Autobus 116, dwie studentki: „Byłaś na zebraniu zakładu?”. „Byłam”. „Jej, że ja nie mogłam! Zniszczyli ją, nie?”. „Bosz, chciałam to zobaczyć”. „No, mnie jej było żal”. „Mnie też by było, ale wiesz, zobaczyć dziekana, jak się normalnie rzuca na doktorantkę, to jest super. Terapia na miesiąc”. „No, prawda”. „Myślałam, że nudy będą, i się zwolniłam, że mam chorego ojca”. „Żałuj, kochana, żałuj”. „A jak ta doktorantka?”. „No, złamała się w trakcie”. „Aaaa, za to kocham UW”. „Nasz uniwerek”. „Kurcze, nie wiem, co ja tam będę pisać na magisterce, ale nie bierzemy jeńców, nie?”. „I ja to, wiesz, szanuję. Znaczy po raz pierwszy poczułam, że szanuję uniwersytet, jak ją gnoił”. „Tak, kochana”. „Dobrze trafiłyśmy”. „Dobrze”.
Biblioteka Uniwersytecka, hol, siedzę tuż przy dwóch studentkach. Pierwsza: „Bosz, Anka, po co ja studiuję?”. „Myślałam, że cię to kręci”. „No nie”. „To może zmień”. „Na co?”. „No, to już ty sama wiesz”. „Nie wiem”. „Co ty, Magda, uczysz się dla siebie. Co cię interesuje?”. „Co? Żeby już było »po«”. „Po czym?”. „Po wszystkim”. „Hej, to co wtedy będziesz robić?”. „Żyć”. „Czyli?”. „Nie bać się”. „Czego?”. „Że nie spełnię wymagań”. „To jest życie?”. „Tak”.
Wróciła Ącka z Przystanku Polska-Zurych (przemiły Festiwal Przystanek Polska) z tablicą „ulica Elizy Kąckiej Zurych”, ciężką, żeliwną. Tablica spójna z naszym lokalnym dizajnem warszawskim, ino większa. Odezwali się do mnie przyjaciele, że chwilowo stacjonują u matki przy Grójeckiej. No to jadę do nich tramwajem z tablicą, bo chcieli ją zobaczyć (zdjęcie nie daje poglądu na masę metalu). W tramwaju numer 14 podchodzi do mnie staruszka: „Paniii, zmieniają nam nazwy ulic?!”. „Ę?”. „Rafał przed wyborami szaleje?”. „?!”. „Gdzie ta ulica Kąckiej będzie?”. „Oj, nie będzie, to zabawa”. „Jak to, pani wiezie tablicę i nie wie?! Tak was w ratuszu edukują?”. „Ja ją wiozę na eksport”. „Jaki?!”. „Wewnętrzny”. „Wariatka”. Wyskoczyłam, okazałam, pogadałam. I wracałam znów z tablicą. Na rogu Dolnej uzmysłowiłam sobie, że muszę zrobić zakupy w biedrze. Poszłam z tablicą, oparłam o lodówkę z serami. Gość do mnie: „O, infrastruktura”. „Ano”. „Gdzie to zawiśnie?”. „Na mojej ulicy”. „No to brawo. Mokotów?”. „Powiedzmy”. Boczna odnoga czasu. Wracam z tablicą do domu. Ruda: „Masz swoją ulicę”. „Powiedzmy, mała”. „Masz, Pingwin. Masz swoje państwo”. „A wiesz, że racja”. „Masz, nie musisz się ukrywać. Czy ja mogę mieszkać na twojej ulicy?”. „Jasne, malutka”. „Mieszkam na ulicy Elizy Kąckiej, Pingwinie”.
Zurych, późny wieczór, piszemy z Rudą. Ona: „Jaką masz godzinę teraz? Moją? Tak z ciekawości”. „Twoją”. „Jesteś niedaleko”. „Owszem”. „Czy to miasto jest ładne?”. „Bardzo”. „Ładniejsze niż Edynburg?”. „Inne, Brusiu, inne”. „Ale lepsze?”. „Inne”. „Określ to w skali”. „Taka jesteś? Remis”. „Czyli równie ładne”. „Tak, ale inny mają klimat. Wiesz, Edynburg to wiatr od morza”. „I od gór. Byłam na wzgórzu nad miastem”. „No właśnie. A Zurych to łagodniejsze falowanie. Nie czuje się tak mocno zatoki i gór”. „Ale są”. „Są, wie się o tym”. „Co masz na myśli, gdy piszesz: »wie się o tym«?”. „To, że wiem o górach i jeziorze za plecami miasta”. „Czy miasto ma plecy, Pingwinie?”. „Ma, oddycha”. „Tak, miasto ma plecy, zgadzam się z tobą. Edynburg opiera się o skałę”. „Tak, kiedy wieje”. „Czy Zurych potrzebuje oparcia?”. „Tego nie wyczułam”. „Jak to?! Chodziłaś po mieście i nie wiesz?”. „No widzisz, zabrakło cię tutaj”. „Ale Pingwin, miasto żyje, nie wiesz?”. „Wiem”. „Jakiego koloru jest Zurych?”. „O, niech Cię. Nie wiem”. „Wiesz”. „Nie wiem”. „Edynburg jest sinozielony”. „Dobra jesteś”. „No to jaki jest Zurych?”. „Szaroniebieski z dodatkiem czerwieni”. „Czerwieni? Gdzie?”. „Cegły, dachy”. „Ja nie o to Cię pytam”. „A o co?”. „Jakiego koloru jest Zurych”. „No dobra, jest sinoniebieski”. „Tak?”. „Tak, Ruda”. „To teraz wiem, dlaczego go lubisz”. „No widzisz”. „A o co opiera się Zurych?”. „O niebo?”. „Tak, Pingwin, o niebo. Niebo to granit”. „Skąd wiesz?”. „To jasne”. „No dobrze, więc Zurych opiera się o ścianę nieba. Twardą”.
Autobus 175, jazda na Okęcie. I korek w rejonie Rakowca. Wleczemy się, czytam. Gość siedzący vis-à-vis szarpie się z walizką. Przestawia nerwowo, przesuwa, znów szturchnął stojących. „Co pan wyrabiasz?” – starsza z siedzeń nad nami. „Spóźnię się”. „To trzeba było taksówkę”. „Jeszcze czego”. „Nie stać?”. „Jeszcze czego, żebym temu kraju dokładał”. „A to nie pana kraj?” – chłopak na oko dziewiętnastoletni. „W Amsterdamie mieszkam” – walizkowy. Młody: „Pan to odszczeka”. „Co?”. „Z tą Polską”. „Ja nic nie mówiłem o Polsce”. „Ale kraj pana rzekomo zawodzi”. „Chcę tylko stąd wyjechać, szybko. A nie mogę, bo stoję w pieruńskim korku”. „Pan to odszczeka, w imię tych, co ginęli tutaj w powstaniu warszawskim”. Starsza: „Nasze dzieci”. Walizkowy: „A, to pan w tę melodię”. Młody: „Ja tu tylko pilnuję”. „Czego?”. „Moralności”. „Nasze dzieci, śliczne, mądre, młode”. Walizkowy: „Matko, jakbym się znalazł w starym filmie”. Młody: „Pan ma czas jeszcze odszczekać”. Nie odszczekał, wysiedliśmy. Przed odprawą walizkowy spojrzał się na mnie: „Skąd oni się biorą?”. „Nie wiem”. „Po raz pierwszy od dawna zacząłem się bać. Takiego gówniarza. Niepojęte”. Milczymy. „Musi pani tu żyć?”. „Muszę”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














