Reklama

Dziewięć horyzontów

Dziewięć horyzontów

24.05.2021
Czyta się kilka minut
Podobno Douglas Adams wymyślił „Autostopem przez Galaktykę” leżąc na łące gdzieś pod Innsbruckiem. My leżąc na naszej i gapiąc się na chmury opowiadaliśmy, co sobie wyobrażamy.
JERRY I MARCY MONKMAN / BEW
G

Góra była tak ogromna i tak bliska, że jako dzieci myśleliśmy, że wszystko, z czego składa się życie – a w każdym razie wszystko, co ważne i godne odnotowania – dzieje się na jej zboczach. Właściwie świat mógłby mieć kres tam, gdzie ona, urywać się na jej przełęczach w bezdeń wielkiego oceanu, i nic by to nie zmieniło. Zrozumienie, że za naszą są jeszcze inne góry, za nimi zaś, o zgrozo, niziny i depresje, na których też trzeba żyć, przygnębiało bardziej niż prawda o Świętym ­Mikołaju.

Wciąż najpiękniej widać ją ze szczytu łąki, która nieopodal domu łagodnie opada w stronę płytkiej doliny, w poprzek całego krajobrazu. Zaraz za doliną, na zachodzie, piętrzy się wielki masyw, który popołudniami szybciej niż gdzie indziej zabiera tu słońce. Poprzecinany jest leśnymi działami i przyporami, gdzie tuż po cieplejszym, letnim deszczu tworzą się małe lasy mgielne. Na północ ze szczytu schodzi długi łagodny grzbiet, który urywa się stromo dopiero nad przełęczą. Zasłania ją bliższy, zalesiony szczycik.

Jeszcze bliżej i niżej – ale wciąż na tyle daleko, żeby w środku planu utworzyć coś w rodzaju sceny – jest sporych rozmiarów hala, na której od wiosny do jesieni pasą się owce, a wokół nich, nocami i po cichu, zataczają kręgi wilki.

Jest to krajobraz nawet nie karpacki, bardziej alaskański, kanadyjski. Nic więc dziwnego, że dzieci wypełniły go kiedyś opowieściami o życiu zwierząt Ernesta Thompsona Setona, pioniera amerykańskich skautów. Gdzieś tu grizzly Uab, opuszczony sierota niedźwiedzi, jedyny pozostały potomek dzielnej matki Srebrzystej, spał pewnie całą zimę bez przebudzenia i zawsze budził się zdziwiony, że przespał tyle czasu, a śpiąc tak schudł i urósł równocześnie.


Karolina Iwaszkiewicz: Gdy chiński myśliciel Zhuangzi śnił, że jest motylem, czuł się lekki, wolny i szczęśliwy. Motyl ze współczesnej teorii chaosu przydaje lekkości determinizmowi, przypominając, jak mało jesteśmy w stanie przewidzieć.


 

Lisiątka biegały po zaroślach jeżynowych, staczały się po mokrej łące, mimo woli ucząc się polowania. Do fantazji o zwierzętach wkradały się inne bajki i nakładały się na krajobraz. Tak pasterski szałas pod lasem zamieniał się raz w dom Muminków, raz w całe Bullerbyn, a gdzieś w przepastnych uroczyskach za rzeką, wysoko ponad jarem, urosło drzewo, pod którym mieszkały leśne Fraglesy.

Zabawne, że sam szczyt – choć tyle z nim związanych legend i opisanych dziwów – nigdy nie porywał wyobraźni jak lasy pod nim. Rodzice zabrali nas na górę dość wcześnie, było pięknie, lecz magii nie wyczuliśmy.

Teraz siedzimy na łące, wyniesionej niczym widownia na amfiteatrze na zboczu szczyciku, po którego drugiej stronie stały nasze domy. Mamy ze sobą mały tranzystor. Najlepiej odbiera tu słowackie radio publiczne. Nazywa się Radio Slovensko i według wszystkich środkowoeuropejskich standardów nie powinno istnieć – nadaje obiektywne wiadomości, dobrą muzykę, a na antenie nikt nie krzyczy. Właśnie emitują reportaż z Norwegii, o dawnych procesach czarownic i odzyskanej o nich pamięci. Wcześniej – o rocznicy zakończenia wojny, bez patosu, prosta historia czechosłowackiego żołnierza, który osiadł w Irlandii, a teraz jego dzieci odkrywają swoją tożsamość. Z powodów, których nigdy do końca nie rozumieliśmy, na naszej łące najlepiej słucha się historii o dalekich krainach i dawnym czasie, w języku podobnym do polskiego, ale jednak obcym.

Ta dzika łąka nad potokiem była wstępem do dłuższych wypraw, trochę tak, jak w dzieciństwie przejazd tramwajem do ostatniej pętli zapowiadał późniejsze długie trasy pociągiem. Łąki stały się przedłużeniem domu, przed-wsią, terenem, skąd naturalnie i bez wstydu można było zawrócić, bo się czegoś zapomniało, a podczas powrotu zamieniały się w witające nas podwórko.

Podobno Douglas Adams wymyślił „Autostopem przez Galaktykę” leżąc na łące gdzieś pod Innsbruckiem. My leżąc na naszej i gapiąc się na chmury opowiadaliśmy, co sobie wyobrażamy. Na przykład, że łąka to wielkie trawiaste lądowisko. Że lecimy niewielkim samolocikiem – większym niż rower, mniejszym niż auto – i zmierzając do lata, do domu, schodzimy do lądowania nad przełęczą, wyrównujemy kurs nad potokiem i po zwrocie nad szałasami powoli, coraz wolniej, zniżamy się ku ziemi, parkując na końcu nasz rowerolot na placyku pod starą jabłonią.


Natalia i Maciej Podymowie: Komponując łąkę kwietną, trzeba trafić na odpowiednią mieszankę. Jeden składnik zmienia całe zbiorowisko.


 

W dolnej części łąki, przy brzegu potoku, stały kiedyś dwa domy. Podobnie jak wiele miejsc w górach, które wydają się dzikie, łąka była kiedyś zasiedlona. To stąd dzikie czereśnie i śliwy na jej obrzeżach. Folwark istniał tu już na początku XIX w., podobno mieszkali tu i pracowali słudzy węgierskiej szlachty. Teraz, mieszkając w różnych miejscach kraju, wysyłamy sobie czasem linki do starych map w internecie, na których zaznaczono tamte zabudowania.

Naszą jednostką odległości jest horyzont. To trudna miara: może liczyć parę metrów (gdy ścieżka wąska, znika za wykrotami), ale i kilometr (gdy pnie się po odkrytym zboczu). Każde miejsce, w którym widać dalszą część drogi – to początek nowego horyzontu. Ten spacer trwa kwadrans, ale liczy aż dziewięć horyzontów.

Gdzieś w połowie siódmego trzeba przejść niewielki potok. Największą przygodą, największą wyprawą dzieciństwa było, gdy ubierano nam gumiaki i pozwalano przejść stąd te pół kilometra, zawsze z kimś dorosłym, po dnie potoku, do mostku, który niżej stanowił jedyne połączenie naszych domów ze światem. Rzeczka była nową drogą, i to jeszcze nieograniczoną, odkąd dowiedzieliśmy się, że jej wody spływają do zupełnie innego morza niż wody rzeczek innych dzieci, i odkąd poznaliśmy nazwy „Wag”, „Królewiany”, „Fatra” i „Dunaj” – rzek, miejscowości i gór, które w dalszej drodze mijała woda spod naszych gumiaków.

Ósmy i dziewiąty horyzont to stary las, z omszałymi pniakami i drzewem. Wiedzieliśmy, że w tym lesie dzieje się dużo, i to na długo zanim pozwolono nam oglądać „Miasteczko Twin Peaks”. Las, w którym kiedyś na drzewie ktoś zawiesił swoją kurtkę, tak jak wiesza się ją na wieszaku. Wisiała tak dwa lata, przetrwała zimy, mamy nam powtarzały, żeby jej nie tykać, bo ktoś tylko „wszedł do lasu”. Śmialiśmy się z tego, ale po dwóch latach kurtka zniknęła, a na jej miejscu ktoś przyczepił do kory kartkę papieru i napisał „dziękuję”.

W końcu las rzednieje i dochodzi się do wąskiej asfaltowej drogi, która teraz, w pierwszym długim słonecznym tygodniu spóźnionej wiosny, znaczona jest ciałami rozjechanych przez auta węży, które wygrzewając się na ciepłym asfalcie straciły instynkt przetrwania.


Czytaj także: Znakujemy, liczymy, obserwujemy motyle. Nawet gdy wieczorami jemy kolację w ogrodzie, zerkamy na kwiaty, czy jakaś ćma też nie ucztuje. Wtedy odbiegamy od stołu i fotografujemy.


 

Pięć kilometrów dalej droga się kończyła, a na naszych mapach, tych z dzieciństwa, lecz używanych do dziś, jak na wszystkich z Peerelu, kończył się też świat. Granice państwa ludowego zaznaczano wyraźnie, pogrubioną, przerywaną kreską i otaczano czerwonawą obwódką. Wszystkiego, co poza, było mniej – dróg, miast, ludzi pewnie też. Podobno w czasie wojny, gdy przemycano przez granicę, zakładano krowom gumiaki, ale tyłem do przodu, żeby zmylić pościg i wyrobić w żandarmach przekonanie, że mają do czynienia z liczną bandą. Właśnie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jako dzieci nigdy nas do tej granicy nie ciągnęło. Wszystko było tutaj.

„Ścieżka prowadzi przez pola na zach., mija kępę świerkowego lasu (woda) i za potoczkiem powraca na pola i łąki, biegnąc nadal poziomo na zach. i dochodząc do drogi”. Tak brzmiał, odnaleziony w przewodniku, gdy byliśmy już duzi, opis naszych dziewięciu horyzontów. W takich chwilach, na końcu tras, w przewodnikach pisano zwykle: „powrót tą samą drogą” – ale od zawsze wiedzieliśmy, że to bujda. ©℗


Czytaj pozostałe teksty dodatku łąkowego

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Marcin Żyła jest dziennikarzem, a od stycznia 2016 r. również zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Do zespołu pisma dołączył przed ośmioma laty. Od początku europejskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]