Euro 2024: jak daleko zajdą Hiszpanie

Po czym poznać boomera? Po tym, że w kółko powtarza, że oglądamy średnie mistrzostwa. Gdyby ćwierćfinał Hiszpania-Niemcy był finałem turnieju, wspominalibyśmy go przez lata.
Czyta się kilka minut
Mikel Merino strzela zwycięską bramkę dla Hiszpanii w meczu z Niemcami, Stuttgart, 5 lipca 2024 r. / Fot. Antonio Calanni / Associated Press / East News

Żadnej nostalgii, oglądania się wstecz, wspominków. Jedną z największych pułapek, w jakie może wpaść dziennikarz sportowy (a może i szerzej, bo przecież dotyczy to także krytyków filmowych czy literackich i ich obcowania z dziełami kinowymi czy książkami), jest ta, w której każdy obejrzany właśnie mecz przypomina mu mecz już niegdyś rozegrany, w każdej wschodzącej gwieździe widzi wcielenie legendy z przeszłości, strzelona akurat bramka kojarzy mu się z inną bramką, patrząc na paradę tureckiego bramkarza Günoka we wtorkowym meczu z Austrią powraca pamięcią do sposobu, w jaki Gordon Banks powstrzymał Pelégo na stadionie w Guadalajarze, 7 czerwca 1970 roku, itd., itp.

Rzecz w tym, że takie wspominki rzucają cień na bohaterów naszej teraźniejszości, takich jak np. Hiszpanie Olmo, Yamal i Williams. Zasługujących na swoją opowieść, a nie pozostawanie w cieniu zawodników, którzy zachwycali nas, kiedy sami byliśmy młodzi. Zasługujących na rozdziawioną z zachwytu gębę siedzących może gdzieś obok siedmiolatków, którym doprawdy nie musimy od razu przypominać, jak to w 1988 roku van Basten z Gullitem rozkochiwali nas w kolorze pomarańczowym. Ocalenie niewinności przeżycia tych siedmiolatków również bywa stawką pisania o futbolu. Kimże jestem, by wybijać im z głowy przekonanie, że zobaczyli właśnie najlepszy mecz w życiu?

Gdzie tak pięknie

Oczywiście, łatwo mogło do tego meczu nie dojść, a przynajmniej nie na tym etapie turnieju. Gdyby Nicklas Füllkrug w doliczonym czasie gry spotkania ze Szwajcarią nie zdobył bramki wyrównującej, Niemcy zajęliby drugie miejsce w grupie, a w związku z tym nie trafiliby na Hiszpanów już w ćwierćfinale… postawię jednak w tym miejscu kropkę, pamiętając piosenkę Webbera i Łony z frazą o kraju, „gdzie tak pięknie potrafią przypuszczać”. Zdanie zaczynające się od słów „gdyby Nicklas Füllkrug” mógłbym zresztą dokończyć na kilka innych sposobów – gdyby w 124. minucie, czyli w ostatnich sekundach dogrywki, napastnik Borussii uderzył nie po zewnętrznej stronie słupka, tylko umieścił piłkę w siatce, doprowadziłby w ten sposób do wyrównania – podobnie zresztą jak w 76. minucie, gdy upadając, pociągany za koszulkę przez Nacho, trafił w słupek.

Zostawmy jednak gdybanie, w tej kwestii mamy przecież jasność: gdyby ćwierćfinał Hiszpania-Niemcy był finałem turnieju, wspominalibyśmy go przez lata. Z listy, którą Nick Hornby stworzył kiedyś na użytek zdefiniowania meczu naprawdę godnego zapamiętania; takiego, z którego wraca się w stanie całkowitego spełnienia, mogliśmy dziś odhaczyć zarówno bramki (i to w końcówce, bądź w doliczonym czasie gry, czyli szczególnie pożądane), jak wyjątkowo fatalne decyzje sędziowskie i czerwoną kartkę. Towarzyszyli temu spotkaniu hałaśliwi kibice. Nie było wprawdzie deszczu i śliskiej murawy, ale tegoroczne mistrzostwa dały nam ich w nadmiarze. Nie było też niewykorzystanej jedenastki ani jakiegoś „haniebnego incydentu” (alias „głupoty”, „dziecinady”, „żenady”), no chyba że z charakterystyczną dla naszych czasów kulturą przesady podciągniemy pod tę kategorię któryś z fauli Toniego Kroosa z pierwszych minut meczu.

Ostatni mecz wirtuoza

O tym wiedzieliśmy już przed jego rozpoczęciem: że w przypadku odpadnięcia Niemców, ich lidera nie zobaczymy więcej na boisku. 34-letni Kroos pożegnał się z Realem, wygrywając z nim po raz kolejny Ligę Mistrzów, ale do swojej długiej listy trofeów nie dołoży triumfu w mistrzostwach Europy. Jednak nawet i bez niego odszedł w szczytowym momencie kariery, nie czekając aż piłka przestanie go słuchać; w minionym roku jego „biurokratyczny geniusz” (określenie Jorge Valdana), z którym dyktował tempo gry w klubie i reprezentacji, nabijając statystyki celnych podań, zachwycał całe rzesze ekspertów. Michael Cox, autor m.in. „Gegenpressingu i tiki-taki”, jeszcze przed ćwierćfinałem Hiszpania-Niemcy podkreślał, że zobaczymy w jego trakcie czterech najlepszych piłkarzy turnieju: Nico Williamsa, Fabiána Ruiza, Jamala Musialę i właśnie Toniego Kroosa.

Przyznajmy jednak: w swoim 114. występie w reprezentacji Niemiec nie kontrolował boiskowych zdarzeń w stopniu, do którego nas przyzwyczaił – i stąd może te faule z początku spotkania, po których można było mieć pretensje do angielskiego sędziego o niepokazanie Kroosowi żółtej kartki. Owszem, przy pierwszym wejściu w nogi Pedriego można Niemca tłumaczyć: najpierw trafił w piłkę, dopiero później młody Katalończyk zawadził o jego nogę, jednak późniejszy „stempel” postawiony na stopie Yamala niewątpliwie domagał się kary. Owocem zbyt liberalnego podejścia sędziego Antony’ego Taylora była nie tylko kontuzja Pedriego, ale i dalszy wzrost napięcia na murawie - a ostatecznie i tak arbiter musiał pokazać 16 żółtych i jedną czerwoną kartkę. Mógł też, dodajmy, w dogrywce podyktować karnego dla Niemców po tym, jak uderzona przez Musialę piłka trafiła w rękę Cucurelli.

Strzały i zmiany

Na szczęście oprócz kartek mogliśmy też liczyć strzały (było ich równe 40), generalnie jednak przyczyną, dla której ten mecz przebiegał sporymi fragmentami raczej pod dyktando bezustannie odbierającego piłki Niemcom Rodriego, niż Kroosa, był intensywny pressing Hiszpanów. Już w pierwszej minucie, po stracie Cana i szybkiej akcji oskrzydlającej Pedri znalazł sobie mnóstwo miejsca do strzału sprzed linii pola karnego. W podobny sposób padł pierwszy gol dla Hiszpanów, w 50. minucie, kiedy wprowadzony za kontuzjowanego Pedriego Dani Olmo wykorzystał podanie Yamala (trzecia asysta siedemnastolatka w turnieju!), ale podobnych prób było więcej; niewykluczone, że Hiszpanie pamiętali, jak Neuer wypuścił z rąk strzał Joselu w finale Ligi Mistrzów.

Pierwszy raz na tym Euro Niemcy nie grali przeciwko drużynie wystawiającej trójkę obrońców: Musiala, Sane i Havertz, wspierani przez Gündoğana, teoretycznie powinni byli mieć więcej przestrzeni niż zwykle – powinni, napisałem, bo jednak rywale z Rodrim i Fabianem Ruizem na czele naciskali ich z niezwykłą intensywnością. Trudno się dziwić, że trener Nagelsmann zaczął dokonywać zmian już w przerwie – i były to dobre zmiany, bo nawet jeśli Hiszpanie objęli prowadzenie na początku drugiej połowy, to przecież ataki Niemców rozruszał dopiero wprowadzony właśnie w 45. minucie Florian Wirtz.

Do gola Olmo była to uczta dla taktycznych freaków, ale po niej zachwycaliśmy się już wszyscy – naprawdę oglądało się to wspaniale. Dryblingi Williamsa i Yamala rozbijały się wprawdzie o nogi bardziej wymagających niż w poprzednich spotkaniach rywali, ale Hiszpanie i tak dochodzili do sytuacji strzeleckich. A Niemcy odpowiadali: Havertz główkował, strzelał i próbował przelobować ten jeden raz zdekoncentrowanego bramkarza Simona, trener Nagelsmann zaś rzucał kolejne odwody, do Wirtza i Andricha dodając jeszcze Mittelstädta i Füllkruga, potem zaś Müllera.

Opłaciło się: broniący rezultatu Hiszpanie cofnęli się zbyt głęboko i w końcu, w ostatnich sekundach regulaminowego czasu gry Kroos odegrał do Mittelstädta, ten dośrodkował na głowę Kimmicha, który wyłożył piłkę Wirtzowi; co ciekawe – akcję rozpoczął wyrzut z autu… Manuela Nueura. Zrobiło się 1:1 i niejeden z nas zaczął układać sobie w głowie historię o zmianach, które jednemu z trenerów zapewniły sukces, a drugiemu skomplikowały życie, bo w 90. minucie selekcjoner Hiszpanów Luis de la Fuente nie miał już na boisku Williamsa i Yamala.

Rodzice i dzieci

Ale selekcjoner La Roja miał nie tylko imponujący arsenał możliwości: oprócz gry bezpośredniej i ataków skrzydłami, także cierpliwe tkanie złożonego z wielopodaniowych sekwencji ataku pozycyjnego. Miał przede wszystkim swoich zmienników: świetnego Olmo, który w 119. minucie dośrodkował, i Merino, który wybił się w powietrze, by zdobyć bramkę jednym z najklasyczniejszych strzałów głową w dziejach mistrzostw Europy.

Niesie ten turniej ze sobą opowieści o rodzicach i dzieciach. Do historii Francisco Conceição, wspierającego w reprezentacji Portugalii Cristiano Ronaldo, jak niegdyś Ronaldo jego ojca, Sergio; do historii Nico Williamsa opowiadającego o tym, że nie byłoby go w reprezentacji Hiszpanii, gdyby nie decyzja jego rodziców o opuszczeniu Ghany i dramatycznym marszu na północ, przez Saharę, w poszukiwaniu lepszego życia, które ostatecznie znaleźli na Półwyspie Iberyjskim; do scen z meczu jednej ósmej, gdy emocjonalną reakcję Ronaldo wywołał widok kibicującej mu z wysokości trybun matki, doszła właśnie opowieść o bramce Mikela Merino na stadionie w Stuttgarcie – tym samym, na którym jego ojciec Angel strzelał dla Osasuny w Pucharze UEFA w 1991 r. Dziś Mikel zresztą wybrał ten sam, co tata, sposób cieszenia się z gola, obiegając chorągiewkę w narożniku boiska.

Byli i inni rodzice, i inne dzieci. Na trybunach. W domach przed ekranami. Wspólnie patrzyli, jak Hiszpanie z Niemcami ani myślą czekać na karne. Jak na boisku trwa wymiana ciosów. Tym starszym, oczywiście, przychodziły na myśl mecze, które już widzieli, zastanawiali się też może, czy zobaczą jeszcze w reprezentacji Niemiec nie tylko Kroosa, ale też Neuera, Müllera czy Gündoğana (zmiana pokoleniowa, jaka nastąpi teraz w tej drużynie, jest nieunikniona, już się zresztą zaczęła…). Z ich perspektywy pewnie nie był to klasyk, który tak szeroko zapowiadano – ale mieli wystarczająco dużo rozsądku, by nie wyprowadzać swoich towarzyszy z błędu.

Zwłaszcza że półfinał, jaki mają wspólnie obejrzeć, nie zapowiada się aż tak ekscytująco. Hiszpanie – bez kontuzjowanego Pedriego i zawieszonych za kartki Le Normanda czy Carvajala – zmierzą się w nim z Francją, która dopiero po rzutach karnych pokonała Portugalię... i która na tym turnieju nie zdołała jeszcze strzelić gola z gry.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”