Góry Literatury: bilet na ząba

Nowa Ruda, rodzina z dwojgiem dzieci. Dziewczynka: „Mama, a to jest miasto pani noblistki? A gdzie ona ma domek? Ja chcę zwiedzić! Łazienkę. I kuchnię też”. Włącza się syn: „A jakieś pozostałości?”. „W sensie?”. „No, rzeczy. Grzebień. Albo ząb. Bilet na ząba to bym kupił”.
Czyta się kilka minut
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara

Wrocław, koczujemy, spóźnienie pociągu. Godzina minęła – i nic. Wrażenie zawekowania w nasłonecznionym, fermentującym słoju dworca – mimo częściowo otwartej przestrzeni. Ludzie kucają, siadają na ziemi, na walizkach. Też przysiadam. Obok starsza pani z córką. „Mama, ja ci krzesło przyniosę”. „Zwariowałaś? Skąd?!”. „Zapłacę w tych piekarniach na dole”. W pięć minut wraca z krzesłem. „Narobiłaś kłopotu” – utyskuje staruszka, ale siada z ulgą. Po chwili: „A co będzie, jak za chwilę przyjedzie pociąg?”. „No to zostawimy na peronie”. „Jeszcze ci karę wlepią!”. „Eeetam”. Podchodzi straż: „Tu nie można z krzesłem”. Córka: „To instalacja artystyczna”. Strażnik z zezem zdziwienia: „Instalacja? Ma pani pozwolenie?”. „Nie mam”. Drugi strażnik: „A z czego to?”. „Z mojej matki i krzesła. Nazywa się »Beznadzieja«”. „Ciekaaawe, ale potrzebne pozwolenie”. Staruszka: „Proszę córki mi nie aresztować, mamy pociąg!”. Córka: „O właśnie! Mamy pociąg. Likwiduję instalację, zostawiam panom krzesło”. Przejęli, zdziwieni.

Jazda busem z Nowej Rudy. Z przodu dwie starsze, gadają. Pierwsza: „Syn się tu będzie żenił”. „Pięknie!”. „No, nie wiem, miałam inne plany”. „To jego ślub”. „Tak, ale nie nasze ziemie”. „Ale tu jest Polska”. „Ale obca duchowo”. „Tu są katolicy…”. „No! Nie dałabym synu ślubu, gdyby nie było”. „A czy Bartosz nie miał już żony…?”. „Unieważniłam mu tę żonę”. „No to gratulacje”. „Gratulacje to będą, jak się nawróci na dziewczynę od nas, z Łomży”. „A jest szansa?”. „Idzie msza o to, zobaczymy”.

Kłodzko, kręcę się w pobliżu lokalnego ośrodka kultury. Rozproszona publiczność festiwalowa, nigdy się nie wie, kogo się spotka. I spotykam dwie panie. „Będzie pani dziś prowadziła rozmowę?”. „Tak, wieczorem” – odpowiadam. „To fajnie, przyjdziemy”. Druga pyta: „A nie boją się państwo czasem, że ludzie nie dopiszą? No, że nikt nie przyjdzie?”. „Festiwalowo to niezbyt możliwe, ale tak, na spotkaniach autorskich – owszem”. Druga: „Właśnie, ja dlatego nigdy nie chciałam wydawać, a piszę sobie. Nie chciałam w to wchodzić”. „Jasne”. „Bo wie pani, ja mam poczucie, że lepiej mi bez tych obarczeń”. Pierwsza: „Ale tu żyje literatura!”. Druga: „Może życie literackie. Literatura żyje, jak czytam w samotności”.

Nowa Ruda, drepczę w stronę rynku, gadając przez telefon. Przede mną rodzina z dwojgiem dzieci. Chłopiec bez przekonania puszcza styropianowy samolocik w rytm ojcowego: „Co robisz, Michał, nie tak”.  Matka zachwyca się rytualnie: „Zobacz, zobacz, jaki dom. Zobacz, jaka wieża. Zobacz, kościół. Zobacz, sklep”. Dziewczynka raptem budzi się z obserwacyjnej drzemki i wypala: „Mama, a to jest miasto pani noblistki?”. „Chyba tak”. „A gdzie ona ma domek?”. „Pewnie gdzieś tu”. „Ja chcę zwiedzić!”. „Córciu, nie można…”. „Mówiłaś, że masz bilet!”. „Na festiwal, nie na zwiedzanie”. „Ale ja chcę zobaczyć!”. „Co?”. „Łazienkę. I kuchnię też”. „Ale Zosiu, pani Olga by nie mogła żyć, jakby jej wszyscy chodzili po domu”. Zosia logistycznie: „Może wyjść do kolegów, a my sobie wszystko obejrzymy”. Włącza się Michał: „A jakieś pozostałości?”. „W sensie?”. „No, rzeczy. Grzebień. Albo ząb”. „Michaś!”. „Bilet na ząba bym kupił”.

Codzienne wycieczki z Rudą do lodziarni, porównywanki. Z Warszawy robi się mapa zgęszczeń smaków, topografia ulubionego deseru. Jedziemy w Puławską. Bierze znów „czarna porzeczka-śmietankowe”. Jest w tym coś z eksploatacji spożywczych szlagierów, bo rok temu szła taśma z pizzą margheritą. „Niesamowite – dziwił się dziadek, który dla sprawdzenia, czy wnuczka da się złamać, poszedł do włoskiej knajpy, do której »głupio mu jakoś« wpadać – a nie zjadłabyś takiej z szynką?”. „Ahahaha” – starczyło za odpowiedź, że „»chyba żartujesz, Kocie«, nie je się takich rzeczy”. I siedzimy przy Puławskiej. „No, to które lepsze? Wczorajsze czy dzisiejsze?” – pytam. „Dzisiejsze”. „Bo…?”. „Jeszcze trochę mam”.

Autobus 119, wieczór, para kiele siedemdziesiątki. Ona ochrzania, on się broni. Ona: „Jak mogłeś nie włożyć?!”. „A daj mi spokój”. „Nie dam ci spokoju, jak mogłeś. Jak do sklepu nie wkładasz, twoja sprawa. Ale na mszę?”. „A co to zmienia?”. „Zmienia, bo do Boga idziesz bez zębów!”. „Bez górnej szczęki”. „I do komunii, straszyć księdza”. „Straszę bardziej, jak wkładam”. „Brak szacunku!”.

Park Promenada, wieczór, na sąsiedniej ławce starsi państwo z psem. Pies, umęczony skwarem, zalega pod ławką. Ona: „A ja ci mówię, że to koniec”. On: „Po osiemdziesiątce każdy zaczyna mieć takie myśli”. „To nie to. Umrzemy, ja wiem, ale to co innego”. „Koniec świata?”. „Nie, koniec, który się zagnieżdża w świecie”. „Nic nie rozumiem”. „Ja też nie. Ale to mi się przyśniło”. „Co?”. „Taka czarna dziura przesuwająca się pod samą powierzchnią świata, wyciągająca z niego sens”. „Wędrująca czarna dziura?”. „Tak. W moim śnie była końcem. Nie wpadało się w nią. Po prostu ograbiała wszystko, co żyje”. „Może teraz sunie pod parkiem”. „Może”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Bilet na ząba