Z powodu nastrojów lokalnych i sytuacji globalnej, z powodu drobnego choć głośnego zdarzenia, zadaliśmy sobie pytanie, które w zasadzie mogłoby być tematem ogólnonarodowych rozważań. Oto postanowiliśmy porządnie odpowiedzieć na pytanie, czy my – jak tu ponuro siedzimy – umiemy mówić komplementy.
Wiadomo przecież, że choć jesteśmy znani na planecie Ziemia jako nacja szalenie gościnna, wręcz najgościnniejsza, to gościnność owa – każdy badacz to wie – jest tylko zmyłkowym wstępem. Wygląda to tak mianowicie, że owszem, na pierwszy ogień witamy serdecznie, co podać – pytamy, może śledzika, a może cwibak, może kieliszeczek tego, albo tamtego, może piwo, może na drugą nóżkę, a może i na trzecią, czy małżonka też raczy itd. W ten sposób, demonstrując naszą tradycyjną gościnność, dochodzimy powoli do stanu euforii, endemicznej nadgościnności, do najszaleńszych uścisków, do obejmowań i długich pocałunków. Towarzyszą temu pieśni, rymowane wyznania, daleko idące uzgodnienia dotyczące przyszłości, podobieństwa, zgodności genetycznej i innych szalenie intymnych kwestii. Następują obietnice spędzenia razem wakacji all inclusive w Egipcie, przyrzeczenia dotyczące współżycia i stuprocentowej nierozerwalności więzów. Gdy goście wreszcie pójdą, następuje krótkotrwały stan – jakby to rzec – plateau, co znaczy, że krzywa nastroju się wypłaszcza. Aż do momentu, gdy usłyszymy, że nasi goście trzasnęli drzwiami uberka i pojechali w siną dal w sensie dosłownym.
Wtedy precyzja widzenia bliźnich osiąga ostrość żyletki i idziemy po nich – chciałoby się powiedzieć słowami klasyka. Jest to dobry przyczynek do odpowiedzi na pytanie, które padło na początku: czy umiemy mówić komplementy. Otóż wydaje się, że nie. Szczery komplement nie ma prawa wyjść z ust prawdziwego Polaka. Mówiąc „komplement”, mamy na myśli mówienie rzeczy miłych bliźnim. Albo takoż ogłaszanie jakichś przyjemnych opinii o innych nacjach, o rasach, o zwierzętach obcych naszemu terytorium, czy o potrawach innych ludów, bądź o niepolskich napojach zarówno otumaniających, jak i orzeźwiających. Generalnie komplement może być też próbą sprawienia komuś przyjemności bez względu na fakty.
I to akurat wydaje się w Polsce szalenie trudne, bowiem o wiele łatwiej mówi się tu rzeczy przykre. Też dlatego, że każdy Polak jest szczery do bólu i do bólu prawdomówny. Polak po prostu nie kłamie i jest twardy. Gdy jesteś głupi, Polak nie powie ci, że jesteś mądry. Jesteś ładny? Polak ci tego na wszelki wypadek nie powie, raczej, że jesteś brzydki. Konkluzja zatem brzmi jednoznacznie i ostatecznie – nie umiemy, jak Polska długa i szeroka, prawić komplementów. A może wolimy ich nie mówić. W polityce mamy podobnie. Komplementów nie ma. Że ich nie słychać, gdy ktoś mówi o konkurencji, to oczywiste, ale – popatrzmy uważnie – gdy politycy mówią o swoich, też są raczej oszczędni. Naturalnie, są wyjątki, ale nieliczne – tylko wodzowie są objęci rytuałem totalnego komplementowania. A więc mamy, zdaje się, opisane bez wdawania się w nadmierne detale, życie komplementu na ziemiach polskich.
I to by było w zasadzie na tyle, gdyby nie nowość. Rozczulająca, bo może oznaczać, że obyczaj prawienia komplementów wszedł tu na inny poziom. Parę dni temu, akurat po rozmowie z prezydentem Ukrainy, p. A. Duda napisał te słowa: „nie ma wątpliwości, iż prezydent Trump kieruje się głębokim poczuciem odpowiedzialności za globalną stabilność i pokój”. D. Trump się zrewanżował i o p. Dudzie powiedział publicznie: „Fantastyczny facet”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















