Tzw. kryzys replikacyjny od kilku lat wstrząsa tym segmentem nauk społecznych, który najłatwiej daje się sponiewierać przez media (nie bez winy głodnych łatwej sławy uczonych), polityków oraz bystrych wujków czekających na deser, żeby zabłysnąć: a wiecie, że w Ameryce ostatnio zbadali, że jak przejdzie ulicą blondynka, brunetka, ruda i łysa, to ośmiu mężczyzn na dziesięciu... i tak dalej w ten durny deseń. Jest jedna pociecha – tę „nienaukowość” demaskuje samo środowisko naukowe, jest to więc raczej dowód na wysokie morale nauki.
Własną wersję kryzysu replikacyjnego przechodzą też dietologia i higiena odżywiania. Najpierw rozpadła się wiara w to, że dieta śródziemnomorska o jedną trzecią zmniejsza ryzyko chorób układu krążenia. Pewnik ten długo wspierała analiza przeprowadzona najwyżej cenioną metodą randomizowanego badania z grupą kontrolną. Chociaż badacze dostali do dyspozycji ogromny budżet, to nie mieli czasu i jak tylko zaczęły im wychodzić spodziewane i bardzo sympatyczne wyniki, przerwali robotę, opracowali dane na łapu-capu i puścili je w świat. Jak już opadł kurz i wszyscy zaopatrzyli swoje spiżarnie w zapas oliwy, orzechów i świeżych karczochów, to specjaliści od metodologii zaczęli przyglądać się danym i powynajdowali tyle dziur, że prestiżowe czasopismo naukowe, w którym ukazały się wyniki, wycofało artykuł i zmusiło autorów do przesłania „rozwodnionej” wersji. Szkoda tylko, że na tym zbiorze wadliwych danych już powstało paręset kolejnych szczegółowych studiów... Ilu ich autorów będzie skłonnych wycofać albo gruntownie przerobić swoje publikacje?
Ale to i tak drobiazg w porównaniu z awanturą po publikacji analizy, którą „New York Times” zapowiedział tymi słowy: „Naukowcy mówili, żeby jeść mniej czerwonego mięsa. Dziś niektórzy twierdzą, że to była zła rada”. Czternaścioro badaczy poddało analizie kilkadziesiąt artykułów dotyczących badań obejmujących w sumie 4 mln ludzi – i stwierdziło, że ryzyka zdrowotne jedzenia czerwonego mięsa są albo tak nikłe, że pomijalne, albo dają się odnieść do ogromnych grup ludzi – zatem nie da się ich przełożyć na indywidualne zalecenia żywieniowe. Większość tego, na czym dotychczas wspierała się zła opinia o mięsie, to badania obserwacyjne, o niższej wartości poznawczej, za to znacznie tańsze od randomizowanych z grupą kontrolną. A budżet gra tu kluczową rolę, bo mizeria akademicka sprawia, że praktycznie jedynym źródłem solidnych pieniędzy na lepsze badania są granty od biznesu z danej branży, co z kolei podważa wiarygodność takiej roboty.
Wszystko, co dotyczy mięsa, zahacza o politycznie wybuchową ekologię oraz lekką panikę moralną sianą przez wegan. Dlatego długo jeszcze będzie wisiał dym nad tą „akademicką” dyskusją o tym, jakim językiem nauka może komunikować swoje niepewności i nieostrość konkluzji. Na pewno nie powinna nam mówić, jak żyć. Ani jak żreć. Żeby uszanować serce i wątrobę, starczy po prostu jeść mniej i prościej, do tego nie potrzeba drogich badań. Starać się słuchać własnego ciała i nie robić wokół diety aż takiego cyrku, bo jeśli tak łatwo trafić na kardiologię, to powodów może być tuzin. Niezwiązanych z jedzeniem: np. kompulsywne czytanie sondaży, streszczonych do rozmiaru twitterowej notki.
Naukowcy raczej nie poskarżą się, że media nadużywają ich pracy, upraszczają topornie dane. Zresztą coraz uboższe, bo media zamawiają coraz tańsze badania – no, ale nikt nie będzie się wychylał, żeby nie stracić nawet tych ostatnich, marnych zleceń. Ten numer „Tygodnika” zaczyna się od rozmowy, w której Jarosław Flis mówi o zjawiskach społecznych, unikając kategorycznych stwierdzeń, a już zwłaszcza prognoz, jak przystało na rzetelnego badacza. Im bliżej wyborów, tym głośniej każda ze stron będzie chciała nam wbić do głowy korzystne dla siebie słupki. Idąc na polityczny bazarek, lepiej zaufać sobie i własnemu apetytowi. Wszystko, co leży na tych straganach, jest mniej lub bardziej szkodliwe dla zdrowia. ©℗
I jeszcze raz dynia. Przyznam, że choć niektóre jej odmiany dobrze się przechowują, to dla mnie jest to wybitnie sezonowa radość, niczym pomidory, którym już rzekłem „addio”, biorąc ostatnie z nich, zielone, na patelnię. Oprócz zup, sosów i gnocchi lubię dynię jako wypełniacz do ciast i placków. Opowiem wam o takim deserze, który trudno nam byłoby nazwać po polsku ciastem, choć piecze się go w tortownicy. Torta monferrina pochodzi z Monferrato, mało zadeptanego zakątka Piemontu. 3 renety obieramy i kroimy w kostkę, wkładamy do garnuszka z 40 g cukru, dusimy kwadrans. Również kwadrans gotujemy osobno 300 g miąższu dyni (tej zwykłej lub odmiany delica) w 100 ml mleka i 40 g cukru. Odcedzamy (dynia powinna dać się rozgnieść), łączymy z garścią namoczonych rodzynek i posiekanych orzechów, 50 g posiekanej gorzkiej czekolady, 50 g pokruszonych herbatników typu amaretti, łyżką kakao, skórką z połówki cytryny, 30 ml rumu i kapką ekstraktu waniliowego, na koniec wbijamy jajko i mieszamy. Przelewamy do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia tak, by ciasto miało 3 cm wysokości. Pieczemy w 160 stopniach ok. godziny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















