We współczesnych filmach z Państwa Środka, zwłaszcza tych festiwalowych, robionych bardziej na eksport, chętnie upatruje się wielkich metafor cywilizacyjnych czy politycznych, zaklętych tam z powodów cenzuralnych. Zhang Lü, chiński reżyser o koreańskich korzeniach i niegdysiejszy pisarz, w swoim najnowszym filmie robi wiele, by historię mocno zakotwiczoną w konkretnym czasie i miejscu czytać raczej egzystencjalnie – jako opowieść o dzisiejszym pokoleniu ojców bez ojców. O rozdarciu, wykorzenieniu i wtórnym sieroctwie.
Gu, bohater „Wieży, która nie rzuca cienia”, wykonuje zawód budzący zazdrość: jest krytykiem kulinarnym. Czyli konsumuje, smakuje, ocenia i jeszcze mu za to płacą. Nie ma w tym jednak nic spektakularnego ani zmysłowego. Niegdysiejszy poeta, dzisiaj rozwiedziony i pozostawiony z kilkuletnią córką (faktycznie zajmuje się nią wujostwo) źle znosi wejście w smugę cienia. Flirt z dużo młodszą fotografką Oyang nie może przedzierzgnąć się w romans, nie tylko z powodu różnic pokoleniowych. Gu od czterdziestu lat żyje w cieniu ojca, który porzucił rodzinę i przepadł bez wieści. Kiedy ten niespodziewanie zostawia znak na grobie matki, syn obsesyjnie podąża jego śladem, po czym odnajduje go żyjącego w biedzie i samotnie puszczającego latawce na plaży. Wbrew pozorom poprzednie zdanie nie zawiera spoilera, albowiem prawdziwy punkt dojścia znajduje się w filmie zupełnie gdzie indziej.
Zhang opowiada o rozliczaniu przeszłości i szukaniu z nią połączenia bez klasycznego dramatyzowania, budowania konwencjonalnych napięć i emocjonalnych szarży. To kino celowo zgaszone, rozrzedzone, wręcz nieefektowne, choć znienacka wykonuje jakiś bezinteresowny piruet czy dziwaczny przeskok. W ten sposób chiński reżyser rekompensuje widzowi pozorne nicniedzianie się i bez pośpiechu wyjaśnia, dlaczego ojciec zniknął, co się stało z małżonką Gu albo kim jest tak naprawdę jego trzpiotowata współpracowniczka. Wreszcie: co kryje się za „nadmierną uprzejmością” głównego bohatera, która bynajmniej nie ułatwia życia w dynamicznie zmieniającym się świecie. Pekin z filmu Zhanga wydaje się miastem na ludzką miarę, wręcz prowincjonalnym; żyje się tam w wąskich kręgach rodzinnych i towarzyskich, choć samotność nie jest przez to mniej dojmująca. Nie mówiąc o prywatnych rozrachunkach z mijającym czasem.
Mimo braku jawnych politycznych kontekstów, chiński film o odzyskiwaniu indywidualnej tożsamości musi oznaczać coś większego. Kiedy w rozmowach pojawia się plac Tiananmen, język ujgurski, obozy pracy czy towarzysz Mao, zapalają się na moment czerwone światełka. Jesteśmy w społeczeństwie wewnętrznie porozdzieranym i filmowa rodzina, rozbita na pojedyncze samotności, ufundowana na tajemnicach, kłamstwach, krzywdach i fatalnych pomyłkach, powtarzająca swoje puste rytuały, staje się jego miniaturą. Jednakże twórca „Ziarna w uchu” (2005) woli skupiać się na tym, co międzypokoleniowe i międzyludzkie, na drobnych zdarzeniach, scenkach rodzajowych, na codziennym krzątaniu, w którym są też bezinteresowne chwile zatrzymania. Pozwalają zobaczyć nie tylko własne cierpienia i otworzyć się na inne racje, a także dostrzec w nadwątlonych więziach czy zaniechanych gestach powtarzalne wzory.
Porozumienia z widzem szuka Zhang poprzez rozsiane tu i ówdzie aluzje kulturowe: mignie nam okładka „Fragmentów dyskursu miłosnego” Rolanda Barthes’a, seans południowokoreańskiego filmu „Płomienie” Lee Chang-donga, a wyestetyzowane kadry odeślą nas do jeszcze innych znanych filmów z tego regionu. Nawet jeśli jest w tym niepotrzebny, „festiwalowy” naddatek, nad wszystkim góruje Biała Pagoda, czyli XIII-wieczna buddyjska świątynia Miaoying. U Zhanga rzuca ona wyraźny cień na losy bohaterów, szukających przede wszystkim zakorzenienia w sobie. Nam zaś otwiera pole do różnych interpretacji.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















