Reklama

Drzewa i ludzie

Drzewa i ludzie

10.11.2019
Czyta się kilka minut
Nic lepiej nie ilustruje absurdu polityki klimatycznej od reklamy banku, który obiecuje w niej, że za każdą nową pożyczkę posadzi drzewo.
U

Ustrój kapitalistyczny znalazł się w potrzasku. (...) Istnieje powszechne przekonanie, że firmy prosperują kosztem większych społeczności. Co gorsza, im więcej firm zaczyna przyswajać sobie ideę społecznej odpowiedzialności, tym bardziej obwinia się je o społeczne zaniedbania. Poparcie społeczeństw dla biznesu spadło do poziomów nienotowanych w najnowszej historii”.

Powyższy fragment nie pochodzi z wystąpienia alterglobalisty ani radykalnego działacza związkowego. Autorzy, ­Michael Porter i Mark Kramer, są cenionymi ekonomistami związanymi z uniwersytetem Harvarda, bo tak się składa, że najostrzejsza krytyka współczesnego neoliberalnego kapitalizmu wychodzi obecnie właśnie spod piór ekonomistów. Opinia publiczna, przyzwyczajona do tego, że katedry ekonomii na całym świecie przez dekady dostarczały raczej paliwa do rakiet globalizacji, monetaryzmu i konsumpcjonizmu, niż namysłu nad społeczną odpowiedzialnością biznesu, ze zdziwieniem śledzi tę przemianę; czasem żąda wręcz od ekonomistów publicznego przyznania się do naiwnej wiary w rynek, który ureguluje wszystko.

Kupuję, więc jestem

Problem w tym, że cena tej pomyłki – jeśli neoliberalizm ostatnich dekad potraktować rzeczywiście jako błąd systemu – okazała się wysoka. Rachunek tym razem wystawili klimatolodzy, pokazując kolegom od ekonomii, że pomysł na gospodarkę, która będzie rosnąć nieprzerwanie dzięki konsumpcji, zaowocował wyspami plastiku pośrodku oceanów oraz jednym z największych i do tego najszybciej zachodzących spadków bioróżnorodności, aż wreszcie uderzył rykoszetem w gatunek, który do tej pory sam siebie uważał na planecie Ziemia za niezastępowalny – w ludzi. Ratunek jest jeszcze możliwy, o ile przedstawiciele Homo sapiens (ściślej – jakieś 1,5 mld bogatych i zadowolonych z siebie mieszkańców krajów rozwiniętych) poważnie potraktują przestrogę i radykalnie ograniczą apetyt na nowe ubrania, samochody, domy czy elektroniczne gadżety. Słowem – na wszystko, bez czego obecnie nie wyobrażają sobie codzienności, skutecznie wbici w to przekonanie przez wielki biznes.

Przeciętny konsument słucha tej opowieści o nadchodzącej katastrofie z nieufnością, nawet z lekceważeniem. Wdrożenie się w nowy rytm, całkowicie niezgodny z dotychczasowym „kupuję, więc jestem”, wydaje się przecież nienaturalne. Odpowiedzialna korporacja mogłaby powiedzieć: stop. Ale nie mówi. Woli półśrodki, markowanie działań proekologicznych i business as usual. Jeden z banków właśnie kusi w reklamie „ekopożyczką” na cele konsumpcyjne, obiecując klientowi, że w zamian za podpis złożony pod każdą nową umową, na przykład na zakup nowej ekopralki, posadzi jedno drzewo. Bankowa sadzonka, jak każde drzewo, będzie pochłaniać CO2 w średnim tempie około tony na każdy metr przyrostu, absorpcja 10 ton zajmie mu więc kilka-kilkanaście lat. Pełny proces produkcji pralki uwolni tymczasem do atmosfery jakieś 14 ton CO2, a kolejne urządzenie – to średnie dane dla Europy – będzie potrzebne klientowi banku już za niecałe 11 lat.

Co cię zabija, to nie wzmocni

Trudno o lepszy przykład pułapki, w której utknęła walka z globalnym ociepleniem sprowadzona do metod czysto wolnorynkowych. Miejsce kar zajęły ceny. Sankcją za wycięcie starego drzewa stała się np. opłata administracyjna, jak gdyby za wpłacone pieniądze dało się odkupić drzewo tej samej wielkości w jakimś Sklepie z Drzewami Używanymi.

Nawet zanieczyszczanie atmosfery przekształcono w produkt, który można sobie sprawić w pełni legalnie, bo na międzynarodowym rynku praw do emisji CO2. System certyfikatów, który w założeniu miał sprzyjać ograniczaniu produkcji dwutlenku węgla (wolny rynek miał sprawić, że najwięksi truciciele stracą konkurencyjność i wypadną przez to z gry), nieoczekiwanie zaczął działać na korzyść tychże trucicieli. Owszem, certyfikaty emisji kosztują krocie, ale są też biletem wstępu do szczęśliwego świata, w którym nie trzeba inwestować w nowe, czyste technologie energetyczne, za to można bezkarnie zwiększać moce produkcyjne i wykańczać konkurentów efektem skali. Przykład Chin, największego truciciela na świecie, pokazuje, że chętnych do takiego przeskakiwania na skróty nad palącymi problemami cywilizacyjnymi wcale nie brakuje.

Śledząc gusła, jakie nad dekarbonizacją gospodarki odprawiają politycy (z suflującymi im lobbystami wielkiego przemysłu), można wręcz dojść do wniosku, że w całej tej grze nie chodzi już o to, żeby zmniejszyć emisję CO2 do atmo­sfery i w ten sposób powstrzymać dalszy wzrost średniej globalnej temperatury do krytycznych pułapów wskazanych przez naukowców. Gdyby tak rzeczywiście było, Rosja, Arabia Saudyjska, USA i Kuwejt – najwięksi producenci ropy naftowej – podczas niedawnego szczytu klimatycznego w Bonn nie podważaliby przecież wiarygodności wyników najnowszych badań międzynarodowego panelu klimatycznego IPCC. Również Berlin nie podtrzymywałby przy życiu energetyki węglowej, która sprawia, że to nowoczesne i zamożne Niemcy są obecnie największym emitentem CO2 w Unii Europejskiej. A tym bardziej nie odchodziłby – zamiast od węgla – od energetyki jądrowej, zwalając winę na wysokie koszty obecności atomu w nowoczesnym miksie energetycznym, w którym coraz większe znaczenie mają źródła odnawialne. W rzeczywistości, jak twierdzą analitycy dobrze zaznajomieni z układem sił na podwórku unijnej gospodarki, Niemcy stawiają wszystko na technologie odnawialne, aby uczynić je poważną rynkową alternatywą dla oferty francuskiego przemysłu nuklearnego. Oczywiście, gdzieś na końcu tego rachunku znajduje się także pozycja opisana jako „ekologia” i od biedy można by dojść do wniosku, że nic złego nie stanie się, jeśli i tym razem argumenty ekonomiczne zyskają pierwszeństwo nad klimatycznymi. Głosy ekspertów od dawna przemawiają przecież do politycznej wyobraźni o wiele słabiej niż prognozy wzrostu PKB, któremu może chwilowo zaszkodzić transformacja energetyczna. Tym razem nie mamy jednak takiego komfortu. Czas ucieka.

Największym paradoksem tej sytuacji jest zaś fakt, że wszystkiemu winny być zdaje się pośpiech. Serce wielkiego biznesu bije wciąż w cyklu kwartalnych raportów finansowych. Z tej perspektywy można po prostu nie chcieć dostrzec więcej niż premię kwartalną dla zarządzających. Pokusa, by trudne (czytaj – kosztowne) decyzje przełożyć na inny okres rozrachunkowy, a najlepiej na kadencję kolejnego zarządu, jest zbyt silna.

Łatwo nawet zapomnieć, że obecny kryzys klimatyczny można było przewidzieć, sięgając po neoliberalne rudymenta, jakimi są prace Hymana Minsky’ego. Amerykański badacz zgłębiając istotę baniek spekulacyjnych wskazał na punkt, którego przekroczenie skutkuje gwałtownym załamaniem. Jeśli chodzi o spekulację zasobem, jakim jest klimat, jesteśmy niebezpiecznie blisko momentu Minsky’ego. ©℗

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]