Kiedy jury ubiegłorocznego festiwalu w Cannes nagrodziło Złotą Palmą film Jafara Panahiego, oczywiście nie mogło wiedzieć, jak bardzo historia Islamskiej Republiki Iranu za chwilę przyspieszy. Wobec masakr dokonywanych ostatnio przez władze na protestujących obywatelach „To był zwykły przypadek” może wydawać się dziełem cokolwiek spóźnionym. Bo jak tu rozkminiać moralne niepokoje w stylu Asghara Farhadiego, gdy na ulicach wrze i piętrzą się worki z ciałami?
Tymczasem irański reżyser, który mając dwie nominacje do Oscara, promuje właśnie swój film za oceanem, zapowiada powrót do kraju, nawet ryzykując kolejne uwięzienie. Prawdopodobnie powstanie z tego następny tytuł i jego temperatura będzie wyższa, a forma drapieżniejsza.
Ten, który zaraz wejdzie do naszych kin, można jednak uznać za wybiegający w przyszłość, zadaje bowiem nieśmiertelne pytanie: jak radzić sobie z traumą i potrzebą sprawiedliwości w państwie autorytarnym? No i jak ocalić swoje człowieczeństwo w starciu z systemem, który za nic ma ludzkie życie?
Gdzie kończy się sprawiedliwość, a zaczyna zemsta?
Tym razem opowiedziana przez Panahiego historia czerpie z więziennych doświadczeń – jego i współwięźniów (jeden ze scenarzystów, Mehdi Mahmoudian, właśnie znów trafił do aresztu). Nawiązuje do wcześniejszych zrywów irańskiego społeczeństwa, kiedy to tysiące Irańczyków i Iranek wyszło na ulice po zabiciu przez policję studentki Mahsy Amini. Dlatego blizny, te fizyczne i te psychiczne, są tutaj ciągle świeże.
Wie coś o tym mechanik samochodowy Vahid (Vahid Mobasseri), który rozpoznaje w swym kliencie niedawnego oprawcę Eghbala (Ebrahim Azizi). Więźniowe nazywali go „Kuternogą”, bo stracił kończynę, walcząc w Syrii, i odgłosy utykania, bardziej niż jego głos, zapisały się w pamięci torturowanej ofiary.
Porywa więc Vahid domniemanego kata i wywozi na pustynię. Lecz nie mając całkowitej pewności, czy to rzeczywiście on (przesłuchiwanym zasłaniano oczy), zbiera kilkuosobową grupę innych ekswięźniów w celu dokonania identyfikacji – i własnoręcznej egzekucji.
Czy wolno użyć metod oprawcy?
Trzymają go przez cały dzień w bagażniku furgonetki, spierając się, co dalej z tym fantem zrobić, i nagle na telefon Eghbala dzwoni jego kilkuletnia córeczka. Bohaterowie dowiadują się, że ciężarna żona „kata” właśnie straciła przytomność. Pojawia się nowy dylemat: czy mimo wszystko należałoby jej pomóc? I czy w ogóle godzi się sięgać po brutalne metody stosowane przez oprawców? Zwłaszcza gdy nadal istnieją wątpliwości co do rzeczywistej tożsamości jednego z nich.
Bohaterami Panahiego rządzi pamięć (wybiórcza, w dużej mierze zmysłowa) i zarazem głęboka niepamięć. Jedni chcieliby wrócić do normalności i zapomnieć o więziennym horrorze, inni wręcz przeciwnie – noszą w sobie rany tak głębokie, że nie sposób odciąć się od przeszłości. Ani tym bardziej wybaczyć sprawcom czy stracić teraz okazję do prywatnej zemsty.
To ludzie okaleczeni przez system, jak prosty Vahid z obitymi nerkami albo funkcjonujący na prochach Hamid (Mohamad Ali Elyasmehr), najbardziej zacietrzewiony w pragnieniu odwetu. Ale są także kobiety, które prócz „klasycznych” tortur doświadczały przemocy seksualnej, czasem podszytej religijną perwersją.
Jedna z nich, Goli (Hadis Pakbaten), zostaje wkręcona w samosąd podczas swojej przedślubnej sesji fotograficznej, druga zaś, stojąca za obiektywem Shiva (Mariam Afshari), jest byłą dziennikarką i ma wyraźnie lekceważący stosunek do nakazu zasłaniania włosów. Albowiem Teheran w filmie „To był zwykły przypadek” wydaje się nieco innym miejscem niż kilka lat wcześniej.
Czy Iran się zmienia?
Ciągle rządzi surowe prawo obyczajowe (co widać w scenie szpitalnej) i korupcja (patrz: rozmowa z policją), lecz choć panuje atmosfera wzajemnej nieufności i strachu, Panahi dostrzega zmiany w ludziach.
Nie przypadkiem Shiva staje się tutaj postacią podmiotową i sprawczą – przypomnijmy, że to właśnie młode Iranki wybudziły społeczeństwo kilka lat temu. I mimo że „To był zwykły przypadek” zdaje się kłaść główny nacisk na kwestie natury etycznej, czuje się w bohaterach jakiś nowy duch odwagi. Podszytej gniewem i traumą, ale przynajmniej niektórzy z nich spróbują przezwyciężać wszechobecny lęk gestem nie tylko desperackim.
Co zostaje po upadku reżimu?
Motyw konfrontacji ofiary z dawnym oprawcą dobrze znamy z kina, chociażby z „Pasażerki” Andrzeja Munka czy „Śmierci i dziewczyny” Romana Polańskiego. Film Panahiego rozpoczyna się rodzinną scenką i przypadkowym zabiciem psa, a kończy brawurową sceną na najwyższym diapazonie emocji, z próbą odwrócenia ról i dwuznacznym epilogiem.
„Czy jesteśmy przygotowani, żeby zrobić to, co należy, po upadku reżimu?” – zastanawiał się reżyser w wywiadzie dla magazynu „Variety”, ale było to w październiku, czyli zanim rządowe siły bezpieczeństwa zaczęły masowo zabijać Irańczyków. Pytanie jednak musi pozostać aktualne, niezależnie od tego, kiedy ten upadek nastąpi i ile jeszcze ofiar za sobą pociągnie.
Także inni opozycyjni reżyserzy irańscy, choć bez nadmiernego optymizmu, przeczuwają ten upadek w swoich filmach, na przykład Mohammad Rasoulof, autor „Nasienia świętej figi”, czy Behtash Sanaeeha i Maryam Moghaddam, twórcy „Mojego ulubionego ciasta”. Oni również pracowali w ukryciu, łamiąc zakazy nie tylko cenzuralne i narażając się na srogie represje.
Panahi to twórca, który mając wieloletni szlaban na pracę w zawodzie, kręci swój nielegalny film poniekąd non stop: siedząc w niesławnym więzieniu Envin, przebywając w teherańskim areszcie domowym, bądź kierując taksówką, w której ongiś był zmuszony zarabiać na życie. Przy „Niedźwiedzie nie istnieją” (2022) nawigował zdalnie planem filmowym w Turcji, sam przebywając w przygranicznej wiosce irańskiej z zakazem opuszczania kraju.
A to wszystko dzięki wielkiej determinacji oraz wsparciu – i finansowemu, i politycznemu – ze strony europejskiego środowiska filmowego. I choć „To był zwykły przypadek” nie jest jego filmem najlepszym (nie ma tu wyrafinowanych gier z rzeczywistością, a oscarowy scenariusz ucieka od życiowego i politycznego konkretu w subtelne, typowo „irańskie” metafory), doceniam jego absurdalny humor, psychologiczne komplikacje oraz niepokój o przyszłość pomieszany z przebłyskami wiary. Nie tyle w rychły upadek systemu, ile w samych Irańczyków.
TO BYŁ ZWYKŁY PRZYPADEK („Un simple accident”) – reż. Jafar Panahi. Prod. Francja/Iran/Luksemburg 2025. Dystryb. Aurora Films. W kinach od 20 lutego. Wcześniej pokazy przedpremierowe.
Jafar Panahi to najczęściej nagradzany współczesny reżyser irański, uznawany przez tamtejszy reżym za jednego z największych wrogów. Twórca takich tytułów, jak „Biały balonik” (1995), „Na spalonym” (2006) czy „Taxi-Teheran” (2015), był kilkakrotnie więziony, lecz nadal nielegalnie kręcił filmy. W 2023 roku udało mu się wyjechać z Iranu, ale ciąży na nim kolejny, wydany zaocznie wyrok.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















