Gombro na kryzys

Witold Gombrowicz zmarł pięćdziesiąt lat temu. Choć potrafił nas ogarnąć i przewidzieć, jako wieszcz pozostał w permanentnym czyśćcu. Pora go stamtąd wydobyć.

22.07.2019

Czyta się kilka minut

Witold Gombrowicz (na dywaniku) w gościnie u Marcela Marcousa, dyrektora firmy Bunge y Born, zajmującej się handlem zbożem. Buenos Aires, Argentyna, prawdopodobnie 1940 r. / ARCHIWUM INSTYTUTU LITERACKIEGO W PARYŻU
Witold Gombrowicz (na dywaniku) w gościnie u Marcela Marcousa, dyrektora firmy Bunge y Born, zajmującej się handlem zbożem. Buenos Aires, Argentyna, prawdopodobnie 1940 r. / ARCHIWUM INSTYTUTU LITERACKIEGO W PARYŻU

Przypowieść powiada, że w pewnym hołdującym Sztuce Kartografii Cesarstwie sporządzono Mapę tegoż w skali 1:1, która jednakże rychło okazała swą Niepraktyczność. Na Pustyniach i Nieużytkach tego Kraju można wciąż spotkać Ruiny i Resztki Mapy, porzucone na łaskę Losu.

Taką też Mapę swojego Dzieła sporządzał przez lata Witold Gombrowicz. Przewaga Autokomentarza nad Dziełem w jego twórczości Przygniata. Cztery (i pół, jeśli wliczyć „Opętanych”) Powieści, trzy (i pół, bo „Historia” jest rekonstrukcją) Dramaty, dziesięć (z pominięciem wprawek) Opowiadań – a Reszta to Mapa, Mapa i Mapa. „Dziennik” – główna Mapa Cesarstwa Gombrowicz, „Wspomnienia polskie”, „Wędrówki po Argentynie”, „Testament”, publicystyka, krytyka, korespondencja, na koniec „Kronos” – wszystko to Mapa.

Zaludniają ją Studenci i Badacze. Mało kto ośmiela się przebić przez Mapę ku Terytorium. Może by tak, w pół wieku po śmierci Wielkiego Kartografa, z lekka tę Mapę zwinąć? I co widać z Gombrowicza dziś, gdy jest na listach lektur albo go tam nie ma, modny lub obrzydły (zależnie od konduity), ale z rzadka pytamy o to, co tak naprawdę wniósł do naszego myślenia?

Mistrz krótkiej ławki

Żaden pisarz polski nie narzucał się tak publiczności czytającej, plotkującej i opiniodawczej – w przekonaniu, że ma do powiedzenia coś nadzwyczajnego. Dziwne, że dopiął swego, a jeszcze dziwniejsze, że – z perspektywy czasu – miał słuszność. Koszt tego był jednak wysoki: rozwinięte w tym celu strategie i niebywały upór zjadły, być może, znaczną część jego nienapisanego dzieła. Zwłaszcza że zaczynał dwukrotnie. Za młodu w zakopiańskim pensjonacie celował w grze w krótką ławkę (o jedną osobę za dużo, ktoś musi spaść). Znamy grę literackich debiutantów: zająć miejsce i nie dać się ruszyć. Tę grę w przedwojennej Polsce wygrał.

W powojennej Argentynie, żyjąc psim swędem, wyłącznie dzięki talentom towarzyskim zbudował wokół siebie prekariackie, jak on sam, środowisko. Aż w pewnej chwili znów tu i ówdzie zaistniał. Wielu miało dar istnienia ot, tak sobie, bez wysiłku. Gombrowicz stwarzał się w pocie czoła.

Jego poczucie misji natrafiło jednak na problem. To, co chciał przekazać, zmuszało do urobienia sobie własnej publiczności. A kto miał do czynienia z publicznością, wie, jakie to trudne – ona nie znosi zaskoczeń, przyprawia ją to o niestrawność.

Owszem, przed Gombrowiczowskim debiutem był niedługi okres, że przyjmowano życzliwie każdą nowość; trwał jednak krótko. Gdy tuż po wojnie Isaiah Berlin przyjechał do Sowietów, posadzono go na bankiecie koło Sergiusza Eisensteina. Zapytany przez filozofa o najszczęśliwszy okres w życiu, wielki reżyser wspomniał początek lat 20.: „Na przykład na widownię w teatrze wpuszczaliśmy wysmarowane sadzą świnie. Ludzie w panice wskakiwali na krzesła. To było cudowne”. I westchnął. Na początku lat 30., gdy debiutował Gombrowicz, wyczyny tego rodzaju były ledwie półrealnym wspomnieniem. On zaś żywił ambicje skandalisty. Startował więc poniekąd z pozycji anachronicznych – i dostał za swoje. W latach 30. XX wieku ekscentryczność wyszła już bowiem z mody.

Ocaliła go żyłka trendsettera. Świadczy o tym jego wczesna krytyka literacka i dygresyjne rozdziały „Ferdydurke”. Pomysły proste i bezczelne. Choćby ten, że w książkach ciekawy jest nie tekst, lecz autor. To, jak się ów autor pozuje i wzdyma, z reguły na kredyt. Literatura to w tym ujęciu nie więcej, jak wgląd w ludzkie pokręcenia. A wydanie książki to coś na kształt spuszczenia w towarzystwie portek. Kupa śmiechu, żenada.

Ponadto – co mu zostało – odkrył uroki podglądania własnej myślowej kuchni (a choćby i mentalnej obsceny). Żadnych miarodajnych wyroków zawodowego krytyka. By tak rzec, trawił publicznie – żeby pokazać, co ma w zanadrzu.

Generalne intuicje życiowe – silne i nieodparte, jak w przypadku Gombrowicza – mamy zazwyczaj sami z siebie. Dla kilku wczesnych opowiadań i uwag o pisaniu ważna jest zwłaszcza jedna – nieprzedawniona i dziś. Intuicje takie wymagają jednak impulsu, który by je uświadomił. Ma się rozumieć, ów pierwszy bodziec to sekret. Gombrowicz zresztą niechętnie przyznawał się do lektur. Z lubością pozował na ignoranta, hreczkosieja z Sandomierskiego.

Pan Poniżalski

„Nie każdy cham to troglodyta, nie każdy wieszcz ma inedita” – pisał przed wojną Stanisław Jerzy Lec. Gombrowicz, na szczęście, ma inedita. Jednym z nich jest opowiadanie „Z diariusza prywatnego Hieronima Poniżalskiego”, tak zakamuflowane na pożółkłych łamach „Gazety Polskiej” z 1934 r., że ujawnił je dopiero tom „Varia”, cztery lata po śmierci autora. Jego bohater-grafoman protestuje przeciw dostojnej fasadzie życia kulturalnego, a chce dobrać się do prawd życiowych: „Od dziś w sumieniu swoim cenić będę tylko ludzi prawdziwie wielkich, lub też tych, którzy mają odwagę małości. Tych zaś, którzy wywyższają się tylko – poniżyć! Poniżyć!”. Niemiły pan Poniżalski to głos wewnętrzny Gombrowicza. Ten, który ma przymus jątrzenia, kto patrzy na świat oczyma pełnego uraz szydercy. Słuchamy więc kogoś, kto musi sobie ulżyć.

Ale pan Poniżalski nie przyszedłby na świat, gdyby nie pewna książka. Kto pierwszy stanowił okaz takiego typka, jak nieprzystosowany Gombrowiczowski Stefan Czarniecki, jak złośliwy Tancerz mecenasa Kraykowskiego, jak niegodziwy Fryderyk z „Pornografii”? Badacze Gombrowicza wymieniają, słusznie, bezimiennego „Człowieka z lochu”. Tak zatytułowane opowiadanie Dostojewskiego (zwane dziś „Notatkami z podziemia”) w przekładzie Marii Grabowskiej ukazało się w roku 1929, akurat wtedy, gdy Gombrowicz jął serio rozważać karierę pisarską.

Ów paskudny człowiek z lochu, cynik, bufon, nicuje w monologu złudzenia dobroczynnego postępu, wizje sprawiedliwego społeczeństwa, racjonalizm i przyrodzoną dobroć natury ludzkiej. „A ja wam na złość jeszcze wstrętniej zawyję!”. Niewątpliwie – bez wahań, jak narrator „Kosmosu”, powiesiłby kota. Dla Gombrowicza w początkach drogi pisarskiej był jednak może zbyt radykalny. Pan Poniżalski rozpoznałby się w innej, mniej agresywnej postaci. Mam na myśli „Kuzynka mistrza Rameau”, równo sto lat od „Człowieka z lochu” wcześniejszego bohatera opowiastki Denisa Diderota. Jej przekład pióra Staffa wyszedł w roku 1910. Podówczas ludzie kulturalni ­czytywali dla przyjemności takie rzeczy. Gombrowicz i myśl Oświecenia – świeższe niż Gombrowicz pod rękę z egzystencjalizmem, prawda?

Kuzynek to, w gruncie rzeczy, pechowiec, stłamszony sławą stryja, wielkiego muzyka. Choć niemiły, ma swój wdzięk. Pieczeniarz i ekscentryk, ­natura ­przekorna, nieszkodliwy, acz niepokojący – jak wszyscy wrogowie obłudy. Najlepiej określa go nieprzetłumaczalne niemieckie słówko Spielverderber – taki, który psuje zabawę, bo wszędzie aranżuje skandal. Diderot dialoguje z nim, by zgłębić, skąd się bierze w człowieku perfidia, rujnująca całą oświeceniową, optymistyczną antropologię. Oto, w kim się rozpoznał Gombrowiczowski głos wewnętrzny.

Johann Wolfgang von Goethe, który tekst Diderota przełożył na niemiecki, po czym zgubił oryginał (wszystko to bardzo ciekawe), powiada, że publiczność składa się z ludzi ograniczonych, którzy czyjś niepojęty dla nich geniusz uznają póty, póki pewni są jego wyższości. Dość jednak (są sposoby) pokazać im geniusza w kapciach, „a ściągną go z jego sfery wyższej w swoje małe kółko i poddadzą wyrokom opinii towarzyskiej”. Słowem, publiczność to Poniżalski zbiorowy. Kuzynek, który na przemian ją bawi, prowokuje i jej schlebia, testuje na niej moralność eksperymentalną.

Eksperymenty

Domniemana lektura Diderota zbiega się w czasie z zawiązaniem sławnego triumwiratu. Gombrowicz zawarł znajomość z Witkacym, który był właśnie w trakcie pisania „Niemytych dusz” z tezą, że głównym mechanizmem psychicznym Polaków jest puszenie się, czyli podszyta kompleksami nadętość. I że przydałoby się z Polaka nieco tego gazu spuścić.

Pod tym względem rozumieli się z Gombrowiczem doskonale. Trzecią osobistością był bujający na ezoterycznych wyżynach Bruno Schulz. Jego to zatem poddał Gombrowicz okrutnej próbie w swoim stylu.

Ogłosił list otwarty, gdzie oznajmił, że zdaniem pewnej doktorowej z Wilczej Schulz to błazen i się zgrywa. Schulz jednak, miast ukorzyć się przed uosobioną publiką, czyli konsumentką kultury masowej, oddał hołd kształtnym nogom doktorowej i pozostał przy swoim. Wiedział, że są rzeczy nie dla wszystkich. Gombrowicz uznał to za staroświecczyznę, przeczuwał bowiem, że znawców i koneserów, dla jakich pisze Schulz, nie ma lub wkrótce nie będzie. I że on sam skazany jest na doktorową i własne odbicie w jej („Ferdydurke”) „kretynicznej duszy”. Przeznaczenie pokarało go po 30 latach, gdy odbił się, już we Francji, w duszy niejakiej Barbary Szubskiej, nadzwyczaj pewnej siebie czytelniczki. I miast się upokorzyć, sam wskoczył w buty Schulza, próbując zmiażdżyć ją wzgardą. Daremnie. Trafiła kosa na kamień: odporna na pańskość Szubska była bowiem (o czym pewno nie wiedział) księżniczką de domo Koczubej.

Wszystko to kręci się, wedle sławnych rozważań Hegla, wokół kwestii pana i niewolnika, czyli praktyk narzucania siebie. Ludzie, powiada Hegel (którego Gombrowicz musiał poznać w ramach studiów prawniczych), zawiązują stosunki społeczne, konfrontując ze sobą pragnienia. Nie zawsze jednak chcą nagiej władzy. Równie mocno pragną uznania, docenienia, rozpoznania w nich kogoś znaczącego: człowiek staje się osobą dzięki cudzemu spojrzeniu! Jaki stąd wniosek? Prosty: bez wytchnienia i na wszelkie sposoby trzeba narzucać się innym. Zaczęto zwracać na mnie uwagę – czyli stałam się kimś i wiem o tym, zyskałam świadomość. A po co mi ona? By zdominować tych, którym jej brak. I będę gwałcić ich sobą tak długo, aż niepostrzeżenie popadnę w ich niewolę: moja świadomość uzależni się od nich. Znamy to świetnie, prawda?

Studium niewerbalnego narzucania swej woli, przemocy symbolicznej, to najmocniejszy atut dzieł Gombrowicza. Za najlepsze „analitycznie” strony uważam te, na których upupiony Józio-Ferdydurke błądzi bezradnie po sterylnym mieszkaniu Młodziaków, pożądając konceptu, którym mógłby splugawić tę nowoczesną utopię. Próbuje, przymierza się. W pewnej chwili obrywa musze skrzydełka i łapki, po czym wrzuca ją do upajająco dziewczęcego pantofla tenisowego pensjonarki Zuty. To właśnie przemoc symboliczna: jak widać, ma wiele wspólnego z magią. A ściślej: wywodzi się wprost z magii.

Trudno orzec, jak dalece Gombrowicz zdawał sobie z tego sprawę. W każdym razie traktował te rzeczy serio. I odkrył, zapewne samodzielnie, przymus mimetyczny, czyli mówiąc w uproszczeniu – przymus naśladownictwa. Ten fenomen istnieje realnie. Pewna dostojna teoria widzi w nim źródło religii, podstawę struktury społecznej i motor historii, lecz bądźmy bardziej wstrzemięźliwi. Wiadomo, że ziewanie jest zaraźliwe, że w teatrze kilku klakierów potrafi rozruszać widownię, że gdy w korku zirytowany kierowca naciśnie klakson, zaraz inni zrobią to samo.

Gombrowicz z tego zjawiska zrobił sprężynę swych fabuł. Bójki w „Ferdydurke” wciągają postronnych widzów. Gdy w przypowieści o pojedynku filozofów Antyfilidor strzela w bok, Filidor też musi strzelić w bok. Na wzór pewnego histeryka tłum panów z opowiastki o Filibercie dosiada panie. Karol w „Pornografii” rozgniata glistę, więc i Henia musi rozgnieść glistę. Intrygę „Trans-Atlantyku” rozwiązuje dziki wybuch śmiechu. Jest to tak zwany kryzys mimetyczny: imitowanie zachowań wiedzie do czynów gwałtownych i irracjonalnych.

Wnuczyzna

W „Przedmowie do Filidora”, dygresyjnego rozdziału „Ferdydurke”, zjawia się po raz pierwszy ulubiony przez Gombrowicza rozbębniony pianista: „Jeśli każdy z nich [słuchaczy], blady z entuzjazmu, bije brawo, krzyczy i się miota, należy przypisać to temu, iż inni także miotają się krzycząc; albowiem każdy z nich myśli, że inni doznają straszliwej rozkoszy, nadziemskiego wzruszenia, wobec czego i jego wzruszenie zaczyna rosnąć na cudzych drożdżach; i w ten sposób łatwo może się wydarzyć, że choć nikt na sali nie został bezpośrednio zachwycony, wszyscy przejawiają oznaki zachwytu”.

Horyzont tego zdania oraz podobnych w „Dzienniku” wykracza, oczywiście, poza koncerty i sztukę. Obejmuje place, ponad którymi grzmi głos dyktatorów, ogarnia rewolty, masowe paniki i ekstazy w obliczu wytęsknionych cudów. Jednym słowem, przymus mimetyczny rzuca światło zarówno na psychologię tłumu, jak i każdego, kto się nań składa. Stanowi klucz do zbiorowych histerii i złowieszczych pobudek uczniów człowieka z lochu. Równie wyraziście naświetla zjawisko ogólnej standaryzacji, obejmującej społeczeństwa, środowiska i fanatyczne grupy, na czele z rodzimym wcieleniem przymusu mimetycznego, strasznym Związkiem Kawalerów Ostrogi: „Ucieczki, ani zdrady żadnej, nie próbuj, bo ci Ostrogę zadadzą, a jeżelibyś choć chęć Zdrady, Ucieczki w którym z towarzyszów twoich spostrzegł, jemu Ostrogę masz wrzepić” („Trans-Atlantyk”). Wizjoner!

Inaczej mówiąc, wczesne Gombrowiczowskie domysły po latach jak mało co wprowadzają w główne problemy nowoczesności. Myśli proste mają swoje zalety. Ale Gombrowicz widzi to jeszcze szerzej. To, co jedni narzucają drugim, czym podniecają się wzajem, gaszą, dręczą i kształtują, urasta mu po wojnie w manifest, w summę ateologiczną, której potędze nie dorównuje żadne wyznanie wiary w literaturze polskiej XX wieku. Tak, to monolog Henryka z III aktu „Ślubu”:

Dość już tych Bogów! Dajcie mi człowieka! (...)
Abym z nim tańczył! Bawił się! Z nim walczył
Przed nim udawał! Do niego się wdzięczył!
I jego gwałcił, w nim się kochał, na nim
Stwarzał się wciąż na nowo, nim rósł i tak rosnąc
Sam sobie dawał ślub w kościele ludzkim!

W tym testamencie ostatniej nadziei najważniejsze jest dla mnie końcowe pragnienie wzrostu, przyrostu człowieczeństwa. Bunt, tęsknotę, szamotania się, zwątpienia i euforie wieńczy bowiem obietnica. Droga do ślubu w kościele ludzkim – to przecież nic innego jak kultura.

Tak to przedwojenny Mistrz Analizy, destruktor Antyfilidor zmienił się po wojnie w Mistrza Syntezy, twórcę wartości, Filidora. Jak wiadomo, doszło do tego w „Trans-Atlantyku”, gdzie (prawem paradoksu) dogmatyczna Ojczyzna wyłania z siebie anarchiczną Synczyznę.

„Nie dość wiecznego Umęczenia, Udręczenia? – sączy narratorowi w ucho deprawator Gonzalo. – Oj, wypuścić Chłopaków z ojcowskiej klatki, a niech i po bezdrożach polatają, niechże i do Nieznanego zajrzą!”.

Co też się i sprawdziło: polatali i wrócili do klatki. Mam na myśli dialektykę ostatniego półwiecza. Któżby uwierzył w burzliwych latach 60., że potomstwo zbuntowanych kudłaczy wdzieje kuse garniturki i kornie wsunie szyje w obroże korporacji? Co więcej, najgorszą zarazę widząc w hulankach Synczyzny. Zwłaszcza ostatnio opresyjna Ojczyzna w najbardziej niepokojącym stylu lat 30. zdaje się roztaczać niezwalczone uroki. Ale Gombrowicz to wszystko przewidział. I to, co przewidział, stanowi przykład, jak z ciemnych pokus, z myśli zaprzecznej, rozbijackiej, drążącej rodzi się jej przeciwieństwo. Albo, innymi słowy, z beznadziejnie wczepionych w siebie Ojczyzny i Synczyzny wychyla się dialektycznie synteza – Wnuczyzna. Groźny ten Gombrowicz w swoich intuicjach, prawda?

Zawodowcy wiedzą, że nie czytamy, mówiąc ściśle, tej samej „Ferdydurke”, która wyszła z datą 1938. Przed publikacją krajową w lutym 1957 r. autor zmienił znaczne partie wspomnianej już wyżej „Przedmowy do Filidora”. Nowy wywód, wychodząc z buntowniczych założeń „Trans-Atlantyku”, kreśli proroczo perspektywy Wnuczyzny. A więc światopoglądu zdolnego przezwyciężyć klincz kulturowy naszych czasów. Nie sądzę, by często czytano jak trzeba te zdania – niech więc to rozważanie zakończy obszerna prezentacja wizji, którą Gombrowicz przedstawia w rzadkim u niego trybie serio:

„Niezadługo zdamy sobie sprawę, że już nie to jest najważniejsze: umierać za idee, style, tezy, hasła, wiary; i nie to także: utwierdzać się w nich i zamykać; ale co innego, ale to: wycofać się o krok i zdobyć dystans do wszystkiego, co nieustannie wydarza się z nami.

Odwrót. Przeczuwam (...), że wkrótce nastąpi czas Generalnego Odwrotu. Zrozumie syn ziemi, że nie wyraża się w zgodzie ze swoją najgłębszą istotą, lecz tylko i zawsze w formie sztucznej i boleśnie z zewnątrz narzuconej (...) Wkrótce poczniemy obawiać się naszych osób i osobowości, stanie się nam jasne bowiem, że one bynajmniej nie są w pełni nasze. I zamiast ryczeć: »Ja w to wierzę – ja to czuję – ja taki jestem – ja tego bronię« – powiemy z pokorą: »Mnie się w to wierzy – mnie się to czuje – mnie się to powiedziało, uczyniło, pomyślało«. Wieszcz wzgardzi swym śpiewem. Wódz zadrży przed swym rozkazem. Kapłan zlęknie się ołtarza, a matka wpajać będzie w syna nie tylko zasady, lecz także zdolność umykania się im, iżby go nie przydusiły.

Długa i ciężka to będzie droga. Albowiem dzisiaj zarówno jednostki, jak narody całe umieją już wcale nieźle zarządzać swym życiem psychicznym i nieobca im umiejętność wytwarzania stylów, wiar, zasad, ideałów, uczuć wedle woli, ale też wedle tego, co im dyktują ich doraźne interesy; ale bez stylu nie umieją żyć; i nie wiemy jeszcze, jak bronić naszej najgłębszej świeżości przed szatanem ładu”.

Jest to fragment o takiej mocy aktualności, której nie sposób tu rozpisać. Rymuje się z pisanymi dziś dekalogami – nie tylko, acz przede wszystkim – świeckiego trwania. Przejmuje i transmituje jakże współczesny – nam, teraz – dreszcz. W pięćdziesięciolecie śmierci Witolda Gombrowicza przyjmijmy odeń Wnuczyznę. ©


Witold Gombrowicz

„Jego twarz (...) była przerażająco piękna. Wyglądał, jakby zastygł w ruchu, jakby napiął się w ogromnym wysiłku, żeby wziąć przeszkodę” – wspominała żona. Umarł 24 lipca 1969 r. przed północą, w willi Val Claire w Vence, mając niespełna 65 lat. Debiutował „Pamiętnikiem z okresu dojrzewania” (1933), przed wojną ogłosił też sztukę „Iwona, księżniczka Burgunda” (1938) oraz powieści: „Ferdydurke” (1938) i – pod pseudonimem – „Opętani” (1939). W sierpniu 1939 r. wypłynął statkiem „Chrobry” do Ameryki Południowej i pozostał w Buenos Aires, gdzie stworzył wokół siebie krąg młodych wyznawców. Kolejne utwory – „Trans-Atlantyk” (1953), „Ślub” (1953), „Pornografię” (1960), „Kosmos” (1965), „Operetkę” (1966) i tomy „Dziennika” (1957, 1962, 1966) – publikował w Paryskim Instytucie Literackim, u Jerzego Giedroycia. W 1963 r. wrócił do Europy, rok później zamieszkał w Vence z Kanadyjką Ritą Labrosse (w grudniu 1968 r. wzięli ślub). Po roku 1956 r. wznowiono w kraju trzy jego książki, ale pełne wydanie dzieł mogło się ukazać dopiero trzy dekady później. ©(P) TF

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Pisarka, literaturoznawczyni, krytyczka. Autorka dwóch książek akademickich („Stanisław Brzozowski wobec Cypriana Norwida” oraz „Lektura jako spotkanie. Brzozowski – tekst – metoda”) i trzech prozatorskich („Elizje”, „po drugiej stronie siebie”, „Strefa… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2019