W piątek w Sejmie zrobiło się bardzo nerwowo. Wszystko przez wynik głosowania nad ustawą dekryminalizującą aborcję. Do jej uchwalenia zabrakło czterech głosów, i to pomimo nieobecności aż 14 polityków PiS (w części nieprzypadkowej) oraz mobilizacji proaborcyjnych klubów KO, Lewicy i Polski 2050.
O porażce koalicji rządzącej zdecydowała nieobecność wiceministra rozwoju i technologii Waldemara Sługockiego, będąca dla kierownictwa klubu KO zaskoczeniem. Zabrakło też minister ds. społeczeństwa obywatelskiego Agnieszki Buczyńskiej oraz wiceministra obrony Pawła Zalewskiego, czyli konserwatysty z Polski 2050, co zwłaszcza dla polityków lewicy nie było przypadkiem. – Joanna Mucha przyszła, choć jest po operacji, a Buczyńska nie mogła? Kosiniak-Kamysz zdążył ze szczytu NATO, a Paweł Zalewski nie? – zastanawia się jedna z posłanek klubu.
Co do Romana Giertycha, na którego spadła największa krytyka, trudno było się dziwić, że nie wziął udziału w głosowaniu. Wiele razy deklarował, że poglądów na aborcję nie zmienił, choć posłowie lewicy zaczęli od razu podnosić, że tym razem po prostu zakpił sobie z Donalda Tuska, któremu przecież miał obiecywać, że będzie posłuszny dyscyplinie klubowej.
Jednak największym negatywnym bohaterem głosowania był klub PSL, w którym aż 24 posłów zagłosowało za odrzuceniem projektu; poparły go tylko cztery posłanki. Jak można było potem usłyszeć, kilku parlamentarzystów PSL było skłonnych wstrzymać się od głosu, ale zostali nakłonieni przez kierownictwo, żeby jednak zagłosować przeciw i zademonstrować samodzielne, wyraziste stanowisko polityczne.
Kto zniknie ze sceny
Udało się – znów wszyscy mówią o PSL. Taka gra ma jednak swoje konsekwencje i swoją logikę. Powoduje, że inni koalicjanci mają silną pokusę odegrania się na ludowcach. W efekcie politycy całej Trzeciej Drogi mogą już chyba zapomnieć o rychłej realizacji ich postulatów programowych, np. liberalizacji zasad handlu w niedzielę. Sam Ryszard Petru z Polski 2050, promotor tej sprawy, przyznaje, że na razie nie ma szans na przeforsowanie projektu, wcześniej muszą opaść polityczne emocje.
Nie będzie też zapewne szans na obniżenie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców, co jest innym postulatem Trzeciej Drogi, mocno kontrowanym przez lewicę i przez większość gabinetu Donalda Tuska (z uwagi na sytuację finansów państwa).
Prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz zdaje sobie sprawę, że w koalicji zaznaczyły się duże różnice. Ostatnio piętnował lewicę również za głosowanie przeciw ustawie o ochronie granicy. „Jeżeli za sprawą bezpieczeństwa granicy nie głosuje się i ma się tutaj inne zdanie, że obrona granicy nie jest priorytetem, to jest to powód do rozmowy” – utyskiwał w TVN24.
Jednak za kryzys w koalicji prezes PSL nie powinien winić samej lewicy, ale uderzyć się w piersi. Ludowcy realizują ostatnio własną linię, odmienną od koalicyjnej, a nawet od partnerów z Polski 2050. Po bardzo słabym wyniku w wyborach do Parlamentu Europejskiego kierownictwo PSL przyjęło strategię, by wyrwać się z dławiącego scenę polityczną duopolu KO–PiS.
W Koalicji Obywatelskiej powitano ze zdumieniem słowa Kosiniaka-Kamysza, który ostro skrytykował przywrócenie w Muzeum II Wojny Światowej ekspozycji sprzed 2016 roku, ograniczającej rolę Witolda Pileckiego i św. Maksymiliana Kolbe. W tej sprawie nawet Szymon Hołownia wypowiadał się inaczej, przekonując, że politycy nie powinni mieszać się do decyzji podejmowanych przez historyków. Tymczasem prezes ludowców współbrzmiał w tej sprawie z PiS. Skutkiem jego słów był brak posłów PSL na posiedzeniu sejmowej komisji kultury zajmującej się tą sprawą.
Zdaniem jednego z polityków PiS taka postawa walczącego o życie PSL nie może dziwić. Oczekuje on więc kolejnych „tożsamościowych” gestów PSL, przy jednoczesnym zanikaniu wyrazistości politycznej Polski 2050. Z lewicą będzie inaczej, przekonuje, ona nie odpuści walki, podnosząc na sztandary sprawę aborcji czy związków partnerskich.
– Niewiele to jej pomoże. Tusk dąży do zjedzenia przystawek, zwłaszcza Polski 2050 oraz lewicy, i stawiam, że mu się to uda. Niedługo część posłów obu ugrupowań przejdzie do KO, czyli stanie się to, co kiedyś z Nowoczesną. Hołownia będzie trzymany na stanowisku marszałka Sejmu do końca kadencji, bo przecież wyborów prezydenckich nie wygra. Poza układem będzie też partia Razem. Faktycznie będzie to model bardzo podobny do tego, jaki był w latach 2007-15. Silna PO i słaby, lecz niezależny PSL – prorokuje parlamentarzysta PiS.
Węzeł gordyjskiego uporu
Na razie czeka nas kolejny akt aborcyjnego dramatu, który może jeszcze pogłębić podziały. Lewica nie odpuszcza, zapowiadając kolejny pomysł depenalizacji. Politycy PSL upierają się zaś przy swoim. Kosiniak-Kamysz przekonuje w mediach, że jeśli lewica ponownie złoży swój projekt, ludowcy znowu zagłosują przeciw. „To nie jest objęte umową koalicyjną. PSL jest osobną partią, nie jest niczyim wasalem. Mamy swoją politykę i mamy jedną zasadę od lat, którą znają nasi partnerzy koalicyjni, nigdy nie było to problemem w koalicji z Platformą” – zaznaczył w TVN24.
Jednocześnie przedstawiciele obu ugrupowań Trzeciej Drogi coraz mocniej domagają się, by sejmowa komisja nadzwyczajna zajęła się teraz ich projektem, dotyczącym przywrócenia tzw. kompromisu aborcyjnego sprzed werdyktu Trybunału Konstytucyjnego. – Nasza ustawa nie tylko wraca do stanu sprzed 2020 r., ale rozszerza ówczesne możliwości, gwarantując większe bezpieczeństwo kobiet. Przede wszystkim ten projekt ma szansę przejść, więc powinien trafić pod obrady – przekonuje szef klubu Polski 2050, Mirosław Suchoń. Wcześniej wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski wręcz oświadczył w Tok FM, że PSL żąda od komisji, by przyjęła ich projekt dotyczący aborcji.
Z kolei liderzy Polski 2050 wracają do swojego postulatu referendum, podkreślając, że zdominowany przez mężczyzn parlament nie powinien decydować w takiej sprawie. Szymon Hołownia przekonywał niedawno, że skoro nie ma większości w Sejmie, referendum może być jedyną drogą do zmiany prawa aborcyjnego. Tyle że lewica nie chce o nim słyszeć; nie ustąpi też w kwestii ustawy o depenalizacji.
Sytuacja jest jak węzeł gordyjski, bo PSL na ten dyktat lewicy, współorganizującej już protesty kobiet przeciw postawie ludowców, odpowiada utwardzeniem stanowiska w drugiej światopoglądowej sprawie – ustawy o związkach partnerskich.
Czy jest jakaś szansa na odwrócenie tej eskalacji tożsamościowych zachowań? Posłanka Anita Kucharska-Dziedzic z lewicy przyznaje, że projekt dekryminalizacyjny na pewno znowu pojawi się w Sejmie; kwestią do dyskusji jest tylko to, czy będzie tożsamy z tym złożonym przez lewicę na początku kadencji. Ona sama jest zwolenniczką modyfikacji projektu, bo to może zwiększyć szanse na uchwalenie. Przypomina zarazem, że komisja nadzwyczajna uwzględniła część uwag zgłoszonych przez PSL do tej ustawy, lecz niewiele to pomogło. Z kolei w klubie KO niektórzy nieoficjalnie przyznają rację Romanowi Giertychowi, który po zawieszeniu w prawach członka klubu ostro skrytykował projekt depenalizacyjny, nazywając go „bublem prawnym”. – Rozwiązaniem może być ograniczenie pomysłu odstąpienia od karania za pomoc w dokonaniu aborcji tylko do kręgu najbliższej rodziny – mówi jeden z posłów KO.
Próby poszukiwania porozumienia w ramach koalicji rządowej nie mogą dziwić, bo krótko po niefortunnym piątkowym głosowaniu wicemarszałek Sejmu i lider Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty zasugerował, że zbyt duże różnice między koalicjantami mogą wręcz zagrozić trwałości koalicji. – Granie na rozpad koalicji równa się dążeniu do szybkiego powrotu PiS do władzy – komentuje Mirosław Suchoń z Polski 2050. W podobnym duchu wypowiadał się niedawno Szymon Hołownia.
Deklaracje przedstawicieli lewicy brzmią podobnie. – Jeśli będziemy wyborcom pokazywać, że się wzajemnie blokujemy, następnym razem na nas nie zagłosują – przyznaje Anita Kucharska-Dziedzic.
Z kolei szef klubu KO Zbigniew Konwiński uspokaja, że za jakiś czas wydarzenia związane z prawem do aborcji będą tylko epizodem. – Przed nami długa kadencja. Jestem przekonany, że koalicja po pierwsze przetrwa, po drugie: wygra następne wybory – mówi Konwiński, zapowiadając jednocześnie rozmowy z PSL na temat ich ostatnich postulatów.
Paradoksalnie sytuację w koalicji poprawiło ubiegłotygodniowe zamieszanie wokół immunitetu byłego wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego. Wpadka prokuratury, związana z nieuwzględnieniem immunitetu Romanowskiego jako delegata do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, na nowo zbudowała zasadniczą oś konfliktu politycznego między Koalicją 15 Października a PiS.
Prawica razem z PSL?
Partia Jarosława Kaczyńskiego po serii wewnętrznych konfliktów odzyskała wigor właśnie dzięki obronie Romanowskiego – po raz pierwszy od dawna na wspólnej konferencji z podejrzanym politykiem wystąpił szef klubu PiS Mariusz Błaszczak. Po drugiej stronie sporu historia z Romanowskim nie tylko scaliła bardziej koalicję, ale też nieco odbudowała pozycję Giertycha, który wreszcie współbrzmiał z większością polityków KO.
Z naszych rozmów wynika, że wszystko w koalicji da się „ogarnąć”. Poważnym problemem jest jednak wspomniana już walka o własną tożsamość PSL. Jak daleko ludowcy mogą się posunąć? I czy możliwa jest sytuacja, że różnice będą tak duże, iż będą woleli związać się z PiS, jeśli w partii tej dojdzie do frondy i stworzenia nowego ugrupowania. Mówi się w tym kontekście o Mateuszu Morawieckim, Andrzeju Dudzie, a także o Beacie Szydło.
Niektórzy politycy PSL przyznają, że opcja sojuszu z PiS wchodzi w grę tylko w przypadku rozłamu na prawicy. Uchodzący w PSL za największego zwolennika porozumienia z PiS Marek Sawicki także przekonuje, że dziś taka koalicja nie miałaby sensu. – Jeśli PiS się rozliczy z tego, co nakradł, odsunie winnych, to będziemy mogli rozmawiać – mówi.
Sam PiS też jest sceptyczny. Jeden z polityków przekonuje, że dopóki na czele ludowców stoi Kosiniak-Kamysz, porozumienie nie jest możliwe. Przypomina, że obecny wicepremier i szef MON był kuszony stanowiskiem premiera w rządzie PiS-PSL. Nawet Kaczyński potajemnie spotykał się w tej sprawie z ojcem prezesa PSL, dawnym ministrem zdrowia w rządzie Tadeusza Mazowieckiego Andrzejem Kosiniakiem-Kamyszem, ale nic nie wskórał.
Politolog dr hab. Olgierd Annusewicz z Uniwersytetu Warszawskiego przyznaje, że w polityce nie ma rzeczy niemożliwych, ale prawdopodobieństwo zawarcia koalicji PSL z PiS nie jest wysokie. – PSL tylko by na tym stracił. Przecież w ciągu ostatnich lat największą część swojego elektoratu utracił właśnie na rzecz PiS. Jeśli doszłoby do bliskiej współpracy obu ugrupowań, to wiejski wyborca mógłby powiedzieć: skoro oni i tak działają razem, to lepiej poprzyjmy tego większego – mówi politolog.
Koalicyjne rozmowy między PSL a PiS nie byłyby pierwszyzną. Toczyły się już za poprzednich rządów partii Kaczyńskiego, w 2006 roku. Ludowcy wtedy się z nich wycofali w ostatniej chwili i chyba zrobili dobrze. Dalszy los tych, którzy koalicję zawarli – Samoobrony i LPR – był fatalny.
Niemniej jednak Annusewicz spodziewa się dalszych, autonomicznych głosowań PSL, nawet wbrew koalicji. Poza tym Władysław Kosiniak-Kamysz musi cały czas walczyć o swoją pozycję, bo PSL jest starą partią, z tradycjami obalania prezesów i jest tam wielu takich, którzy sądzą, że noszą buławę prezesa w plecaku. W tej ostatniej kwestii jest zresztą istotna różnica między PSL a Polską 2050, w której Szymonowi Hołowni nikt nie zagraża. Stąd wraz z upływem czasu należy się rzeczywiście spodziewać coraz większych rozdźwięków w ramach sojuszu Trzeciej Drogi.
– Tarcia wewnętrzne będą silne, ale moim zdaniem do wyborów prezydenckich jedności całej koalicji nic nie zagraża. Co się wydarzy potem, nikt nie potrafi powiedzieć – ocenia politolog.
Jedno zaś nie zmieni się prawdopodobnie nawet po wyborach prezydenckich, co szczerze przyznaje jeden z polityków KO – w tej kadencji Sejmu nie uda się uchwalić zmiany prawa aborcyjnego w żadnej postaci. Nawet po zmianie prezydenta. I na tym właśnie, jak mówi, polega nieodwracalność aborcyjnego pęknięcia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















