Dowiedzieliśmy się, kto napisał „najbardziej zagadkową piosenkę w internecie”. Jak żyć z tą wiedzą?

Powiedzenie, że w sieci nic nie ginie, dawno przestało być aktualne. Niektórzy jednak mają szczęście.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Jak to jest: żyć w świecie, w którym nie ma już tajemnic? Z tym wyzwaniem będą musieli radzić sobie, przynajmniej na razie, miłośnicy „lostwave” – tajemniczych nagrań, o których bardzo niewiele wiadomo, ich twórcy często pozostają nieznani, a odkryto je przypadkiem, powiedzmy na niepodpisanej taśmie magnetofonowej.

Bieżący rok przyniósł sporo odkryć co do takich anonimowych do tej pory znalezisk. Udało się zidentyfikować idealnie bezosobową przestrzeń zwaną The Backrooms, która swoją pustką pobudzała wyobraźnię użytkowników 4chana i Reddita do tworzenia niepokojących opowieści; okazało się, że to nie-miejsce, do którego trafia się przypadkiem opuszczając rzeczywistość, to remontowany sklep meblowy w Oshkosh w stanie Wisconsin.

Teraz tajemnicą przestała być, po 20 latach, „najbardziej zagadkowa piosenka w internecie”. Na początku lat 80. pewien nastolatek z RFN nagrywał na kasetę piosenki z radia, lecz nie wszystkie opisał; wiele lat później, wraz ze starszą siostrą, starali się je identyfikować na swojej stronie internetowej. Jedna z nich uporczywie nie dawała się zidentyfikować, choć poszukiwania angażowały coraz szersze kręgi użytkowników sieci na wszystkich kontynentach. Dyskusje w serwisie Reddit trwały latami, a piosenka – typowy dla lat 80., niezbyt mroczny nowofalowy pop śpiewany po angielsku przez wokalistę o kanciastym, „kontynentalnym” akcencie, inspirowały do snucia wspólnych fantazji.

Zimna fala, zimna wojna – to podsuwa filmowe obrazy. Może to uciekinier z ZSRR, z NRD, pytali niektórzy. Inni sugerowali, że akcent przypomina im południowoafrykański i że to jakiś zapomniany zespół z RPA. Etatowi konfabulanci wymyślali niestworzone historie o tym, jakoby to oni sami siedzieli w studio podczas nagrania. Wokół piosenki zbudowała się zupełnie solidna społeczność poszukiwaczy. Kilka dni temu okazało się, że w archiwach radiowego konkursu talentów udało się namierzyć prawdopodobny tytuł i wykonawcę: to krótko istniejący zespół FEX z Kilonii. Przygoda skończona.

Wyobrażam sobie podobny scenariusz w Polsce: grupa kumpli-amatorów, fanów Depeche Mode (jak to w Polsce), nagrywa demówkę w miejscowym domu kultury i wysyła np. do Radia Kielce. Trzy dekady później debatują o niej detektywi amatorzy na całym świecie – choć sami muzycy nie mają pojęcia o tajnym życiu epizodu z młodości, zajęci płaceniem rachunków i odwożeniem dzieci do szkoły. W pewnym sensie precedens już mieliśmy, w postaci „Białego Misia”; po latach wiemy, że piosenka powstała w Gdańsku i nie brzmiała wcale weselnie, a w stylu The Shadows.

W przypadku lost media internet często przysparza sławy znaleziskom z poprzedniej, analogowej epoki. Nie wychodzę z podziwu nad kolosalną pracą wykonywaną przy digitalizacji archiwów bibliotecznych. Niestety, łatwo by przepadła, wystarczy przestać opłacać hosting. Powiedzenie, że „w internecie nic nie ginie” dawno przestało być aktualne – mogą co najwyżej gorzko zaśmiać się z niego użytkownicy takich niegdyś sławnych platform jak Grono, MySpace, Nasza Klasa czy Blog.pl, nie mówiąc o czymkolwiek stworzonym w technologii Flash.

Dane cyfrowe można zdumiewająco łatwo ewaporować. Internet Archive, biblioteka online, w której można odnaleźć fragmenty niedziałających już stron internetowych, a zarazem wspomnienie po pionierskich czasach sieci, gdy ludzie wierzyli powszechnie w moc wolontaryjnie tworzonych projektów – dopiero niedawno podniosła się po ataku hakerskim. Stare porzekadło warto byłoby zaktualizować, że w internecie nic nie ginie, o ile zrobimy sobie kilka backupów, a może wręcz – tu żart staje się rzeczywistością – „wydrukujemy sobie internet”.

Zapewne wielu następców FEX nagrywało równie niezłe piosenki, ale mieli pecha opublikować je tylko w jakimś nieistniejącym już miejscu w sieci i może nikt nie znajdzie ich nawet przez przypadek. Tu piosenka miała szczęście przetrwać na kasecie do momentu, gdy upowszechnił się już internet, ale nadal łatwo było o działający magnetofon.

Jeszcze bardziej ciekawi mnie to, co stanie się ze społecznościa, którą połączyła tajemnicza piosenka. W kreskówkach mawiają: „Prawdziwym skarbem była przyjaźń, która połączyła nas podczas wyprawy”. Ale trochę smutno jest żyć bez zagadki, w melancholii spełnionej baśni. W końcu uśmiech Mony Lisy jest fascynujący dla kolejnych pokoleń dlatego, że najprawdopodobniej nie dowiemy się nigdy, co za nim stoi – tajemnica modelki, żart wielkiego Leonarda czy niekompletne uzębienie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Koniec przygody