Nic nie poradzę, „Reniferek” („Baby Reindeer”) mnie nie zachwycił, choć czytam wszędzie, że zachwycić powinien. Tymczasem ten serial, o którym mówi już niemal cały świat, od pierwszego odcinka wzbudzał we mnie raczej nieufność. Śledząc – nie ukrywam, z zaangażowaniem – historię komika o imieniu Donny, który dorabia jako barman i pewnego razu nieopatrznie funduje darmową herbatę pozornie sympatycznej klientce, ona zaś okazuje się szaloną stalkerką (a to dopiero preludium) – miałem nieodparte wrażenie, że coś tu nie gra.
W szczególności, że wcale nie chodzi o – niechby i „brutalnie szczery”, społecznie zaangażowany, realistyczny aż do drastyczności – serial o przemocy i relacjach. A o co? Raczej o nie do końca jasną intencję samego twórcy, załatwiającego za pośrednictwem starannie dobranych środków swoje prywatne sprawy. Owszem, nie jest to w dziejach sztuki, także filmowej, żadna nowość, sztuka wyrasta z prywatności, prywatność zaś bywa materią sztuki.
Zresztą współcześnie w ogóle nieważne są takie dystynkcje. Kreacja staje się tworzywem życia, życie tworzywem kreacji, obie te sfery dowolnie się miksują i łączą. To prawda. Niemniej pomiędzy publiczną ekspozycją własnych – i cudzych – intymności, traum oraz splątań, pomiędzy zatem czymś na kształt autoterapii a dziełem sztuki, nawet popularnym serialem, istnieje zasadnicza różnica.
Prawdą jest jednak również i to, że współczesna kultura terapeutyczna skutecznie tę różnicę niweluje. Dominującą medialnie opowieścią jest w niej ta o pomyślnym przezwyciężaniu osobistych zranień. Im więcej w niej prywatności, wyznań i trudnych doświadczeń, tym bardziej wydaje się autentyczna i tym mocniej, potencjalnie, oddziałuje na publiczność. „Biografia terapeutyczna – pisze w książce „Uczucia w dobie kapitalizmu” izraelska socjolożka Eva Illouz – jest prawie idealnym towarem (…) wymaga tylko, aby dana osoba pozwoliła nam zajrzeć w ciemne zakamarki swej psyche i zechciała opowiedzieć swoją historię”.
Dokładnie wedle tych reguł skonstruowany jest „Reniferek”. Żebyśmy nie mieli wątpliwości, w czołówce pojawia się deklaracja: „To jest prawdziwa historia”. Nie „na motywach”, nie „oparta na”, lecz tak właśnie, in extenso: „prawdziwa”. Od początku wiemy także, że wzięta jest wprost z życia autora scenariusza, a zarazem odtwórcy głównej roli, Richarda Gadda. Szkockiego komika, który „naprawdę” pracował w barze, „naprawdę” spotkał sportretowaną w filmie kobietę, „naprawdę” stała się ona jego prześladowczynią i „naprawdę” doświadczył przemocy seksualnej ze strony pewnego znanego w branży komediowej producenta.
W poczuciu obcowania z prawdą śledzimy zatem losy Donny’ego-Richarda, przechodzimy z nim przez kolejne odsłaniające się kręgi piekielnych nadużyć, mroków, emocjonalnych turbulencji i katastrof. Kibicujemy jego zbawiennemu związkowi z psychoterapeutką Teri – piękną i mądrą transkobietą, nawiasem mówiąc jedyną postacią w „Reniferku”, o której da się powiedzieć, że jest psychologicznie stabilna i wie, czego chce. Na końcu zaś doświadczamy razem z bohaterem czegoś w stylu katharsis. A wszystko to wedle najlepszych przepisów na trzymającą w napięciu fabułę.
Cóż, serial ten niewątpliwie ewokuje intensywne emocje i zawiera wiele trafnych psychologicznych obserwacji, nadto wpisuje się w aktualne trendy społeczno-polityczne. Tyle że jest w nim też coś osobliwie nadmiarowego – w tych detalicznych, dosłownych ekspozycjach intymności, uwikłań i przemocy, w tych ciągłych sugestiach, że to takie do bólu szczere, naładowane uczuciami, osobiste, odważnie wydobyte na powierzchnię, bez żadnych niedomówień. I postawione nam wprost przed oczami.
Być może – paradoksalnie – przez tę nadmiarowość właśnie, przez ten specyficzny, słabo zapośredniczony ekshibicjonizm, „Reniferek” w ogóle nie sprawił na mnie wrażenia „prawdziwej historii”. Okazało się, że chyba słusznie, bo niedługo po premierze czujni internetowi tropiciele z łatwością namierzyli pierwowzór przedstawionej w „Reniferku” stalkerki Marthy.
Fiona Harvey – 58-letnia szkocka prawniczka – wystąpiła niedawno w programie Piersa Morgana i przedstawiła swoją wersję zdarzeń. Okazało się przy tym, że mówi, wygląda i zachowuje się podobnie do filmowej postaci, ma również to samo wykształcenie, chociaż Gadd i producenci z Netfliksa zapewniali, że dochowano wszelkich procedur, żeby zamazać tropy wiodące z ekranu do rzeczywistości. Najwyraźniej jednak nie dochowano.
Harvey twierdzi, że odkąd znienacka stała się postacią publiczną, dostaje setki maili z inwektywami i pogróżkami, a całe jej życie przewróciło się do góry nogami. Zapewnia zarazem – choć na temat relacji z Gaddem prawdopodobnie też, przynajmniej częściowo, konfabuluje – że scenariusz jest wyssany z palca. Czy faktycznie – tego nie wiemy, wiemy natomiast np., że – w przeciwieństwie do serialowej Marthy – Harvey nigdy nie została skazana za stalking.
Pytań nasuwa się więc mnóstwo, ale akurat nie takich, które deklaratywnie ten serial chciał stawiać. Czy w ramach swoich autoterapeutycznych procesów Gadd miał prawo posłużyć się życiem i tożsamością Harvey, nawet jeśli faktycznie go stalkowała? Czy specjalnie napisał, że „to jest historia prawdziwa” i tak skonstruował bohaterkę, żeby łatwo było namierzyć pierwowzór? Czy kłamie on, ona, czy też może kłamią oboje?
Tak czy owak – z pewnością wiele się tutaj nie zgadza. Co jeszcze: tego się pewnie będziemy sukcesywnie dowiadywać. Tylko czy aby na pewno powinniśmy?

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















