniesienia wieku emerytalnego, likwidacji bariery na wschodniej granicy oraz przyjmowania imigrantów), czy też stronnicze dogęszczanie komisji wyborczych na wsiach. 

Ostrzeżeniem jest również to, co dzieje się obecnie w USA. Oskarżenia o „ukradzione wybory” zaprowadziły Donalda Trumpa na ścieżkę manipulacji granicami okręgów, przywracając na agendę dwustuletnią historię zmagań o uczciwość sposobu wyznaczania takich granic.

Jeszcze niedawno wydawało się, że stopniowo udaje się nad tą kwestią zapanować, dziś jednak tylko niektóre stany bronią się przed „wyścigiem zbrojeń” na tym polu. Wszystko pod samospełniającym się proroctwem – oni zyskują przewagę dzięki oszustwom, więc my musimy odpowiedzieć tym samym. 

Dlatego reformy systemu wyborczego powinny być przeprowadzane jako wspólnie uzgodniony pakiet, a nie serie oddzielnych korekt. Np. sama korekta demograficzna – bez zmian w przepisach, które dziś faworyzują kandydatów z największych miast czy bez szerszej dyskusji o reprezentacji społeczności lokalnych – może zostać przedstawiona jako zamaskowane wzmocnienie wielkomiejskich elektoratów. 

Wracając do wyjściowej refleksji Wojciecha Słomczyńskiego, trzeba jego przestrogę potraktować poważnie. Przesilenie polityczne zawsze rodzi pokusy podważania wyników wyborów. Warto zatem pilnować, by system nie dostarczał do tych narracji gotowego paliwa – ale pilnować też, by strach przed oburzeniem nie stał się pretekstem do zaniechania reform.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Gra w okręgi