Reklama

Fałszerze z Berna

Fałszerze z Berna

20.01.2020
Czyta się kilka minut
Jakub Kumoch, współautor książki „Lista Ładosia”: Każdy z członków grupy miał pomocników, a ci swoich. Gdyby uwzględnić wszystkie kręgi wtajemniczonych, w tę sprawę angażowały się setki ludzi.
Zdjęcia osób, które otrzymały fałszywe paszporty, na prezentacji materiałów archiwalnych z publikacji „Lista Ładosia”, Warszawa, 12 grudnia 2019 r. INSTYTUT PILECKIEGO
A

AGNIESZKA KAMIŃSKA: W 2016 r. został Pan ambasadorem w Bernie. Co wiedział Pan wtedy o Aleksandrze Ładosiu, grupie berneńskiej i akcji pod kryptonimem „sprawy paszportowe”?

JAKUB KUMOCH: Nie znałem ani tej postaci, ani tych wydarzeń. Historia przyszła do mnie, gdy poznałem Markusa Blechnera, konsula honorowego RP w Zurychu. On opowiedział mi o Ładosiu. Jakiś czas później, podczas wizyty w siedzibie IBM w Zurychu, poznałem Moshe Rappoporta. Ciekawa postać, ortodoksyjny żyd, geniusz matematyczny. Zaprosiłem go na obchody 3 maja. Wchodząc do ambasady, miał łzy w oczach. Mówił, że to dla niego święte miejsce, w którym zawsze chciał się znaleźć. To zdarzenie spowodowało, że nie mogłem zostawić tej sprawy. Dzień później zacząłem szukać w internecie i trafiłem na odtajnione depesze MSZ Szwajcarii. To był początek badań, które trwały prawie dwa lata.


AUSCHWITZ: PYTANIA O PAMIĘĆ

27 stycznia 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej zajęli teren niemieckiego obozu Auschwitz-Birkenau, uwalniając ostatnich więźniów. W 75. rocznicę publikujemy dodatek poświęcony pytaniom o kształt pamięci o Holokauście >>>


Wcześniej pracował Pan w mediach – zaangażował się Pan w tę sprawę jako dyplomata czy jako dziennikarz?

Ona dotyczy mojego poprzednika, więc uważałem, że to mój obowiązek. Poza tym, to sprawa fascynująca dziennikarsko, ale też naukowo, gdyż okazało się, że dotychczasowe opracowania na jej temat nie oddawały w pełni tej historii. Powodem jest m.in. to, że nie przejrzano całości archiwów szwajcarskich.

Odtworzenie tzw. listy Ładosia to dzieło wielu osób i instytucji zaangażowanych w dotarcie do nazwisk posiadaczy fałszywych latynoskich paszportów. Które źródła były kluczowe dla tych poszukiwań?

To dzieło wielu ludzi. A najbardziej cennymi źródłami były tu listy Żydów na wymianę [za Niemców internowanych w Ameryce Łacińskiej – red.] z 1944 i 1945 r. Przykładowo taka jedna lista z obozu Bergen Belsen, którą posiada Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, liczy 646 nazwisk, przy czym nie wszyscy oni mieli paszporty Ładosia. Są też listy ludzi, którzy po wojnie deklarowali obywatelstwo państw latynoskich, bo innego nie mieli. Kolejne ważne źródło to tzw. lista Silberscheina: kilkaset stron odręcznie spisanych danych osób, które dostały lub miały dostać paszporty. Prócz tego pojedyncze nazwiska pojawiały się w świadectwach ludzi, którzy do nas pisali. Natomiast żadnej listy nie prowadził sam Ładoś, choć wielokrotnie był proszony przez polski rząd na uchodźstwie o przedstawienie takowej. Może jako konspirator nie zrobił tego z ostrożności, chcąc chronić ambasadę przed zamknięciem, czego domagali się Niemcy.

Wśród ocalonych na tzw. liście Ładosia są kronikarz z getta warszawskiego, jeden z założycieli państwa Izrael, późniejszy minister spraw zagranicznych PRL i późniejszy premier Francji, ale też ludzie, których losy nie są znane. Łączy je dramatyczna historia. Czy coś jeszcze?

Bardzo często pokrewieństwo. Jeśli dziś tę listę widzi Żyd np. z Holandii czy Niemiec, to odnajduje na niej nie tylko rodziców, ale też swoich krewnych, o którym to pokrewieństwie nie mieliśmy pojęcia. To łatwe do wytłumaczenia. Wiedza o paszportach była rozpowszechniana z ust do ust, dlatego powiązania rodzinne między ich posiadaczami są normą. Można też zauważyć powiązania organizacyjne. Paszporty z listy Silberscheina często były kierowane do organizacji syjonistycznych i kibuców, z kolei Chaim Eiss ratował w dużej mierze elity ortodoksyjne. Wielu znalazło się na liście, bo miało rodziny w Szwajcarii albo powiązania z jednym z dwóch żydowskich organizatorów akcji.

To była też operacja finansowa. Skąd pochodziły środki?

To był olbrzymi transfer pieniędzy. Ceny za paszport [płacone przez „grupę berneńską” latynoskim dyplomatom i konsulom honorowym – red.] zaczynały się od 500 franków, a wiemy, że powstały ich tysiące. Na początku, w 1940 czy 1941 r., prawdopodobnie płacił Skarb Państwa. Ale podczas wojny, gdy polskie państwo nie miało możliwości ściągania podatków, umówiło się z organizacjami żydowskimi, że sfinansują one część operacji. Ponadto stworzono kanał finansowania przez Londyn. Można było wpłacać pieniądze na paszport w ministerstwie finansów w Londynie, a następnie były one wypłacane w Bernie z wykorzystaniem przypisanego Polsce złota, zdeponowanego w banku centralnym Szwajcarii. Część pieniędzy pochodziła z darowizn organizacji żydowskich, później dołączyli żydowscy zbieracze funduszy. Niestety poza jednym sprawiedliwym, żaden konsul honorowy – a byli to w większości bogaci przedstawiciele szwajcarskich elit prawniczych – nie pracował za darmo. Polacy i Żydzi wręczali im ogromne łapówki.

W książce wydanej w grudniu 2019 r. przez Instytut Pileckiego znajdziemy dużo liczb, informacji o źródłach, metodologii. Nie ma ludzkich historii.

Nie ma, bo nie taki był jej cel. Odtworzyliśmy listę 3262 nazwisk i liczymy, że jej opublikowanie przyczyni się do tego, że zgłoszą się kolejne osoby. Według naszych szacunków pełna lista powinna liczyć 8-10 tys. osób, brakuje więc 5-7 tys. nazwisk.

Posiadanie takiego paszportu to był potencjalny ratunek, ale też ryzyko. Czy dokument mógł zaszkodzić posiadaczowi?

Mógł. To zależało od miejsca i czasu. W Holandii paszporty Ładosia niemal wyłącznie ratowały. Niestety w okupowanej Polsce ich legenda została użyta przez Gestapo i kolaborantów w gettach oraz poza nimi do wywabiania ludzi z ukrycia. Przykładem afera Hotelu Polskiego w Warszawie i mniej znana prowokacja będzińska. Podkreślam: paszporty nie ratowały. One zwiększały prawdopodobieństwo przeżycia. Poza tym dawały ich posiadaczom dodatkowe koło ratunkowe, zwiększały wolę przetrwania. Ludzie starali się o te dokumenty nawet już w ukryciu, w 1943 i 1944 r. Szacujemy, że 15-20 proc. posiadaczy paszportów w okupowanej Polsce ocalało. W Holandii to ok. 60 proc. W tych obu głównych krajach objętych operacją to znacznie więcej niż odsetek ocalałych tam Żydów bez paszportów. Nie twierdzę, że wszystkich „uratował Ładoś”.

Dodać jednak należy, że Ładoś stworzył metodę, którą po nim kontynuowali inni. Gdy jego kontrahenci zostali zwolnieni po donosie jednego z nich i gdy zmarł Chaim Eiss, jego sukcesor Isaac Sternbuch znalazł jeszcze jednego dostawcę: żydowskiego pracownika konsulatu Salwadoru. Był rok 1944 i metoda Ładosia ożyła. Tym razem była jeszcze skuteczniejsza. Promes salwadorskich używał Carl Lutz, szwajcarski konsul w Budapeszcie, nadawanie fikcyjnego obywatelstwa Szwecji było jedną z metod ratowania stosowaną przez Raula Wallenberga. Szwajcarzy, którzy w 1944 r. jednak stanęli po stronie ofiar i udzielili im pomocy, skorzystali z wiedzy, którą prawdopodobnie posiedli szpiegując ludzi Ładosia.

Neutralni Szwajcarzy przymykali oko na to, co się działo w polskiej ambasadzie?

Na początku tak to interpretowałem. Ale Żydowskie Muzeum Szwajcarii w Bazylei zwróciło mi uwagę, że to, co uważałem za świadome milczenie, mogło być tylko urzędniczą inercją. Grupa Ładosia i żydowskie organizacje, które z nią współpracowały, były stale śledzone. Pojawiały się postulaty ukrócenia całej akcji, ale z jakiegoś powodu Szwajcarzy nie reagowali. Być może kierowali się zasadą, że dopóki pewne działania nie uderzają bezpośrednio w interesy ich kraju, lepiej nie robić nic. Rolę szwajcarskiego państwa w tej sprawie określiłbym jako wielo­znaczną.

Natomiast jednoznacznie negatywnie oceniana jest rola tutejszej policji, zwłaszcza przejęcie przez nią części dokumentacji, w tym zdjęć paszportowych kilkuset osób. Jednak byli też szwajcarscy policjanci, którzy usiłowali sabotować śledztwo. Prawdopodobnie wiedzieli, co jest stawką. Są na nich skargi, niestety – niestety z dzisiejszego punktu widzenia – niewymieniające nikogo z nazwiska. Pozytywny jest udział wielu Szwajcarek i Szwajcarów, również nie-Żydów, w pozyskiwaniu paszportów dla wielu osób. Oni też współfinansowali akcję.


złonkowie „grupy berneńskiej” (z góry od lewej): Aleksander Ładoś, Juliusz Kühl, Konstanty Rokicki, Stefan Ryniewicz, Abraham Silberschein i Chaim Eiss. / ZBIGNIEW POPADIUCH / WIKIPEDIA.ORG x6

Nazwa „Lista Ładosia” sugeruje, jakoby całą tę machinę wymyślił jeden człowiek. Ale prócz ambasadora i jego współpracowników także wielu innych ludzi ryzykowało, fałszując, transportując i sprzedając paszporty. Czy da się oszacować skalę tej operacji?

Nazwa nie zawiera sugestii, że Ładoś wymyślił tę operację, ale stwierdzenie, że ją przeprowadził. Bez zgody ambasadora w ambasadzie nie dzieje się nic, a Ładoś akcję aprobował, popierał, bronił jej i rozpoczął interwencję na rzecz uznania paszportów. Nikt od ambasadora nie oczekuje, by wykonywał prace konsularne. Ma od tego ludzi. Gutta Sternbuch, wielka bohaterka żydowska, której znaczna część historyków przypisywała bycie współorganizatorką akcji paszportowej, napisała, że bez Ładosia nie uratowałby się prawie nikt. Każdy z liczącej sześć osób tzw. grupy Ładosia miał pomocników, a ci z kolei swoich ludzi. Gdyby uwzględnić wszystkie kręgi wtajemniczonych, to w sprawę angażowały się setki osób. Ale wystarczyłoby, żeby Ładoś w pewnym momencie powiedział: „Nie, to zbyt duże ryzyko”, i to wszystko by się nie odbyło.

Tak samo działał każdy, kto w czasie Holokaustu ratował na masową skalę. Lutz miał swoich ludzi i Wallenberg też, i Chiune Sugihara [japoński konsul w Kownie – red.]. Zresztą okazuje się, że fałszowanie dokumentów to tylko niewielka część działalności Ładosia. On umożliwił Żydom korzystanie z kanału przesyłania informacji niejawnej. W ten sposób przez Berno przeszła właściwie znaczna część historii Holokaustu. Opublikowałem wszystkie depesze Ładosia na swojej stronie na Facebooku. Wiem, że to niekonwencjonalne, ale historycy mieli dziesiątki lat, by to wydać. Nie zrobili tego. Jedynym, kto o depeszach Ładosia napisał wyczerpująco, był niedawno izraelski dziennikarz Eldad Beck.

Ładoś mawiał, że „w polityce najważniejszy jest rezultat”. Co Pan jako dyplomata sądzi o jego metodach?

Chciałbym, stojąc przed podobnym wyborem, dokonać takiego, jakiego on dokonał. Zdaję sobie jednak sprawę, że dziś łatwo nam tak mówić. W roku 1940 nie było precedensu, by dyplomaci zajmowali się fałszerstwem. Ktoś, kto w dyplomacji podejmował się na własną rękę działalności przestępczej, brał na siebie olbrzymie ryzyko. Ładoś nie zasłaniał się rządem RP. Gdyby wpadł, odpowiedzialność byłaby wyłącznie jego. Wiele ryzykował. Mógł zostać natychmiast wyrzucony ze Szwajcarii. Uważam go za bohatera światowej skali. Tymczasem on i jego grupa są niedoceniani. Dziwi mnie, że dotąd nikt nie wpadł na to, by poświęcić Ładosiowi czy Konstantemu Rokickiemu choćby ulicę. Polska szkoła im. Ładosia w Bernie to dotychczas jedyna instytucja nazwana jego imieniem.

Dziennik „Frankfurter ­Allgemeine” nazwał operację grupy Ładosia „jedną z największych akcji ratowania Żydów z Holokaustu”. Jakie znaczenie mają dziś takie historie jak ta grupy berneńskiej?

Przede wszystkim przywracają pamięć o ludziach, którzy na to zasługują. Lektura depesz Ładosia pokazuje też w innym świetle historię Polski i Zagłady. Zadaje kłam przekonaniu, że polski rząd nie traktował Żydów jak swoich obywateli. I przekonaniu, że Żydzi na Zachodzie nie robili nic, by ratować innych Żydów. Historia grupy Ładosia to bardzo pozytywna historia polsko-żydowska. Podkreślam: polsko-żydowska.

Hanna Krall powiedziała kiedyś, że w historiach ratowania Żydów dla Polaków najważniejsi są Polacy.

Dla Polaków najważniejsi są Polacy, dla Francuzów – Francuzi, a dla Żydów – Żydzi. W dotychczasowych opracowaniach na temat Berna, takich jak „Heroine of Rescue” o Gutcie Sternbuch, czy w opracowaniach na temat Silberscheina lub Eissa, Polacy w zasadzie nie występują, najwyżej są tłem. Pierre Mendès France [premier Francji w latach ­1954-55 – red.] podziękował za paszport panu Riegnerowi ze Światowego Kongresu Żydów, ale zapomniał podziękować konsulowi Rokickiemu, który mu ten paszport sfałszował. Zresztą w biografiach France’a Rokicki nie ma imienia – występuje jako „polski konsul”. Z kolei szwajcarskie media i instytucje historyczne usiłują dowodzić, że Ładoś jest nieważny, lecz ważni są ci Szwajcarzy, którzy go wspierali...

Niedawno prezentował Pan książkę „Lista Ładosia” w Warszawie. Z jakimi reakcjami się Pan spotkał?

Reakcje historyków i badaczy Zagłady są bardzo pozytywne. Cieszę się szczególnie z opinii historyków z Żydowskiego Instytutu Historycznego oraz z reakcji, które otrzymałem z Izraela i od przedstawicieli diaspory żydowskiej. Jest to projekt międzyinstytucjonalny, obecnie przyłączają się do niego żydowscy genealodzy. Najważniejsze jest teraz odnalezienie brakujących tysięcy nazwisk.

Niedługo opuszcza Pan Berno. Będzie się Pan dalej angażował w te badania?

Moja rola jest chyba zakończona, będę się jej przyglądał jako kibic. Ale ludzi, którzy badają teraz sprawę Ładosia, jest wielu. Cieszy mnie, że jest sporo historyków, którzy analizują dokumenty, odkrywają nowe wątki. Czekam jeszcze na odważnego scenarzystę i reżysera, który przeniesie tę niezwykłą historię na ekran. ©

JAKUB KUMOCH (ur. 1975) był w latach 2016-20 ambasadorem RP w Szwajcarii, wkrótce obejmie ambasadę w Turcji. Z wykształcenia turkolog i politolog, wcześniej pracował jako analityk Ośrodka Studiów Wschodnich i Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, a także dziennikarz, m.in. korespondent PAP w Moskwie.


 

LISTA ŁADOSIA

Nazywani są dziś „­grupą berneńską” lub „grupą Ładosia”: polscy dyplomaci z Poselstwa RP w Bernie (odpowiednik dzisiejszej ambasady) i współpracujący z nimi działacze żydowscy, którzy w latach 1941-43 zajmowali się nielegalnym zakupem i sporządzaniem paszportów oraz poświadczeń obywatelstwa państw Ameryki Południowej i Środkowej (Paragwaju, Hondurasu, ­Haiti i Peru) oraz działaniami na rzecz ich uznania. Fałszywe dokumenty trafiały do Żydów, dając im większe szanse na przeżycie, gdyż ich posiadacze jako „obcokrajowcy” mogli być umieszczani przez władze niemieckie na listach osób do wymiany oraz kierowani do obozów przejściowych dla internowanych, zamiast do obozów zagłady.

W ścisły skład grupy wchodzili: Aleksander Ładoś, poseł RP (tj. ambasador) w Bernie, jego zastępca Stefan Ryniewicz, wice­konsul Konstanty Rokicki, attaché polskiego poselstwa Juliusz Kühl oraz dwóch przedstawicieli organizacji żydowskich: Abraham Silberschein (Światowy Kongres Żydów, RELICO) i Chaim Eiss (z organizacji Agudat Israel).

Początkowo paszporty wysyłano na teren okupowanej Polski, z czasem operacja ratowania w ten sposób Żydów rozszerzyła się na Holandię, a także Francję, Belgię, Słowację, Włochy, Niemcy i Austrię (w dwóch ostatnich krajach ratowano tak Żydów pozbawionych obywatelstwa). W wydanej w grudniu 2019 r. przez Instytut Pileckiego książce „Lista Ładosia” – to efekt kilkuletniej pracy zespołu ludzi, której motorem był Jakub Kumoch, ambasador RP w Szwajcarii – prawdopodobną liczbę posiadaczy tych paszportów szacuje się na 8-10 tys. osób, z których mogło przeżyć 2-3 tys. W wyniku badań zidentyfikowano dotąd tożsamość 30-40 proc. Żydów, których próbowała ratować „grupa berneńska”. Spis ustalonych z nazwiska ludzi, dla których wystawiono paszporty latynoskie, opublikowano pod nazwą „Lista Ładosia”. © Agnieszka Kamińska z Berna

 
Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]