Szantaż aplikacji. Nawet sen musi dziś spełniać określone standardy

Kontestuję pomiary. Unikam self-trackingowych opasek. Nie chcę zamienić się w mechanizm zorientowany na wypełnianie planów i zadań.

Czyta się kilka minut
Olga Drenda / Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP
Olga Drenda / Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP

Nie ma w świecie większego szantażysty od funkcji wyznaczania tras rowerowych w aplikacji z mapą. Oprócz proponowanej drogi prezentuje ona bowiem szacowany czas przejazdu. Czas ten jest zupełnie fikcyjny i z sufitu wzięty, jeśli jesteś zwyczajnym rowerzystą. Chyba że wejdziesz z aplikacją w pakt, który rozumiem jako wspomniany przed chwilą szantaż: dojedziesz w przewidywanym czasie, ALE. Ale nie możesz się zatrzymać, nie możesz zrobić przerwy na coś do picia, nie możesz się nawet uważniej porozglądać, nie mówiąc o zrobieniu zdjęcia, bo nie zdążysz.

Używam świadomie mocnego słowa „szantaż”, bo w szacowany czas dojazdu wbudowany jest potencjał nerwowości i cicha groźba: „naprawdę chcesz wypaść poniżej oczekiwań?”. Tak postawiwszy sprawę, musimy przyznać, że sam akt zauważenia czegoś czy zastanowienia się to już strata czasu, bo wymaga spowolnienia. Chcąc zdążyć, musisz obudować siebie, wraz ze swoim pojazdem, nieprzezroczystym tunelem, który uodporni cię na pokusy świata i zmusi do skupienia się wyłącznie na tempie i dotarciu z punktu A do B. Wszystko inne musi zostać wyedytowane z pola widzenia.

Można oczywiście tak robić, lecz czy ma to sens? Od lat jestem miłośniczką jazdy na rowerze, bo uważam, że ma wiele zalet – daje swobodę manewru, sporą autonomię i przyjemność, by użyć tu sympatycznie staromodnego słowa, z dotleniania się. Niemiłym zaskoczeniem okazało się jednak to, jak łatwo mi tę przyjemność obrzydzić. Miało to miejsce w Warszawie, gdzie przy często uczęszczanych trasach rowerowych animowana syrenka macha dłonią i oznajmia, czy jedziemy zgodnie z dozwoloną prędkością. Pewnego razu syrenka wyświetliła mi wiadomość: „możesz przyspieszyć”. Słowo daję, że poczułam z jej strony czystą, cyfrową, zapikselowaną pogardę i byłam gotowa już nigdy więcej nie wsiąść na rower.

Socjolog kultury cyfrowej Mark Carrigan napisał już 10 lat temu, a więc w czasach, gdy technologie monitorowania samego siebie były zdecydowanie mniej rozwinięte niż dzisiaj, o swoim krótkim i niefortunnym romansie z urządzeniami pomiarowymi. Nosił przez pewien czas self-trackingową opaskę, lecz zrezygnował z tego, gdy poczuł się mniej więcej tak jak ja po zniewadze ze strony syrenki. Zauważył, że o ile urządzenia monitorujące nasze czynności nie muszą całkowicie odbierać z nich satysfakcji (czyli można mimo wszystko nadal cieszyć się spacerem, licząc wykonane kroki), to skutecznie je sabotują, ponieważ przekierowują uwagę w stronę tego, czy zadanie zostało wykonane i czy wykonano je dostatecznie. Stajesz się mechanizmem zorientowanym na wypełnianie planów i zadań.

Dzisiaj częściej – i słusznie – zadajemy sobie dalsze pytania wymuszone przez wszechobecność aplikacji: komu powierzamy nasze osobiste dane, co można z nimi potencjalnie zrobić, jak dalece ingerują w wolność i prywatność użytkownika. Namysł rozpoczęty przez Carrigana nie traci jednak na aktualności: dlaczego tak chętnie rezygnujemy z doświadczania i przeżywania na rzecz wypełniania zupełnie arbitralnego planu w imię nieustannej optymalizacji? Dokąd to może prowadzić, wskazał kiedyś w pysznym cytacie francuski badacz technologii cyfrowych Edouard Kleinpeter: ustawiczny pomiar prowadzi do wytworzenia powszechnego przekonania, że nikt nie może być wystarczająco „normalny”.

Wyznam w sekrecie, że kontestuję pomiary, może z wyjątkiem niezbędnych badań zdrowotnych. Nie mam monitora prędkości na moim rowerze i nigdy nie wiem, ile przejechałam kilometrów. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, ile składników odżywczych i w jakich proporcjach zawierają moje posiłki. Kiedy piszę, liczbę znaków sprawdzam niechętnie i tylko dlatego, że wiem, że ma to wpływ na pracę innych osób, a nie dla własnej satysfakcji czy „grywalizacji”. Nie zakładam się sama ze sobą, że zrobię ileś tam czegoś tam. Niewykluczone, że w ten sposób coś tracę, że omijają mnie emocje zbliżone pewnie charakterem do legalnego hazardu. Choć muszę przyznać, że kiedyś, na krótką chwilę, pokładałam zaufanie w pomiarach. Ściągnęłam aplikację, która obiecała monitorować „jakość snu” (zwróćmy proszę uwagę na to, jak nawet zjawiska odruchowe i naturalne muszą obecnie spełniać określony standard!), co przekładało się na nagrywanie oddechu i rejestrowanie potencjalnych anomalii, które mogłyby wykazać bezdech. Mój oddech we śnie, jak się okazało, składał się głównie z anomalii. Odpowiadał za to kot Basik, który ma w zwyczaju głośno i często chrząkać.

Rozważny cyklista // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Nie, syrenko