Rafał Dziedzic: Może zaczniemy od modlitwy? Niech to, co robimy, będzie zanurzone w obecności Pana i na Jego chwałę. (Krótka, spontaniczna modlitwa.)
EDWARD AUGUSTYN i ARTUR SPORNIAK: Robiliśmy sporo wywiadów – z biskupami, kardynałami, księżmi – i dotychczas tylko jednemu z nas raz ktoś zaproponował modlitwę na rozpoczęcie. Był to abp Charles Scicluna.
Ja też się tego uczę. Nie wszystkie spotkania, nawet z księżmi, zaczynam od modlitwy, ale staram się to robić coraz częściej.
Gdy siada Pan do pracy przy stronie internetowej o synodzie, to też zaczyna Pan od modlitwy?
Każdy dzień od niej zaczynam. Natomiast kiedy zajmuję się synodem, to wszystko, co robię, wierzę w to mocno, jest Bożym dziełem. Czasem sam się dziwię, że to w ogóle robię. To jest trochę tak, jakby Duch Święty wyrwał mnie z innego życia i posadził tutaj. Czasem się zastanawiam, po co i dla kogo to robię. Widzę statystyki strony. Od jej założenia przewinęło się przez nią kilkadziesiąt tysięcy osób. Najwięcej, gdy trwały sesje synodalne, w październiku zeszłego roku. Teraz jest ich do kilkudziesięciu dziennie.
Na czym polega ta praca?
Z różnych polskich diecezji i ze świata zbieram informacje dotyczące synodu – z nadzieją, że są osoby, które się tym zainteresują, a wtedy będą wiedzieć, z kim się kontaktować i na których diecezjach się wzorować.
A kim Pan jest z zawodu?
Dobre pytanie. Od 2012 r. jestem „matką Polką”. Opiekuję się dwójką dzieci. Wcześniej byłem przedsiębiorcą. Prowadziłem własny biznes, w dziedzinie marketingu, przede wszystkim wokół mediów cyfrowych.
Jak to się wszystko zaczęło?
Do 2015 r. byłem w zasadzie ateistą. Byłem ochrzczony, oczywiście. Nawet do bierzmowania poszedłem, bo pomyślałem, że ten sakrament lepiej mieć niż go nie mieć. Jak byłem dzieckiem, wierzyłem wiarą dziecięcą. Ale potem pojawiły się pytania, trochę podsycane przez mojego tatę: skąd zło w świecie? Jak to jest, że wszyscy się modlą, a tylko niektórzy coś od Boga dostają? Pojawiły się wątpliwości i nie było nikogo, kto by na nie odpowiedział. W końcu uznałem, że Boga nie ma, że to moja fantazja. Taki typowy kryzys człowieka spełnionego na każdym polu, ale mającego w sobie jakąś pustkę, której nie rozumie.
W każdym razie narodziłem się na nowo w kwietniu 2015 r., choć moja podróż duchowa trwała trzy lata, bo nie od początku było to nawrócenie na Kościół. Powiedziałbym, że żyłem już w Bożej obecności, uświadomiłem sobie, że doświadczam żywego Jezusa. Ale do Kościoła to jeszcze daleka droga, bo jednak Jezus i Kościół to nie są synonimy. Wtedy też, na wiosnę 2015 r., narodził się mój syn. Chodziłem z nim na spacery i któregoś dnia wszedłem do kościoła. I nagle doświadczyłem, że tam jest Bóg, że jest w Eucharystii. A to było dla mnie równoznaczne z tym, że chcę być tam, gdzie On jest – w Kościele.
Co się później działo?
Byłem w tamtym czasie aktywnym neofitą. Prowadziłem blog Zielonyzeszyt.pl, w którym dzieliłem się swoim świadectwem. Angażowałem się również w mojej diecezji, wrocławskiej, w lokalne przedsięwzięcia, jak „Katolicy na ulicy” – wychodziliśmy dwójkami na ulice, mówiliśmy ludziom, że Jezus ich kocha. Jeździliśmy też do bezdomnych z ośrodka Brata Alberta w Szczodrem, w niedziele, ze Słowem Bożym i ciastem. Nazywaliśmy tę inicjatywę Szczodre Niedziele.
Jak doszło do założenia strony synod.org.pl?
O synodzie usłyszałem od abp. Grzegorza Rysia (jeszcze wtedy nie kardynała). Mówił w homilii, że jest taki projekt papieża, żebyśmy byli gotowi wziąć w nim udział. Pomyślałem, że to coś dla mnie. Sprawdziłem, co na ten temat znajdę na stronie internetowej mojej diecezji, i nie znalazłem niczego. Żadnego śladu synodu.
Po jakimś czasie zadzwonił do mnie mój proboszcz i mówi, że trzeba robić synod, bo przyszły materiały i ktoś się musi tym zająć. To były raptem dwa dokumenty, „Vademecum” i dokument przygotowawczy. Ten drugi napisany tak, że nie potrafiłem w ogóle zrozumieć, o co chodzi. Zawziąłem się, żeby przez to przejść, ale czułem, że niewiele osób będzie miało taką determinację. W „Vademecum” znalazło się 10 pytań, niby prostych, ale musiałem je czytać kilka razy. W końcu nagle doznałem olśnienia, że synod jest propozycją, byśmy się w Kościele wszyscy spotkali i zaczęli ze sobą rozmawiać. Pamiętam ten entuzjazm, ale też niepokój, że większość ludzi do tego momentu nie dojdzie. Pomyślałem, że może warto stworzyć serwis internetowy, w którym będzie można dzielić się swoimi doświadczeniami – chyba pierwszy raz w historii jedna diecezja mogłaby się od innej czegoś uczyć. Przedstawiłem pomysł abp. Adrianowi Galbasowi, który odpowiada w Polsce za synod. Uznał, że jest dobry. I tak się zaczęło.
Jak się Panu układała współpraca z księżmi wyznaczonymi w diecezjach do zajmowania się synodem?
Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, żeby, poza nielicznymi wyjątkami, była jakaś współpraca. Najczęściej ja zbierałem od nich dane, często w taki sposób, że oni nawet o tym nie wiedzieli. Ostatecznie serwis okazał się unikatowy nawet na skalę świata. Pozwala innym przyjrzeć się np. polskiemu Kościołowi. Ale też udostępniałem swoje tłumaczenia dokumentów watykańskich czy z innych Kościołów.
A jak wyglądała historia z przekładem dokumentu roboczego na sesję plenarną, czyli „Instrumentum laboris”?
Jestem tymi dokumentami bardzo poruszony – tak pierwszym, jak i tegorocznym. Miałem poczucie, że to nie są jakieś tam zwykłe sprawozdania, ale zaproszenie do postawienia sobie pytań dotyczących wiary. W tamtym roku była wersja polska, teraz po polsku ukazało się tylko streszczenie, które niewiele mówi, a nawet, moim zdaniem, odpycha od dokumentu. Więc znowu, w posłuszeństwie Kościołowi, bo tak zawsze staram się robić, odezwałem się do abp. Adriana i zapytałem, że skoro nie ma oficjalnego tłumaczenia, to czy ja mogę je zrobić. Zgodził się i na tłumaczenie, i opracowanie z tego audiobooka.
Jak to tłumaczenie trafiło na stronę watykańskiego Sekretariatu Synodu?
Pomogła mi w tym s. Barbara Radzimińska, która udzieliła mi też pomocy w przygotowaniu tłumaczenia, wykorzystując swoje kontakty z Sekretariatem Synodu.
Dlaczego polski episkopat nie zadbał o oficjalne tłumaczenie?
Rozumiem to tak, że z punktu widzenia kogoś, kto zarządza zasobami Konferencji Episkopatu Polski, „Instrumentum laboris” mogło zostać potraktowane jako dokument dla czterech osób, które jadą do Watykanu na spotkanie październikowe. Oni sobie poradzą, mając wersję angielską czy włoską.
Ale Pan uważa, że to jest jednak dokument dla wszystkich?
Tak uważam.
To proszę nas przekonać.
Mogę jedynie podzielić się swoim świadectwem. Patrzę na ten dokument z dwóch perspektyw. Widzę tu marzenie o Kościele wraz z próbą zrozumienia, w jakim miejscu on się znajduje. Chodzi o Kościół, w którym odbudowywane są relacje, który uczy się słuchać, rozmawiać, podejmować decyzje na nowy sposób. Jestem człowiekiem, który troszczy się o Kościół, widzi, co się dzieje, i szuka jakiejś wizji zmian. Ten dokument pozwala mi taką wizję zobaczyć.
A druga perspektywa jest taka, że widzę w dokumencie prorockie zaproszenie dla mnie. To też jest odkrycie synodu: zrozumiałem, że jestem odpowiedzialny za jakąś część Kościoła i ona także niedomaga.
A co nią jest?
To moja rodzina. Łatwo czyta się dokument synodalny z pozycji osoby świeckiej, mówiąc: „O, to powinien zrobić ksiądz, a to biskup – czemu tego nie robią?”. A przecież ja też mam Kościół, za który jestem odpowiedzialny, i to są słowa skierowane także do mnie. Najpierw słowa o relacjach, by pamiętać, że są ważniejsze i bardziej żywotne niż struktury. A w mojej rodzinie wyżej stawiam reguły, czyli struktury, niż relacje. Później jest o słuchaniu. Dokument mnie pyta, czy traktuję swoje dzieci, żonę w taki sposób, w jaki chciałbym, by w Kościele proboszcz albo biskup traktował mnie? Czy stawiam ich na równi? Czy stwarzam im przestrzeń, by wypowiedzieli to, co chcą wypowiedzieć? Czy uważam, że jestem mądrzejszy i wiem, co trzeba zrobić? Czy rzeczywiście wpuszczam do swojego serca to, co zostało powiedziane? Te konkretne pytania mnie poruszyły i otworzyły np. na doświadczenie spotkania z moją córką, którego być może bez tego dokumentu by nie było. Czytam „Instrumentum laboris” jako serię pytań i intuicji, które mogę zastosować w tej części Kościoła, w której ja mam władzę i odpowiedzialność, ja decyduję. Przekonałem panów?
W rodzinie władzę dzierży Pan – czyli model patriarchalny?
Mam autorytet, mam zasoby, to prawda. Ale dzięki synodowi zrozumiałem, że chodzę na ulice ewangelizować, organizuję pikniki w parafii, angażuję się w różne wspólnoty, ale nie mam dla mojej rodziny czasu, ona nie jest dla mnie najważniejsza. Łatwo wymagać od proboszcza, że parafia ma być taka, siaka, owaka, a trudno od siebie, żeby zająć się lepiej własną rodziną. Pomyślałem sobie: hej, Rafał, tu masz władzę, jakiej nie ma nikt inny, żaden katecheta, proboszcz czy biskup. To ty przekazujesz wiarę swoim dzieciom i żonie.
Patriarchalna struktura to jeden z problemów Kościoła. Papież mówi, że kobiety powinny być słyszane na każdym stopniu decyzyjnym. A przecież chodzi o to, by były też słuchane.
Ja jestem prosty chłopak, patrzę na ten obszar, w którym Pan Jezus i Duch Święty dają mi szansę coś zmienić. Chcę, żeby moje serce się zmieniło. Ale też wierzę, że zmienią się serca tych, których Pan Jezus postawił wyżej nade mną – papieża, kardynałów, biskupów. W moim audiobooku „Instrumentum laboris” czyta kobieta.
Czy na podstawie Pana doświadczenia można stworzyć synodalną mapę Kościoła w Polsce? Ilu jest biskupów zaangażowanych w synod, ilu obojętnych?
Mogę opowiedzieć o dobrych przykładach, które pewnie nie pokazują całości spraw… Zadam wam pytanie. Która polska diecezja – waszym zdaniem – najpełniej realizuje założenia synodu?
Łódzka?
Akurat niedawno zadzwonił do mnie ks. Rafał Jabłkowski, odpowiedzialny w diecezji warszawsko-praskiej za synod. Opowiadał mi, co planują. Powołali na nowo wszystkie rady duszpasterskie i ekonomiczne. Te nowe rady powołane zostały według wytycznych synodu, na podstawie nowych statutów. W diecezji warszawsko-praskiej rady ekonomiczne i duszpasterskie są obowiązkowe w każdej parafii.
Ciekawe, kto je wybierał?
Część powstała w drodze normalnych wyborów, część z nadania proboszcza. Ale te rady mają pięcioletnie kadencje, a ich członkowie są powoływani dekretem biskupa. To znaczy, że podniesiona została ich ranga. No i, powtarzam, są obowiązkowe. W diecezji warszawsko-praskiej trwają przygotowania trzyletniego programu formacyjnego dla świeckich. Tyle się mówiło o formacji świeckich w naszej syntezie krajowej, a tam już to zaczyna się dziać. Ta diecezja przygotowała też własną odpowiedź na sprawozdanie podsumowujące ubiegłoroczny etap synodu. Zorganizowali serię spotkań, omawiali to sprawozdanie punkt po punkcie. Księża ze świeckimi. I swoją odpowiedź przesłali do Watykanu, niezależnie od odpowiedzi krajowej przesłanej przez episkopat. Planują również przygotować własną analizę socjologiczną syntez kontynentalnych, żeby zobaczyć, z jakimi problemami Kościół w świecie się boryka.
A inne polskie diecezje?
Dużo się dzieje w łódzkiej, to kolejny dobry przykład. U nich synod poniekąd zjednoczył się z synodem diecezjalnym, który zaczął się wcześniej – i tę jedność już widać w dokumentach synodu diecezjalnego. Oni też zorganizowali konferencję „Synodalność: szansa czy zagrożenie”, a także warsztaty synodalne, na które zaprosili moderatora z Watykanu, żeby przeszkolił kilkadziesiąt osób, które potem prowadziły warsztaty dla parafii.
Następną diecezją, która wdraża idee synodu, jest diecezja wrocławska, czyli moja. Tyle, że u nas poszło to w inną stronę, bo arcybiskup zdecydował się na synod diecezjalny, choć on jest właściwie kontynuacją synodu o synodalności, nawet ma takie samo hasło: „Diecezjalny synod nawrócenia i odnowienia życia Kościoła. Komunia, formacja, misja”. Wprowadzono też taką samą metodę pracy, czyli „rozmowę w Duchu Świętym”.
A które diecezje niedomagają?
Na pewno są diecezje, które funkcjonują bez wizji, pomysłu. Są parafie, które niedomagają, bo proboszczowie nie potrafią sobie poradzić. I są rodziny, które niedomagają. Bo jeśli młodzi ludzie odchodzą dziś od Kościoła, to także dlatego, że nie ma w rodzinach przekazu wiary.
Oprócz własnego nawrócenia ważna jest zmiana struktur. Bo jeśli się nie dokona, to zapał, który u Pana i innych widzimy, szybko może zostać stłumiony. Obecne struktury są nietransparentne, nie sprzyjają dzieleniu się odpowiedzialnością, wzajemnemu słuchaniu się.
To pytanie nie do mnie. Ja jestem mały żuczek. Patrzę na to, co zależy ode mnie.
Tylko że decydenci się nie zmienią, jeśli my nie będziemy na nich naciskać.
Patrzę na to inaczej. Jestem człowiekiem, który spotkał Jezusa i którego Jezus przemienił. Jak kiedyś szedłem w jedną stronę, to teraz idę w przeciwną. Jak się śmiałem z Kościoła, to teraz mówię, że Kościół kocham. I mam przekonanie, że moim zadaniem jest świadczenie o tym, że Jezus żyje, że chce się spotkać z każdym. I bardziej wierzę w nawrócenie człowieka niż w nawrócenie struktur. To także wynika z „Instrumentum laboris”: że żywotność Kościoła bierze się z relacji, nie ze struktur. W diecezji warszawsko-praskiej grupa osób – księży i świeckich – zapaliła się do synodu i dała impuls, by zaczęły się dziać wielkie rzeczy. Wiem, że wszystko zawsze zaczyna się od osobistego spotkania z Jezusem. A początkiem tego spotkania może być synod.
Jeśli popatrzymy na przepisy kościelne, to zobaczymy, że Kościół od dawna jest synodalny. Tylko ludzie, którzy odpowiadają za przestrzeganie tych przepisów, nie wierzą w synodalność. Wierzą w monarchiczność, tak zostali nauczeni.
Nie chce Pan przyznać, że w wielu diecezjach jest po prostu źle.
Gdy przeglądałem strony różnych diecezji, przygotowując serwis, choćby po to, by znaleźć diecezjalnego koordynatora synodu, to miałem poczucie, że biskupi muszą być strasznie samotni i przytłoczeni. Z czego to wynikało? Zobaczyłem, że diecezja to jeden wielki chaos.
W jakim sensie?
Tysiące inicjatyw, tysiące rzeczy, zero planu, zero wizji. Jak w pokoju małego dziecka, wszystko porozrzucane. I nad tym wszystkim jeden samotny biskup, który musi to jakoś poskładać.
Biskupi są samotni, czy po prostu sobie nie radzą?
Chyba jedno i drugie. To jest ze sobą ściśle powiązane. Wierzę, że wcześniej czy później musi się pojawić myślenie, iż diecezja potrzebuje wizji, pomysłu na siebie. Dlatego też na mojej stronie zgromadziłem przykłady różnych diecezji, głównie z innych krajów, które taką wizję mają i jej podporządkowują swoje działania.
Jakie to diecezje?
Na przykład Detroit w USA. Oczywiście to, co robią, miało początek w kryzysie, bo trzeba było łączyć parafie, co nas też czeka, pewnie za 15-20 lat. Oni nie chcieli tylko łączyć parafii, chcieli wyjść do przodu, stworzyć wizję, do której uda się zapalić ludzi. W ten sposób powstał program Unleash the Gospel, czyli Uwolnijmy Ewangelię. To jest piękna wizja, pragnienie i marzenie, by Ewangelia na nowo została uwolniona, żeby doświadczenie Bożej miłości rozlało się na wszystkich diecezjan.
I z tego powstały list pasterski i wizja teologiczna, a także pomysł, jak każda komórka w kurii ma tę wizję wspierać. Czyli wizja realizowana od góry, poprzez urzędy, seminarium duchowne, programy odnowy parafii, kurialne zasoby wspierające parafie, które przyjmą ten program odnowy. To jest według mnie pomysł, który warto przetestować w Polsce. Co zrobić, żebyśmy na nowo z odwagą głosili Ewangelię?
U nas powstają tony dokumentów, które trudno ogarnąć i zrozumieć. A chodzi o to, by w prosty sposób nazwać wizję, opisać ją i pokazać, jakie mamy narzędzia, by ją realizować.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















