Reklama

Dyplomata mądry przed szkodą

Dyplomata mądry przed szkodą

16.07.2008
Czyta się kilka minut
Powtarzał za Ludwikiem Pasteurem, że szczęście sprzyja przygotowanym, i przygotowywał Polskę do tego, by wykorzystała swoje pięć minut na arenie międzynarodowej. Uważał, że dyplomacja nie ma być ani "twarda, ani "miękka, ale mądra i skuteczna.
P

Powiedzieć o Profesorze "polityk" to za mało, powiedzieć "patriota" to już coś dużo poważniejszego, ale powiedzieć "wielki Polak i znakomity Europejczyk" to oddać istotę osiągnięć, jego pracy, jego postawy oraz wartości, którym zawsze starał się służyć - tymi słowami w 2000 roku ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski żegnał odchodzącego z funkcji ministra spraw zagranicznych Bronisława Geremka. Po ośmiu latach, po tragicznej śmierci Profesora trudno o słowa lepiej opisujące jego polityczną aktywność w III RP.

Przyjaciel świata

Poczynając od 1989 roku, prof. Geremek kilkakrotnie wymieniany był jako kandydat na premiera. Niewątpliwie przygotowywał się do tej funkcji, lecz nigdy nie było dane mu jej pełnić. Tym bardziej należy docenić to, z jaką klasą sprawował inne funkcje państwowe - choć były one zdecydowanie niżej jego politycznych talentów. To świadczyło o jego lojalności wobec Polski, ale także - co bardziej przyziemne - o lojalności wobec polityków, z którymi związał się od czasu "wojny na górze". Szczytem politycznej drogi okazało się kierowanie przez dwa i pół roku MSZ. Był do tego przygotowany jak nikt inny w chwili przyjmowania nominacji - może z wyjątkiem Władysława Bartoszewskiego.

Świat, języki, dyplomatyczne zwyczaje poznał w Paryżu, gdzie jeszcze w latach 60. wykładał na Sorbonie. Jego zaś świat poznał w czasach karnawału Solidarności, gdy jako doradca stał u boku Lecha Wałęsy. Do 1989 roku był niebywale cennym rozmówcą dla zachodnich korespondentów i dyplomatów - mógł swobodnie, rzeczowo i bez pomocy tłumacza objaśniać sytuację w Polsce. Potem jako jeden z nielicznych polskich polityków mógł wśród znajomych wymienić najważniejszych ludzi świata, ale też pisarzy: Amoza Oza, Gabriela Garcię Marqueza, a przede wszystkim wybitnego mediewistę i bliskiego przyjaciela Jacques'a Le Goffa.

Dwóch ludzi chciało rzucić cień na międzynarodowe kontakty Bronisława Geremka. Pierwszym z nich był Jerzy Urban, który jeszcze w czasach PRL oskarżył go o działalność na rzecz CIA. Drugim Antoni Macierewicz stwierdzający, że większość szefów MSZ po 1989 roku pracowała niegdyś dla sowieckich służb. Urban po przegranym (w PRL!) procesie przeprosił, Macierewicz po pięciu dniach wycofał się ze swych stwierdzeń.

Gdy w 1997 roku Bronisław Geremek znalazł się w rządzie Jerzego Buzka jako szef dyplomacji, w stolicach państw będących kluczowymi partnerami Polski musiał dać się słyszeć oddech ulgi. Polska była wtedy krajem dopiero aspirującym do NATO i UE. Jej przyjaciele mogli mieć pewność, że Geremek nie zrobi nic, co mogłoby dać argument przeciwnikom integracji.

Należał do tego pokolenia europejskich polityków, którzy pamiętali wojnę. Dla niego polityka oznaczała troskę o los kontynentu, a nie tylko troskę o wynik wyborczy. Rozumiał też, co znaczy odpowiedzialność w relacjach z innymi państwami, umiał znaleźć wspólny język z przywódcami Europy, lecz potrafił w 1990 roku przypomnieć Niemcom, że w czasach II wojny światowej to Polska stała po dobrej stronie. Ze swoją biografią miał do tego prawo. Miał też prawo mówić zachodnim Europejczykom, że kontynent potrzebuje wizji i wartości, a oni wiedzieli, że nie jest to pouczanie wynikające z kompleksów. Mógł bez problemów znaleźć język z dyplomatami formatu Madeleine Albright: ona jako dziecko czeskiego dyplomaty zdążyła uciec przed nazistami zaraz po wkroczeniu wojsk do Pragi, on przeżył Holokaust dzięki ucieczce z getta. Oboje wiedzieli, że bezpieczeństwo jest priorytetem dla Europy Środkowej, i starali się je budować.

Łzy szczęścia

Przez europejskie media traktowany był nie jako polityk z jakiegoś kraju w środkowej Europie, ale jako autorytet i ekspert - pełnoprawny uczestnik dyskusji na temat przyszłości kontynentu. W Polsce bywał mniej rozumiany niż w świecie - to zresztą częste zjawisko. Nad Wisłą uważano, że się mądrzy i wywyższa, w świecie doceniano dobre maniery i umiejętność posługiwania się dyplomatycznym językiem, w którym najbardziej nawet stanowcze sądy wygłasza się tak, by nikogo nie obrazić. To było tak niedawno, a tak łatwo o tym zapomnieć, że dar zjednywania sobie przyjaciół w świecie był w latach 90. głównym orężem polskiej dyplomacji. Gdy cud roku 1989 roku przestał już działać jako argument, a Warszawa jeszcze żadnym prawem weta straszyć nie mogła - autorytet i osobiste znajomości takich ludzi jak Geremek, Bartoszewski, Mazowiecki czy Nowak-Jeziorański nieraz decydowały o pozycji Polski w świecie.

Geremek uważał, że polityka zagraniczna nie może padać ofiarą partyjnych sporów. Gdy wiosną 2000 roku przemawiał w Sejmie, mówił rzeczy, które dziś brzmią jak z innej epoki: "Stawiam sobie za cel uzyskanie jak najszerszego porozumienia w polskich działaniach na arenie międzynarodowej. Dotyczą one przecież wszystkich podmiotów życia publicznego - prezydenta i premiera, rządu i parlamentu, instytucji państwa, społeczeństwa obywatelskiego i samorządu terytorialnego".

Choć przyprawiano mu gębę polityka dzielącego włos na czworo - co miało cechować także polityczną formację, którą współtworzył - potrafił być skuteczny i zdecydowany. Na początku kierowania MSZ wdał się w poważny konflikt z Aleksandrem Kwaśniewskim - chodziło o odwołanie z Mińska ambasador Ewy Spychalskiej, ale tak naprawdę o podział kompetencji. Nowa konstytucja ledwo co weszła w życie i pojawiły się różne interpretacje tego, kto odpowiada za politykę zagraniczną i jak ma wyglądać "współdziałanie" prezydenta z ministrem. Geremek postawił wtedy na swoim, tak jednak, by i Kwaśniewski mógł mówić o kompromisie. Zasad pokojowej kohabitacji Profesor przestrzegał do końca i gdy później Unia Wolności opuszczała koalicję z AWS, Aleksander Kwaśniewski mówił już tylko, że choć rozumiał motywy, dla których Germek złożył dymisję, przyjmował ją z bólem.

Gdy zaś w marcu 2000 roku, jeszcze za rządów AWS-UW, minister koordynator ds. służb specjalnych Janusz Pałubicki odgrażał się rosyjskim dyplomatom i oskarżał ich o szpiegowanie, Geremek dawał jasno do zrozumienia, że to on odpowiada za politykę zagraniczną. "Nie wyobrażam sobie, żeby mój kolega, członek rządu, mógł się wypowiadać o sprawach, które mnie dotyczą i za które ja jestem odpowiedzialny" - mówił dziennikarzom.

Profesorowi zależało wtedy na ociepleniu relacji z Moskwą, ale nikt nie mógłby go oskarżyć o uległość wobec Rosji. Dwa miesiące wcześniej bowiem Polska wydaliła dziewięciu rosyjskich dyplomatów, a Geremek apelował do Rosjan: "Dość tych pieniędzy, którymi namawia się do zdrady narodowej, dość skrzynek kontaktowych. To nie jest w interesie ani Polski, ani Rosji. Trzeba wreszcie skończyć z tym typem działalności szpiegowskiej z powieści Johna Le Carré. Do parku jurajskiego z tym!".

Integrując Polskę ze strukturami euroatlantyckimi, chciał, by Polska prowadziła aktywną politykę względem wschodnich sąsiadów. W pierwszym tygodniu po nominacji na ministra był w Wilnie i w Kijowie. Gdy latem 1998 roku Unia Europejska przyjęła restrykcyjną politykę wobec reżimu Łukaszenki, Warszawa nie przyłączyła się do niej. Prof. Geremek uważał, że Polska nie może zamykać się w ten sposób na sąsiada. Jako przewodniczący OBWE odwiedził nawet Mińsk. Jednocześnie mówił o niepokoju, jaki budzi sytuacja na Białorusi. Jako dyplomata wierzył, że stosunki z Rosją można poprawnie ułożyć, lecz nie była zaskoczeniem jego obecność w Kijowie w czasie decydującej "trzeciej" tury wyborów prezydenckich w 2004 roku. Zwycięstwo Pomarańczowej Rewolucji przywitał w sztabie Wiktora Juszczenki.

Chwilą, także osobistego, triumfu Profesora był moment wejścia Polski do NATO 12 marca 1999 roku. Ceremonię podpisania traktatu w Bibliotece Harry'ego Trumana tak wspominał w rozmowie z Maciejem Łętowskim: "Gdy wygłaszałem przemówienie, to jedno zdanie wypowiedziałem po polsku. Chciałem, żeby Polacy zrozumieli, iż jest to wydarzenie adresowane właśnie do nich. W pewnym momencie podniosłem głowę znad tekstu i zobaczyłem, jak po twarzy Jana Nowaka-Jeziorańskiego spływają łzy radości. Czyż może być lepszy komentarz do tego dnia?". Tamtego dnia łzy spływały także po jego policzkach. Występując w maju 2000 roku przed posłami, mówił: "Nie do końca być może zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy krajem zachodnim i że tak jesteśmy już postrzegani przez świat zewnętrzny".

Warto było

Był szczęśliwy, że Polska przeżywa swe najlepsze chwile od trzystu lat, a on mógł się do tego przyczynić. Być może chwile zwątpienia ogarniały go z nastaniem nowych czasów. W kraju jego polityczna formacja poniosła klęskę, w świecie zaś euroatlantyckie przymierze trzeszczało. Choć uważał interwencję w Iraku za potrzebną, to niepokoił się, że Polska za czasów Leszka Millera dała się wmanewrować w antagonizowanie "nowej Europy" przeciwko "starej", że przedkładamy dwustronny sojusz z Waszyngtonem nad umacnianie NATO, że politykę zaufania zastąpiło wymachiwanie szabelką i hasła w stylu "Nicea albo śmierć".

Potem przyszły czasy jeszcze trudniejsze. Profesor wyrażał publicznie zaniepokojenie postawą Polski na arenie międzynarodowej w latach 2005-2007. Sparaliżowanie Trójkąta Weimarskiego uważał za klęskę. Dla ludzi, którzy rządzili wtedy Polską, stał się celem ataku. Ukute zostało pojęcie "korporacji Geremka" - mieli to być dyplomaci, którzy w polityce zagranicznej zdobyli monopol, a ich chęć roztopienia Polski w Europie rzekomo sięgała tak daleko, że zagrażała naszej suwerenności. Pytany o takie opinie Geremek odpowiadał tylko: przyjąłem zasadę, że nie komentuję wystąpień głowy państwa.

Mimo to ciągle wierzył, że Polska może odgrywać w świecie ważną rolę. Jako eurodeputowany zabierał głos we wszystkich ważnych dla Europy sprawach. Namawiał rząd do wzmacniania Grupy Wyszehradzkiej, która poszerzona o Austrię i współpracująca z Ukrainą byłaby świetnym narzędziem dla wschodniej polityki UE. Liczył, że Trójkąt Weimarski można posklejać. Uważał, że takie sprawy jak tarcza antyrakietowa powinno się dyskutować nie tylko z Waszyngtonem, ale także z europejskimi partnerami. W ostatnich wypowiedziach przed śmiercią wyrażał nadzieję, że prezydent podpisze traktat lizboński.

Przed pięciu laty mówił w rozmowie z "TP": "Miałem tę szansę, że w polityce, w którą się angażowałem, chodziło o sprawy ważne, wychodzące poza rutynę sprawowania władzy i grę polityczną. Satysfakcję dawało mi jednak zawsze trochę myślenia i trochę nauczania - a więc sprawowanie funkcji intelektualisty. Polityka przyniosła mi wiele rozczarowań. W skórze polityka obrywałem cięgi, jakich nigdy nie zaznałem w skórze intelektualisty. Ale nie żałuję niczego. Warto było - i trzeba było".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Publicysta, dziennikarz, historyk, ekspert w tematyce wschodniej, redaktor naczelny „Nowej Europy Wschodniej”. Wieloletni dziennikarz, a obecnie współpracownik „Tygodnika”. Autor i...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]