Festiwal Ad Libitum i libańska muzyka improwizowana

Nieprzypadkowo muzyka improwizowana znalazła swój dom w Libanie. Jej spiritus movens, Sharif Sehnaoui, wystąpi w Polsce podczas festiwalu Ad Libitum.
Czyta się kilka minut
Zespół Karkhana // Fot. Tony Elieh / Materiały prasowe zespołu
Zespół Karkhana // Fot. Tony Elieh / Materiały prasowe zespołu

Nie czuliśmy się związani z muzyką arabską – wspomina libański basista Tony Elieh. – Tego słuchali nasi rodzice, a my próbowaliśmy się uwolnić od przeszłości, która przecież próbowała nas zniszczyć. 

Zespół, o którym mówi, nazywał się Scrambled Eggs i powstał w Bejrucie w drugiej połowie lat 90. Wojna domowa zakończyła się kilka lat wcześniej, ale lokalne sklepy płytowe były wciąż mizernie zaopatrzone. Z zachodniego świata docierały tu w zasadzie tylko największe popkulturowe zjawiska. Nic dziwnego, że młodzi Libańczycy zaczęli od grania grunge’u. Później Scrambled Eggs skręcili w stronę punka, by ostatecznie wylądować w rejonach alternatywnego rocka. Choć zmieniały się stylistyki, niezmienny pozostawał powód, dla którego Elieh zajmował się muzyką. To doświadczenie wojny popchnęło go w stronę grania. 

– W muzyce od początku szukałem możliwości ucieczki – przyznaje artysta. – Drogi wyjścia z rzeczywistości, z którą nie umiałem się pogodzić. I to była dobra decyzja, bo właśnie za sprawą muzyki cztery lata temu przeprowadziłem się do Berlina. Udało mi się zostawić życie, które na wielu poziomach było dla mnie nie do zniesienia. 

Gitarzysta i spiritus movens libańskiej sceny eksperymentalnej Sharif Sehnaoui mógłby się skrzywić, czytając powyższy fragment. Nie dlatego, że nie zgadza się z Eliehem – tego nie wiem. Z pewnością przeszkadza mu natomiast egzotyzacja libańskiej muzyki – to jest postrzeganie jej przez pryzmat albo arabskich skal, albo tragedii wojny. 

Może dlatego jego pierwszy zespół „A” Trio skupiał się na wypracowaniu autorskiego języka, któremu trudno byłoby przypisać konkretne geograficzne współrzędne. A przecież i ten zespół brzmiałby zupełnie inaczej, gdyby nie wojna. 

– Jako dziecko grałem na pianinie, próbowałem swoich sił na perkusji – wspomina Sehnaoui. – Jednak sytuacja w kraju zmuszała moją rodzinę do przeprowadzek, a z takimi instrumentami niełatwo jest podróżować. Z gitarą jest znacznie prościej. Nie był to więc mój instrument pierwszego wyboru. Mało tego, przyznam się, że dopiero kilka lat temu prawdziwie zakochałem się w gitarze. Wcześniej nie byłem jej taki pewien. 

Można powiedzieć: lepiej późno niż wcale. Tym bardziej że w dniach 12-14 września Sharif Sehnaoui wystąpi jako artysta-rezydent podczas 19. festiwalu Ad Libitum, który w tym roku przygląda się właśnie gitarze.

Sharif Sehnaoui // Archiwum prywatne

Dzika energia w muzyce

Tak jak wszystkie inne sektory gospodarki, tak i libańska kultura długo próbowała podźwignąć się po zakończonej wojnie. Pomagali jej w tym powracający do ojczyzny uchodźcy przywożący ze sobą nie tylko zgromadzony za granicą kapitał, ale także specjalistyczną wiedzę. Nie inaczej było w przypadku muzyki improwizowanej – tutaj także kluczowe było zaczerpnięcie z zachodnich doświadczeń i inspiracji. Z tym, że kurier do Bejrutu jeszcze nie dotarł. Ba, on z niego jeszcze nie wyjechał. 

Stało się to dopiero w 1995 r., kiedy Sehnaoui wyruszył na studia muzyczne do Francji: – Pierwszą rzeczą, od której zakręciło mi się w głowie, były sklepy płytowe – wspomina. – Zamiast pokoiku z pięcioma stojakami wszedłem do olbrzymiego pomieszczenia, w którym znajdowały się tysiące albumów. Ta obfitość robiła tym większe wrażenie, że co chwila trafiałem na gatunki, o których istnieniu w ogóle nie wiedziałem. 

Nowością dla studenta było także życie koncertowe. Kiedy tylko mógł, Sehnaoui wybierał się na występy rockowe, bluesowe, jazzowe, improwizowane, eksperymentalne. Swoimi odkryciami dzielił się później z libańskimi przyjaciółmi. Jednym z nich był Mazen Kerbaj, któremu kilka lat wcześniej podarował pierwszą trąbkę. W wywiadzie udzielonym magazynowi „Glissando” ten uznany dziś improwizator i artysta wizualny wspomina, że jazz kojarzył mu się wówczas z nudną muzyką starych ludzi. Sehnaoui przywoził jednak z Paryża płyty Aylera, Brötzmanna, późnego Coltrane’a – Kerbaj był w szoku, że można tak grać. 

Być może to właśnie dzika energia zaklęta w tej muzyce pchnęła przyjaciół do podjęcia dość szalonego ruchu. Choć stawiali dopiero pierwsze kroki na tej scenie, a w całym Bejrucie osoby zainteresowane wolną improwizacją mogli policzyć na palcach jednej ręki, to w 2000 r. powołali do życia Irtijal Festival – wydarzenie poświęcone muzyce eksperymentalnej.

– Pierwszego roku było nas czterech – wspomina Sehnaoui. – Scena w znacznym stopniu wyrosła więc z i wokół festiwalu. Każdego roku Irtijal to był dla nas wóz albo przewóz. Mieliśmy odsłony, które były trudne, ale z reguły każda kolejna pchała scenę do przodu. Działo się to powoli, bo niektórzy artyści potrzebowali więcej czasu, by wejść w orbitę tej muzyki, by wejść w relację ze sceną. 

Jednym z takich artystów był Elieh, który początkowo sceptycznie podchodził do oferty festiwalu. Do dziś pamięta ten pierwszy raz, kiedy usłyszał muzykę improwizowaną: – Mazen występował solo przed Scrambled Eggs, grając na trąbce. Nienawidziłem go tamtego wieczoru. Impreza odbywała się w dużym klubie i sala była pełna. Podczas koncertu Mazena ludzie zaczęli jednak wychodzić, co strasznie mnie zdenerwowało. Tym bardziej że nie miałem wcześniej do czynienia z taką muzyką, więc zupełnie nie rozumiałem, co on właściwie próbuje nam przekazać.

Trębacz i bomby

Reakcja Elieha nie była wyjątkowa. Sehnaoui przyznaje, że bejrucka scena improwizowana wykształciła się dopiero w 2010-2011 r. – to były pierwsze lata, kiedy artysta zakładający nowy zespół miał komfort wyboru muzyków do współpracy. Wcześniej to były zawsze te same nazwiska. I nie było ich wiele. Przez pierwsze dziesięć lat organizowania festiwalu Sehnaoui i Kerbaj nie tylko budowali jego publiczność, ale także całe artystyczne środowisko wokół. Ich zapał, ale też osiągnięcia w tym zakresie są tym bardziej godne podziwu, że mowa o imprezie, która – nie mając systemowego wsparcia – od początku ściągała do Bejrutu czołówkę improwizowanej sceny. 

– Nigdy nie korzystaliśmy z miejskiego czy państwowego wsparcia, a mimo to już na początku odwiedzili nas Fred Van Hove czy Peter Brötzmann – mówi Sehnaoui. – Informowaliśmy artystów, jak wygląda sytuacja, obiecywaliśmy opłacenie przelotu, nocleg, minimalne honorarium i wielu artystów przyjmowało taką propozycję z ochotą. Wydaje mi się, że dla niektórych sama możliwość grania w Libanie była ekscytująca.

Obecność prawdziwych legend sceny improwizowanej uwiarygodniała festiwal w oczach kolejnych muzyków, a także prezentowała lokalnym twórcom free jazz w jego najbardziej pociągającej postaci. – Moje postrzeganie muzyki improwizowanej zmieniło się całkowicie w 2006 r. – wspomina Elieh. – To był występ Axela Dörnera z Michaelem Zerangiem.

– Na Irtijal poznałem libańskich artystów, których cechowała nie tylko duża świadomość artystyczna, ale także bardzo wysokie umiejętności, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich młody wiek – wspomina wybitny chicagowski perkusista Michael Zerang. – I to oni skrzyknęli improwizatorów z Europy i Bliskiego Wschodu na jednym festiwalu; wówczas nie było niczego podobnego w tym regionie. A jeśli się to zmieniło, to tylko dzięki Irtijal i jego oddziaływaniu.

Przytakuje mu Alan Bishop, wokalista, gitarzysta legendarnej grupy Sun City Girls, a także współtwórca wytwórni Sublime Frequencies, skupiającej się na prezentacji twórców spoza kręgu muzyki zachodniej. – Silna wola i wysiłek, jakich wymaga konsekwentne rozwijanie Irtijal, to chyba po prostu cechy potrzebne, żeby radzić sobie na co dzień z wyzwaniami rzucanymi przez to miejsce – zastanawia się Bishop. – Nieustająco obrywasz od systemowej korupcji, wewnętrznej i zewnętrznej manipulacji, przemocy. Libańczycy nauczyli się lawirować w całym tym bagnie i myślę, że w jakiś sposób muzyka eksperymentalna, która znalazła u nich swój dom, jest owocem tego trudnego przeznaczenia.

O tym, jaki to los, Zerang przekonał się kilka miesięcy po pobycie w Libanie. Perkusista nagrał wtedy sesje z siedmioma bejruckimi muzykami. Kiedy słuchał ich po raz pierwszy w swoim chicagowskim mieszkaniu, na Bliskim Wschodzie wybuchała właśnie II wojna libańska. To z tego okresu pochodzą wstrząsające nagrania Mazena Kerbaja. Trębacz improwizuje na swoim balkonie przy akompaniamencie spadających bomb. Artysta nie przerywa nawet na moment – on też urodził się w czasie wojny, więc wie, że odgłos bomby to dobra wiadomość, bo – jak tłumaczył we wspomnianym wywiadzie dla „Glissando” – „jeśli ją słyszysz, to znaczy, że nie spadła na ciebie”.

Zdaniem Zeranga te dramatyczne doświadczenia wpływają bezpośrednio na charakter libańskiej sceny. – Na Zachodzie artystom zdarza się czasem zapętlić w teorii, w różnych abstrakcyjnych rozważaniach. U libańskich artystów brakuje tego całego pieprzenia głupot. Wchodzisz na scenę i grasz, bo to może być twój ostatni dzień. Co oczywiście nie oznacza, że Sharif czy Mazen nie znają teorii, nie mają głębokich przemyśleń – mają, ale przede wszystkim mają pilną potrzebę działania.

Festiwal w Bejrucie

Choć organizatorzy napotykają w Libanie na wiele obiektywnych trudności, Bishop wcale nie jest zaskoczony, że najważniejszy festiwal muzyki eksperymentalnej Bliskiego Wschodu odbywa się właśnie w Bejrucie. A ma porównanie, bo od kilkunastu lat na stałe mieszka w Kairze. – W Libanie jest więcej infrastruktury, możliwości finansowania i przede wszystkim tolerancji względem muzyki niezależnej – twierdzi artysta. – Łatwiej tu przekraczać pewne granice niż w bardziej konserwatywnych, restrykcyjnych państwach arabskich. Gospodarka może i jest zdziesiątkowana, ale Libańczycy mają niezwykłą sprawność w obchodzeniu wszelakich przeszkód. 

Nie powinno dziwić, że takie kombinowanie czy też – no właśnie – improwizowanie dotyczy też sceny, która przez lata była na tyle mała, że bejruccy artyści byli gotowi współpracować z każdym, kto był otwarty na innowacje. Jazzmani zakładali więc składy z rockmanami, wirtuozi oud eksperymentowali ramię w ramię z awangardzistami. Sehnaoui krzywi się na sprowadzanie muzyki libańskiej do arabskich makamów, co nie znaczy, że odcina się od tych tradycji. Chodzi tylko, by próbować robić z nią coś nowego, ożywczego. 

Najlepszym przykładem takiego podejścia, a także wizytówką libańskiej sceny jako muzycznego serca regionu jest Karkhana. Septet, w którego skład wchodzi trójka artystów z Libanu (Sehnaoui, Kerbaj, Elieh), egipski klawiszowiec i gitarzysta Maurice Louca, pochodzący z Egiptu gitarzysta i oudzista Sam Shalabi, turecki multiinstrumentalista Umut Çağlar oraz Michael Zerang – Amerykanin o asyryjskich korzeniach. Muzyka Karkhany jest potężna, przetacza się przez głośniki niczym tornado, zasysając post rock, wielkie chicagowskie składy Brötzmanna czy Mazurka, ogłuszające riffy rodem ze Swans i tropy bliskowschodnich tradycji rozsypane po tych utworach niczym arabskie diaspory. 

– W Karkhanie niektóre tematy, struktury i formy tworzymy wspólnie: rzucam pomysł na melodię czy rytm, zaczynamy go grać i nagle Sharif mówi: „a teraz spróbujmy tego!”, więc wrzucamy ten jego trop do gara i wspólnie próbujemy go wyłowić – tłumaczy Zerang. – Żaden z naszych utworów nie jest dziełem jednego kompozytora, wszystko powstaje wspólnie. I w tym procesie absolutnie nie czuję, kto pochodzi z Egiptu, kto z Libanu, a kto z Ameryki. Chyba na tym polega siła muzyki. Możemy usiąść razem i się nie pozabijać. Czy to nie wspaniałe?

Z Bejrutu do Warszawy

Na takie zintegrowanie bejruckiego środowiska zwraca moją uwagę perkusista Adam Gołębiewski, który od wielu lat współpracuje z Sehnaouim. Artyści poznali się kilkanaście lat temu podczas poznańskiego festiwalu muzyki improwizowanej Friv. – Jego formułą było zapraszanie muzyków z konkretnych scen i konfrontowanie ich z miejscowymi artystami – tłumaczy Gołębiewski. – Natomiast dobór składów odbywał się losowo i opatrzność tak zadecydowała, że zagrałem właśnie w duecie z Sharifem. I ten set wyszedł dobrze, bardzo spójnie. Po jakimś czasie Sharif skontaktował się ze mną z propozycją zagrania wspólnej trasy, potem pojawiła się płyta i historia zaczęła się tworzyć. 

Częścią tej historii były dwie rezydencje Gołębiewskiego w Bejrucie. Podczas pierwszej poznał m.in. Tony’ego Elieh, podczas drugiej zarejestrowali w trio materiał na płytę „Shadowcracker”. – Samo nagranie nie napotkało przeszkód, natomiast wielkimi krokami zbliżała się pandemia i cały kryzys z nią związany, a także wybuch w bejruckim porcie, do którego doszło niedaleko studia, a w zasadzie to niedaleko wszystkiego, bo eksplozja była tak wielka, że sparaliżowała całe miasto – wspomina artysta. – Poczekaliśmy więc kilka lat na odpowiedni moment, aby ten album wydać. Wreszcie się udało.

Niestety ten moment przyszedł w środku kolejnego kryzysu. Dzień przed moją rozmową z Sehnaouim na Liban spadły bomby. Jego koncerty spadły natomiast z programów wszystkich niemieckich klubów. – W gruncie rzeczy to jest bardzo prosty mechanizm – tłumaczy Libańczyk. – W Niemczech nie możesz krytykować działań państwa Izrael. W tym zakresie panuje pełna cenzura. A ja wspieram palestyńską sprawę, widzę też przecież, jak Izrael atakuje mój kraj, łamiąc przy tym międzynarodowe prawo, zrzucając biały fosfor, niszcząc uprawy. Moja strategia oporu jest przy tym pokojowa: bojkotuję i nawołuję do bojkotowania Izraela. I to wystarczy, bym dla Niemców był antysemitą. 

O komentarz proszę Tony’ego Elieh, w końcu libańskiego berlińczyka. – Boję się wypowiadać w tej sprawie. Naprawdę nie wiem, czy mogę dzielić się przemyśleniami na ten temat, jednocześnie pozostając uczciwym. Mam nadzieję, że taka odpowiedź też jest znacząca, bo daje obraz, w jakiej sytuacji się znajdujemy.

Szczęśliwie Libańczycy spotkają się w Warszawie, gdzie 12 września wystąpią w trio z Adamem Gołębiewskim, którego możliwości prezentuje album „Shadowcracker”. – Ta płyta brzmi jeszcze lepiej, niż to zapamiętałem – przyznaje Sehnaoui. – Może dlatego, że muzycznie mogliśmy pójść w każdym kierunku, w jakim tylko chcieliśmy. Udało nam się tu zestawić ze sobą elementy, które rzadko się ze sobą łączy: nie ma tu więc oczywistej muzycznej logiki, a mimo to różne wątki świetnie ze sobą koegzystują. Prawdę mówiąc, myślę, że to jedna z najlepszych płyt, jakie nagrałem. 

Na okładce płyty tego potężnie brzmiącego, elektrycznego trio widać odrapaną fasadę bejruckiej kamienicy, a na niej świętą Ritę, patronkę spraw trudnych i beznadziejnych. Jeszcze da się ją rozpoznać, ale niedługo zniknie. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Kurier z Bejrutu