Konopie brzmią nam dziś równie nielegalnie, co mak. 300 lat temu były jednymi z najważniejszych surowców

Jestem fanem serialu „Historia kuchni polskiej”. Przeżywam z nim wstrząsy poznawcze. Na przykład bigos, owszem, na różne sposoby, ale zupełnie bez kapusty.
Czyta się kilka minut
OlgaBombologna / Shutterstock
OlgaBombologna / Shutterstock

Osiemnaście bez mała milionów obywateli Ameryki zażywa codziennie lub prawie codziennie marihuanę w jednej z coraz liczniejszych dostępnych na rynku postaci. Temu bogactwu wyboru oraz otwartości, z jaką ludzie przyznają się ankieterom, służy fakt, że już połowa stanów zalegalizowała cały ten kram także dla celów tzw. rekreacyjnych. Co jest koślawą kalką z angielskiego słowa, które wskazuje po prostu na używki dla rozrywki, w odróżnieniu od zastosowań medycznych. Cokolwiek by ta medycyna w tym kontekście miała znaczyć – bo wydaje mi się, że to kategoria z bardzo elastycznej gumy. Granica między konopnym „leczeniem” stresu lub bólu, a skrętem wypalonym dla odprężenia po koszmarnym dniu w pracy jest rozmyta, nie wiadomo, gdzie by należało poprowadzić płot i zasieki.

Spory o tzw. medykalizację przypadłości duszy i uczuć leżą na pewno poza granicą waszej cierpliwości, przyszliście tu mnie czytać wszak w celach rekreacyjnych. Dlatego wróćmy do Amerykanów zażywających substancje – u nas srogo zakazane, przestrzegajcie, proszę, prawa! – uzyskane z konopi indyjskich. Po raz pierwszy w najnowszym badaniu okazało się, że znacznie więcej ludzi pali codziennie trawę, niż pije alkohol. Jakie to stawia wyzwania dla polityki zdrowotnej (np. w kontekście uzależnień), o tym się dopiero zaczyna na serio dyskutować, a obraz komplikuje fakt, że z biegiem lat obserwujemy znaczny wzrost stężenia substancji określanej skrótem THC w dostępnych na rynku produktach. Jeden gram dzisiejszego zielska wystarczyłby naszemu dziadkowi hippisowi na miesiąc.

Nie bądźmy jak ci biedni, histeryczni purytanie, co nie mogą się pogodzić z faktem, iż elementem każdej znanej antropologom kultury są substancje i praktyki wpływające na świadomość (oraz ich ścisła reglamentacja). I przyznajmy, że to, jakie dana społeczność w danym czasie ma używki, jest równie ważne dla jej zrozumienia, jak to, jakie spożywa posiłki, jak wychowuje dzieci (chyba że właśnie przestała dzieci płodzić) i do jakich bóstw się modli. Może dane z USA zapowiadają, że w ciągu jednego czy dwóch pokoleń także i w reszcie tzw. Zachodu skończy się niepodzielne panowanie alkoholu, trwające mniej więcej tyle, co nasze rolnictwo i osiadły tryb życia? Byłby to proces o rzeczywiście epokowym charakterze. Ileż chwytliwych nagłówków będą mogli wymyśleć moi następcy w tej rubryczce!

A może to tylko żurnalistyczna potrzeba wynajdywania końców świata i nowych epok, która zamyka oczy na stopniowe, mniej efektowne, ale za to niewydumane przemiany? Otóż np. konopie (wprawdzie nie indyjskie), które dziś brzmią nam równie nielegalnie, co mak, jeszcze 300 lat temu były (obok maku zresztą) najważniejszym surowcem na olej. Olej – rzecz kiedyś ważna nie z powodu kwasów omega czy innych alfa, ale z potrzeby przestrzegania postów organizujących codzienność nawet ludziom, których stać było na jedzenie tłuszczu zwierzęcego przez okrągły rok. „Znak nabożeństwa i cierpliwości” – tak go nazywał Jakub Haur, autor poczytnych książek o gospodarstwie (czyli protoekonomista) z czasów króla Jana III Sobieskiego.

O potrawach mniej nabożnych (ale wymagających za to wielkiej cierpliwości kucharza) na dworze tego wielkiego epikurejczyka na naszym tronie opowiadał właśnie prof. Jarosław Dumanowski w dziewiątym odcinku serialu „Historia kuchni polskiej”. Jestem fanem tego badacza oraz szefa Macieja Nowickiego, który gotuje na ekranie, próbując zaadaptować stare przepisy. Bywa, że przeżywam wstrząsy poznawcze. Np. bigos, owszem, na różne sposoby, ale zupełnie bez kapusty. Ta pojawia się bardzo późno, jako wypełniacz w uboższej wersji, zastępując częściowo mięso. Czekam na to, czym mnie zaskoczą odcinki dziewiętnasto- i dwudziestowieczne, o czasach, które teoretycznie są bliższe i lepiej znane. Choć Dumanowski nie kręci filmów z zamiarem obrazoburczym (jego włoski odpowiednik, Alberto Grandi, demaskator głupich mitów, niebawem będzie musiał chodzić z policyjną ochroną), to i tak różne „tradycje”, zwłaszcza te wiecznotrwałe i uświęcone, pękają u niego jak banieczki. Może się jeszcze okazać, że tylko alkohol nasi przodkowie mieli w dzbanach ten sam, co my. Do czasu, aż i o nim zapomnimy w mglistym konopnym oparze.

W odcinku o królu Janie kasza jęczmienna zapiekana z jajkiem, cukrem i korzeniami okazuje się wykwintnym deserem – a to z racji cukru, który wciąż miał wówczas status kosztownej i rzadkiej przyprawy. Przypomina mi to bardzo deser z kaszy jaglanej migliaccio, o którym pisałem niecały rok temu. W podobnym klimacie dawnych, wyglądających skromnie placków, jest castagnaccio. Namaczamy w ciepłej wodzie garść rodzynek. Przesiewamy do miski ok. 0,5 kg mąki kasztanowej. Dodajemy szczyptę soli i wlewamy powoli 0,7 l wody, mieszając trzepaczką, aż do uzyskania jednolitej, gładkiej masy. Odsączamy rodzynki i dodajemy je wraz z garścią posiekanych orzechów. Płytką blachę smarujemy szczodrze oliwą i wlewamy masę, która powinna utworzyć warstwę o grubości ok. 1 cm. Posypujemy świeżymi igłami rozmarynu, pieczemy w 200 st. przez ok. pół godziny, aż na wierzchu utworzy się popękana skorupka.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Cel rekreacyjny