Drugi, lepszy policzek

Przyzwyczailiśmy się w naszym Kościele, że po zgorszeniu zwykle przychodzi druga katastrofa. Tym razem wizerunkowa. Jezuici pokazali, że tak wcale być nie musi.
Czyta się kilka minut

Sprawa wydawała się dla mediów wprost wymarzona. Zaczęło się od wiadomości o sankcjach nałożonych na księdza o ciętym języku. Potem doszły rozpalające wyobraźnię plotki o rękoczynach w nowosądeckim klasztorze. A na okrasę jeszcze historia o molestowaniu seksualnym sprzed lat. Od razu sypnęło komentarzami, choć nie było nawet wiadomo, jaką właściwie decyzję powzięli przełożeni o. Krzysztofa Mądela. Długo wskazywano na rzekomy zakaz wypowiedzi w mediach. Nic też dziwnego, że kazus jezuity błyskawicznie połączono z problemami ks. Wojciecha Lemańskiego, a rzecz urosła do rangi symbolu. Internet strzela, publicysta kule nosi – pośród dziesiątków opinii nie zabrakło nawet tak absurdalnych jak dopatrywanie się w perturbacjach o. Mądela... przejawów antysemityzmu. Na jezuickich przełożonych, zwłaszcza na zarządzających południową prowincją zakonu – spadły gromy. Przeciwnika wepchnięto w narożnik i okładano bez cienia miłosierdzia.

Zapowiadało się na efektowny nokaut, bo w podobnych przypadkach nasz Kościół często wybiera taktykę samobójczą. Przede wszystkim w ogóle pozwala obsadzić się w roli boksera, który na oślep musi oddawać ciosy. Tymczasem wcale nie trzeba wychodzić na ring i brać udziału w mordobiciu, odpowiadać pięknym za nadobne. Nie trzeba wygłaszać starych jeremiad o złych mediach oraz wrogach wiary i Ojczyzny, a potem wyniośle milczeć jak grób. Notabene pobielany. Taka postawa ani Kościołowi przystoi, ani się opłaca. Z bijatyki zawsze wyjdziemy przegrani, nawet gdybyśmy walili na odlew.

A przecież na dobry początek można wyjaśnić, co się tak naprawdę zdarzyło. Wbrew pozorom media to nagłośnią, choćby nawet prawdziwa wersja kłóciła się z ich dotychczasową narracją. Bo z punktu widzenia redaktora podkręcającego słuchalność, oglądalność czy klikalność – liczy się przede wszystkim nowa odsłona gorącego tematu. Pierwsze oświadczenie w sprawie o. Mądela wystosował socjusz, czyli asystent prowincjała. Z opublikowanego w internecie listu dowiedzieliśmy się, że do czasu wyjaśnienia sprawy zakonnik ma zakaz odprawiania Mszy w kościele oraz spowiadania, ale nie wypowiadania się w mediach. I co się stało? Od razu skorygował się medialny obraz i ocena wydarzeń.

Ale prawdziwym majstersztykiem w dziedzinie zarządzania informacją w sytuacjach kryzysowych było późniejsze oświadczenie samego prowincjała. Rozpoczyna się od krótkiego i konkretnego opisu incydentu w Nowym Sączu. Ujawnienie niektórych szczegółów okazało się konieczne wobec „wielu nieprawdziwych, niepełnych i wykrzywionych doniesień” – zaznaczył o. Wojciech Ziółek.

Tyle że z żadnego z jego sformułowań nie przebija niechęć do kogokolwiek, w tym i do mediów. Ba – nie ma cienia rozgoryczenia, które człowiekowi nie tak dawno bez pardonu atakowanemu na pewno obce nie było. Tymczasem zamiast świętego oburzenia, pouczania z wysokości ambony i panicznego kontrataku mamy... przeprosiny. Skierowane do wszystkich, których „ostatnie wydarzenia i rola, jaką odegrali w nich jezuici, zgorszyły, niemile zaskoczyły, zniesmaczyły, napełniły bólem czy w jakikolwiek inny sposób sprawiły im przykrość”. Zamiast szukania ofiarnych kozłów – pokorne wzięcie odpowiedzialności za całą wspólnotę. Czyli chrześcijaństwo par excellence.

Potem mamy rekapitulację dotychczasowych działań mających pomóc wszystkim dotkniętym złem, które się wydarzyło: o. Mądelowi i poturbowanemu przezeń współbratu, innym jezuitom oraz wiernym z parafii w Nowym Sączu. Ta mądrość płynie z doświadczenia, że każde zgorszenie jest jak kamień wrzucony do jeziora – po powierzchni wody rozchodzą się coraz szersze i szersze kręgi. Zło nigdy nie uderza jedynie w pierwszoplanowych bohaterów, jego bezpośrednich uczestników czy świadków. Poza tym potrafi niszczyć przez dziesięciolecia, dlatego też prowincjał podkreślił, jak wielką wagę przywiązuje do traumatycznych doświadczeń o. Mądela z dzieciństwa (o ile faktycznie doszło do molestowania). Jezuici to spece od duchowości – dobrze wiedzą, co się w takich przypadkach święci. Albo właśnie nie święci.

Prowincjał zapowiada też, że na początku września nastąpią ostateczne rozstrzygnięcia, m.in. personalne. To ważna deklaracja, bo każdy fachowiec od wizerunku wie, że w nasyconym mediami świecie trzeba reagować szybko i zdecydowanie. To nie znaczy, że od razu muszą polecieć głowy – wystarczy zobowiązanie, kiedy poznamy konkretne decyzje.

Oświadczenie kończy apel o modlitwę i nawrócenie, który często w kościelnych dokumentach wygląda na pustą i czysto dekoracyjną figurę, ale w przypadku listu o. Ziółka jest poprzedzony zdaniami tak klarownymi i mocnymi, że brzmi wiarygodnie i przejmująco. I jest coś jeszcze – prośba do niewierzących „o odrobinę życzliwości, jaką zwykliśmy okazywać osobom, które choć na skutek własnych słabości znalazły się w trudnej sytuacji, to jednak chcą się poprawić i szczerze poszukują uczciwego wyjścia”. Dziesięć punktów na dziesięć możliwych.

Oczywiście za oświadczeniem prowincjała nie kryje się chłodna kalkulacja ani złote rady ze strony rekinów PR. To kwestia wiary, a właściwie wierności i zawierzenia Ewangelii – chociażby słowom, że prawda wyzwala. I to nie tylko w sensie duchowym, egzystencjalnym czy eschatologicznym. Wyzwala także w tym całkowicie przyziemnym.

Nowy Testament – jakkolwiek obrazoburczo by to zabrzmiało – można też czytać jako doskonały poradnik zarządzania informacją w sytuacjach kryzysowych. Nie ma np. nic ważniejszego niż jasność komunikatu, gdy znaleźliśmy się w opałach. Czyż to nie jest równoważne z wezwaniem, żeby nasza mowa była tak – tak, nie – nie? A podobne przykłady można mnożyć. Kiedyś na prośbę bp. Józefa Guzdka, wówczas biskupa pomocniczego w Krakowie, miałem wykład dla księży o kontaktach z mediami. Biskup spointował całą rzecz krótko i trafnie: „Cnota zawsze się obroni. A jeżeli zabrakło cnoty – wystarczy prawda”. Kłopoty zaczynają się, gdy w miejsce Ewangelii stawiamy fałszywie rozumiany autorytet Kościoła. Zachowujemy się wówczas jak dziecko w ciemnym pokoju. Wmawiamy sobie, że dookoła czają się potwory, ale wystarczy schować się pod kołdrą, zamknąć oczy i zatkać uszy, a wszystko będzie dobrze.

To prawda, że u jezuitów wydarzyło się coś bardzo złego i bolesnego. Ale starają się, żeby z tego wszystkiego wykiełkowała chociażby odrobina dobra. Gdy czyta się oświadczenie o. Ziółka – widać, że nie są bez szans. A wydobyć dobro ze zła to stara i arcychrześcijańska sztuka dla naprawdę zaawansowanych.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 36/2013