Czy Gombrowicz wciąż jest pisarzem kontrowersyjnym? I co to w ogóle dziś znaczy

Gombrowiczowi chodzi o walkę o dojrzalszą formę kultury narodowej, która będzie miała odwagę (ale też narzędzia), aby poddawać się krytycznej samoanalizie. I wreszcie na własnych zasadach będzie mogła włączyć się w kształtowanie tej mitycznej „zachodniej kultury”.
Czyta się kilka minut
Witold Gombrowicza na balkonie swego mieszkania w Vence, luty 1965 r. // Fot. Bohdan Paczowski
Witold Gombrowicza na balkonie swego mieszkania w Vence, luty 1965 r. // Fot. Bohdan Paczowski

Ze wszystkich postaci z przebogatego uniwersum Gombrowicza największą sympatią darzę Puta z „Trans-Atlantyku”. Wybór może mało oryginalny, jako że ten „zniewieściały” i „pulchny” milioner, polujący na ulicach Buenos Aires na chłopięta i chłopaków (Michaśka ze swoimi lujami z pewnością jest jego potomkiem) to wdzięczny wytrych do wszelakich Gombrowiczowych perwersji. Jednak jego przerysowany homoseksualizm (choć w tym przypadku to mocno nieprecyzyjne określenie), podówczas faktycznie rzucający wyzwanie społecznym konwenansom, był jedynie wierzchołkiem subwersyjnej góry lodowej, o którą rozbija się zagubiony w nowym świecie Witold, bohater powieści.

Powoli, ale konsekwentnie zaczepia w nim koncepcję „synczyzny”, ostatecznie wywracającą do góry nogami cały porządek patriarchalno-narodowy, na którym, niczym na ostatnim włosku, wiszą odcięci od ogarniętej wojną Polski przedstawiciele argentyńskiej Polonii. Syn przeciwko Ojcu, Młody podburzony przeciw Staremu – Nowe i Niedojrzałe, które wprowadzić może świeży powiew w zatęchły świat zmurszałych wartości, dziś już gombrowiczowska klasyka.

Puto prowokuje poczciwego Tomasza, patriotę starej daty, który, chcąc uchronić niewinność swojego Ignasia, musi wyzwać go na pojedynek. Ostatecznie, jak to u Gombrowicza, wszystko zamienia się w chaotyczną farsę, gdzie nie wiadomo już, kto właściwie kogo i dlaczego. Pozornie nic wielkiego się nie wydarza, a jednak rzeczywistość, niczym przekłuty balon, flaczeje, wytracając swoją podstawową strukturę.

Herezje

Tego typu momenty są szczególnie przez Gombrowicza celebrowane – w najróżniejszych wariantach będzie je literacko badał przez całe życie. Chodzi o sytuację, w której testuje się granice danej formy (konwencji, ideologii itp.), naciągając je tak długo, aż pękną, uwalniając przy tym skumulowaną przez lata (czasem wręcz epoki) energię. Do tego typu eksplozji dążą wszyscy jego główni bohaterowie – od tytułowego Tancerza z opowiadania otwierającego debiutancki zbiór „Pamiętnik z okresu dojrzewania” (1933), aż po uwikłanego w mroczną metafizykę Witolda z „Kosmosu”. Jednak, wbrew łatwym i pochopnym interpretacjom, Gombrowicz nigdy nie sprecyzował celu, jaki przyświecał temu wsadzaniu kija w rozmaite mrowiska.

Najchętniej przypisywana mu intencja to rozmontowywanie opresyjnego gmachu polskości. Nie chodzi tu oczywiście o rozpoznania spod znaku Romana Giertycha i jemu podobnych prymitywnych nacjonalistów, którzy potrafili w nim zobaczyć jedynie szkalującego narodowe świętości dewianta (choć oczywiście źródłem jest tu przede wszystkim cynizm doraźnej polityki). Niemniej nawet przy pobieżnej lekturze widać, że chodzi tu o walkę o dojrzalszą formę kultury narodowej, która będzie miała odwagę (ale też narzędzia), aby poddawać się krytycznej samoanalizie. Mówiąc innym językiem – żeby była w stanie zdobyć się na wysiłek ucieczki z pułapki półperyferii i wreszcie na własnych zasadach włączyć się w kształtowanie tej mitycznej „zachodniej kultury”. Rzecz wciąż aktualna.

W „Dzienniku” z 1957 roku, wspominając recepcję „Trans-Atlantyku” pisze tak: „Nasza literatura, na przykład, pozbawiona wszelkiego istotnego indywidualizmu, umiała zdobyć się jedynie na afirmację narodu. (…) Więc cały mój zabieg sprowadzał się do stworzenia zasady, która by pozwoliła jawnie uruchomić ten drugi biegun odczuwania, dotrzeć do tamtego aspektu polskiej duszy, usankcjonować herezję”.

I tu dochodzimy do momentu paradoksalnego, a przez to szczególnie ciekawego – bo czym właściwie jest usankcjonowana herezja?

Gombrowicz opisuje tu życiodajne źródło każdej kultury, która nie tyle istnieje, co nieustannie powstaje, wydarza się dzięki dialektycznemu starciu ortodoksów i heretyków. Dialektycznemu, bo norma i subwersja nie mają na stałe przypisanych sobie miejsc, wirują raczej, poruszając w ten sposób wszystko dookoła. Herezja to nie tyle cecha danego dzieła, co jego funkcja, określana każdorazowo przez szerszy kontekst. Cytując innego klasyka – ostrze subwersji ma dwa końce, więc trudno je na dłużej utrzymać w dłoni.

W polskiej literaturze nikt lepiej nie zdawał sobie z tego sprawy niż Gombrowicz właśnie, choć rzadko pisał o tym wprost. Historia recepcji jego twórczości w Polsce jest w tym kontekście bardzo znamienna. Dość szybko i łatwo osadzono go w roli dyżurnego antywieszcza, rzekomego heretyka, którym można łatwo wysługiwać się w kolejnych odsłonach wojny polsko-polskiej. Jego zmagania z formą narodową bez wątpienia dostarczają dużo amunicji każdemu, kto chce się pozycjonować jako ten bardziej „postępowy” i „otwarty” względem wydmuszkowatego patriotyzmu, który od dekad (wieków nawet) buksuje w miejscu.

Takie praktyki jednak mają w sobie ten ironiczny pierwiastek, za sprawą którego antywieszcz przeaniela się w nowy typ proroka, wieszcza 2.0, równie spetryfikowanego, co wszystkie poprzednie modele, a przez to zionącego nudą. Na ten przewrotny fenomen zwracało uwagę wielu badaczy jego twórczości – od Jana Błońskiego, przez Jerzego Jarzębskiego i Janusza Margańskiego, na Michale Pawle Markowskim kończąc (choć listę znamienitych nazwisk można by zapewne ciągnąć jeszcze długo). Niewiele to jednak zmieniło w powszechnej recepcji – i to nie tylko tej szkolnej. El gran escritor polaco raz wypuszczony z butelki nie da się łatwo do niej zagonić z powrotem.

Skarby, skarby!

Dlatego też wciąż szukam (nie ja pierwszy ani ostatni) jakiejś bocznej furtki do jego prozy, która pozwoliłaby zręcznie wyminąć jałowe mielizny, które są efektem ubocznym nawet najgłębszych odczytań. I tu z pomocą przychodzi właśnie Puto z „Trans-Atlantyku”. Jego największe perwersje nie wiążą się wcale z Ignasiem i ciągotami ku Synczyźnie na przekór Ojczyźnie. Po groteskowym pojedynku z Tomaszem zabiera on Witolda do swojego okazałego pałacu, gdzie dopiero dzieją się rzeczy prawdziwie wywrotowe. W przepastnych salach Puto zgromadził bowiem setki Arcydzieł (pożyczam ortografię od Gombrowicza), które, w stanie surowym, odarte z muzealnych kontekstów, nawzajem się kanibalizują: „– Skarby! To są skarby! – A skarby – powiada – i właśnie dlatego je, kosztu nie szczędząc, wszystko zakupiłem i tu do kupy zgromadziłem, żeby mi trochę Potaniały. Owóż te Arcydzieła, Malowidła, Posągi, razem zamknięte, jedno drugim taniejąc od nadmiaru swego, tak już tanimi się stały, że ja ten Wazon rozbić mogę (Wazon Perski, astrachański, majolikowy, seledynowy, ażurowy nogą z podstawki zepchnął, że się ów Wazon na tysiąc kawałków rozprysnął)”.

Gombrowicz miał doskonałe wyczucie ekonomii symbolicznej (pracował przecież przez chwilę w banku) – rozumiał, że wartość w każdym przypadku rządzi się tą samą logiką. Światowe kanony sztuki czy literatury działają na identycznym mechanizmie co giełda, gdzie wartość nie jest odgórnie ustalona, tylko stanowi dynamiczną wypadkową zbiorowych pragnień, zapotrzebowań i fantazji. Żeby przypomnieć tylko jego rozważania na temat poezji, której, jak twierdzi, nikt nie rozumie ani nie lubi, ale wszyscy boją się przed innymi do tego przyznać (co w gruncie rzeczy jest definicją bańki spekulacyjnej).

Umowność nie oznacza jednak dowolności – większość ludzi nie ma dostępu do tego buchalteryjnego zaplecza, a wśród tych, którzy mają, tylko nieliczni posiadają odpowiednie narzędzia, żeby indywidualnie dokonywać poważniejszych manipulacji. Potrzeba tu co najmniej argentyńskiego Puta, jak nie lepiej.

Właśnie to rozpoznanie Gombrowicza wydaje mi się dziś najciekawsze – że wszelka forma zinstytucjonalizowanej kultury (czyli z porządku ortodoksji) nie służy zachowaniu czy pomnażaniu wartości, ale jej degradacji. Schematyzacja i uproszczenie to domyślne wektory, co oczywiście ma również swoje plusy. W ten sposób z dzieł kultury możemy korzystać na co dzień, traktować je jak poręczne cegiełki, z których budujemy mniejsze i większe budowle składające się w dużej mierze na to, co nazywamy rzeczywistością społeczną. Żeby móc skorzystać z Wazonu (nawet jeżeli tylko po to, aby go zniszczyć, czy raczej rozbić na tysiąc mniejszych kawałków), musi on najpierw Potanieć.

Opętany

Ten pomysł inflacyjnego skarbca przyszedł do głowy Gombrowiczowi wcześniej niż przy pisaniu „Trans-Atlantyku”. W przewrotny sposób podobny wątek pojawia się w „Opętanych”. To jeden z najmniej znanych jego tekstów, jako że był publikowany w odcinkach w 1939 roku, i to w kilku różnych gazetach. Gombrowicz pisał tę dziwaczną powieść gotycką pod pseudonimem Z. Niewieski, a jej ostatnia część ukazała się 3 września, już po rozpoczęciu wojny i przez wiele dekad uchodziła za zaginioną. Sam Gombrowicz przyznał się do dzieła dopiero pod koniec życia w nocie biograficznej z 1969 roku.

Literacko nie jest to może dzieło wybitne, ale też zrodziło się jako swoisty żart, próba stworzenia sensacyjnego czytadła na wzór powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza (o popularność którego Gombrowicz był nieco zazdrosny). Jednak dramatyczne okoliczności jego publikacji – ostatni odcinek ukazał się, gdy Gombrowicza już od kilku tygodni nie było w Polsce – nadają mu dodatkowych smaczków. W pewnym sensie można „Opętanych” czytać jako podsumowanie krajowego etapu jego twórczości, ale też jako jeden z ostatnich (i to dosłownie) portretów przedwojennej Polski.

Nie wdając się w szczegóły skomplikowanej i momentami nieco zakalcowatej fabuły, całość kręci się wokół fikcyjnego zamku w Mysłoczy, gdzie starego arystokratę nawiedza duch (?) jego syna z nieprawego łoża. Budowla liczy sobie setki lat i jest skarbnicą przeszłości – narodowej pamięci uwięzionej w licznych dziełach sztuki i antykach, jednak mocno już nadgryzionych zębem czasu. Na tej dziwacznej kolekcji, w której przeplatają się epoki i zakonserwowane są liczne patriotyczne sensy, łapę chcą położyć kolejni bohaterowie powieści – obrotny ziemianin-przedsiębiorca, profesor sztuki, a nawet wywodzący się z niższych klas społecznych młodzieniec-nauczyciel tenisa (który jednak grać za bardzo nie potrafi).

Dziwaczna intryga się zagęszcza, każdy przyjmuje inną strategię w tej skomplikowanej grze pozorów, na zmianę przeszacowując albo pomniejszając wartość rzekomego skarbu ukrytego za zmurszałymi murami. Jak to bywa u Gombrowicza – całość kończy się nijak, więc ostatecznie nie wiemy, czy ta rzekomo bezcenna kolekcja jest w rzeczywistości coś warta.

Logika ekonomii jest jednak nieubłagana. Puto wie, że wszystko, co tak skrupulatnie zgromadził w swoim pałacu, nie będzie tanieć bez końca. Po nawet największej bessie przyjdzie w końcu hossa, bo koniec końców wszyscy żyjemy w zamkniętym systemie wartości – giełdzie, na której sensy poruszać się mogą jedynie względem z góry ustalonych osi (co nie znaczy, że czytelnych i zrozumiałych dla wszystkich – a może nawet dla kogokolwiek).

Wydaje mi się, że to rozpoznanie, w całej swojej brutalności, Gombrowicza przede wszystkim bawiło. Aczkolwiek od czasu do czasu, szczególnie w późniejszych tekstach, coraz chętniej tropił rozmaite pęknięcia w systemie, zza których prześwitywało coś innego, jednocześnie fascynującego i przerażającego. Te wszystkie powieszone wróble, patyki i strzałki… Ale to inna historia, dziwniejsza. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Buchalter

Artykuł pochodzi z dodatku Hłasko i Gombrowicz