Być jak Kolumb

Wiara to rzeczywiście “skok w ciemność". Można się spierać o nośność metafory, ale nie można jej zarzucić, że nie odpowiada na dylematy szeregowego chrześcijanina. I może nie tylko szeregowego, bo przecież w życiu duchowym nie ma mistrzów świata.

28.09.2003

Czyta się kilka minut

Do tekstu ks. Andrzeja Lutra “Myślenie według miłości" (“TP" 37/03), reklamowanego przez redakcję na pierwszej stronie jako “Przepis na księdza", ośmielam się dodać kilka luźnych refleksji proboszcza. Nie będę polecać metod duszpasterskich ani socjotechnicznych chwytów wziętych z podręczników public relations. Mogłoby się to zamienić w wariacje na temat “ksiądz moich marzeń". Tymczasem taki ksiądz po prostu nie istnieje. Każdy ma inne marzenia i inne zapotrzebowania duchowe. Paweł siał, Apollos podlewał... Lepiej zatem skupić się na problematyce bardziej zasadniczej: osłabieniu siły przekazu treści wiary chrześcijańskiej poprzez niezrozumienie serca tego przekazu.

Osoba, nie idea

Na wykładzie Uniwersytetu Latającego Znaku zapytano ks. Tomasza Węcławskiego o to, co powinno być dziś przedmiotem troski Kościoła w Polsce. Odpowiedział, że powinna nim być wiara w Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Formalnie taką konstatację można uznać za unik. Można, jeśli uzna się, że Chrystus ukrzyżowany za nasze grzechy i zmartwychwstały nie jest odpowiedzią na rozmaite ludzkie tęsknoty, powszechne i osobiste. Należą do nich pragnienie spełnienia się jako osoba ludzka, pragnienie kochania i bycia kochanym, stabilizacji życiowej i wewnętrznego pokoju, sprawiedliwości i braterstwa.

Jaką odpowiedź uzyskalibyśmy pytając kogoś, co jest istotą chrześcijaństwa? Praktyka duszpasterska podpowiada, że odpowiedzi oscylowałyby między miłością, miłosierdziem, wspólnotą, uczciwością, doktryną i dogmatem. Moglibyśmy odwrócić sytuację i zapytać, czy odpowiedzi te są unikiem, czy może raczej wyrazem ignorancji. Niewątpliwie są pochodną odczytania chrześcijaństwa w kluczu etycznym. Twórcą i głównym protagonistą tego sposobu myślenia był Immanuel Kant. Według niego Królestwo Boże to wspólnota etyczna rządzona rozumem a istotą przesłania chrześcijańskiego jest życie w zgodzie z bliźnimi jako wolne osoby na ziemi.

“Słowo stało się Człowiekiem i rozbiło między nami namiot" (J 1,14). “Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne" (J 3, 16). “Oto ja jestem z wami, po wszystkie dni, aż do skończenia świata" (Mt 28, 20). “...na świecie nie ma innego imienia danego ludziom, dzięki któremu moglibyśmy być zbawieni" (Dz 4,12).

Kilka znanych cytatów uprzytamnia, że sercem przekazu chrześcijańskiego nie jest jakaś idea, ale Osoba. Teolog protestancki, Karl Barth, powiada, że ostatnim słowem, jakie powinien wypowiedzieć teolog, nie jest pojęcie teologiczne (np. łaska), ale Imię Jezusa Chrystusa, które jest ponad wszystkim, nawet ponad pojęciem Kościoła czy teologią. Daje temu wyraz także wielki teolog katolicki Romano Guardini, gdy pisze, że sercem chrześcijaństwa nie jest doktryna, postawa religijna czy struktura wartości moralnych. Dla chrześcijan mają one wartość tylko wtedy, gdy opierają się na Jezusie. Stąd proponowanie chrześcijaństwa jako systemu norm moralnych równa się unikaniu odpowiedzi na najbardziej osobiste pytanie: czy potrzebuję Chrystusa i dlaczego Go potrzebuję.

Teza nie pochodzi bynajmniej ze słownika przedstawicieli “chrześcijaństwa wysokiego napięcia", reprezentujących rozmaite ruchy odnowy. Nie ma w chrześcijaństwie nic bardziej fundamentalnego niż związanie nadziei na zbawienie z Jezusem Chrystusem, ukrzyżowanym, zmartwychwstałym i żyjącym w Kościele.

Niekiedy odnosi się wrażenie, że w nomenklaturze kościelnej pewne terminy stanowią integralną część slangu osób należących do kręgu wtajemniczonych. Przeciętnemu niedzielnemu słuchaczowi Słowa Bożego słowo “zbawienie" może się kojarzyć równie dobrze z nazwą antybiotyku o nieznanym zastosowaniu w nieznanej chorobie. Proszę zapytać 16-latka o wygolonej głowie, co znaczy dla niego zdanie: Jezus Cię zbawił. Nic! Kto w to nie wierzy, powinien wziąć udział w żywej, a nie poglądowej katechezie szkolnej lub parafialnej. Jest to smutny efekt - mówi ks. Węcławski - “nieuświadomionego niezrozumienia podstawowych prawd wiary".

A przecież zbawienie wyraża ocalenie od niebezpieczeństwa grożącego zagładą. To biblijny synonim wyzwolenia, zwycięstwa, życia, pokoju. Zbawienie to nic innego jak odnalezienie sensu życia tam, gdzie staje się przed nieuchronną koniecznością dokonywania nieraz dramatycznych wyborów. Stąd jeśli mówić, że Jezus Chrystus jest Zbawicielem, to należy natychmiast dodać stosowne wyjaśnienie: jest Sensem życia. I to sensem nie jakiegoś wyimaginowanego bytu, ale konkretnej osoby, której na imię Jan, Maria czy Piotr. Nie ma bowiem innego chrześcijaństwa niż antropocentryczne i personalistyczne. Dlatego w dialogu duszpasterskim pierwszeństwo należy dawać osobistym tęsknotom, osobistemu doświadczeniu religijnemu, a nie urojonym snom o potędze.

Potrzebujemy wiary

Ks. Luter podkreśla, że charakterystyczną cechą człowieka oddanego duszpasterstwu musi być modlitwa. I to najlepiej ta, której forma dla ludzi spoza kręgu katolickiego graniczy z absurdem, a mianowicie adoracja Jezusa w Eucharystii. Paradoksalnie, dla wielu niewierzących widok modlącego się kapłana będzie widokiem budzącym nie tylko szacunek, ale i zadumę.

W czasie ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski telewizja zafundowała nam niezapomnianą półgodzinną relację z modlitwy brewiarzowej Papieża na Wawelu. Zobaczyliśmy modlącego się w kompletnej ciszy Jana Pawła II i klęczącego przy nim proboszcza katedry Wawelskiej, oświetlającego małą lampą biurową psałterz papieski. Można tu mówić o mistyce, zobaczyć w Papieżu człowieka mistycznego. Modlitwa jednak, jeśli nie wypływa z aktu wiary, nie jest w stanie dać mistycznych przeżyć. Sądzę, że właśnie o akcie wiary najtrudniej mówić człowiekowi XXI w.

Nie mam na myśli osobistego świadectwa duchowego, choć i to nie jest bez znaczenia. Idzie mi o przekonujący sposób mówienia o tym, czym w ogóle jest wiara. Szkopuł w tym, że w historii teologii trudno byłoby znaleźć jednolitą i niezmienną odpowiedź na pytanie, co robię, gdy mówię, że wierzę. To naturalne: zmieniają się przecież kultura i język. Czcigodna definicja Soboru Watykańskiego I, określająca akt wiary jako “cnotę nadprzyrodzoną, przez którą za natchnieniem i pomocą łaski Bożej wierzy się w prawdziwość rzeczy objawionych", jest dobra do teoretycznych rozważań w auli wydziału teologicznego. Zupełnie nie przystaje do naszych czasów, ponieważ została stworzona jako odpowiedź na racjonalizm XIX wieku. Objaśnienie i poszerzenie tej definicji przez Sobór Watykański II, który głosi posłuszeństwo wiary i całkowite, z wolnej woli powierzenie się człowieka Bogu rzuca już więcej światła na pytanie o wiarę. Ale jak o tym opowiedzieć młodemu chłopakowi układającemu dachówki na kościele albo kobiecie sprzątającej biurowce?

Poniekąd wiara to “skok w ciemność", jak to określił na łamach “TP" abp Józef Życiński (“TP" 34/03). Można się spierać o nośność metafory, ale nie można jej zarzucić, że nie odpowiada na dylematy szeregowego chrześcijanina. I może nie tylko szeregowego, bo przecież w życiu duchowym nie ma mistrzów świata. Właśnie dlatego, że czujemy ograniczenia duchowe, moralne i intelektualne, potrzebujemy wiary jako rozumnego zadumania się nad Bogiem i człowiekiem. Ale czy wolno nam traktować wiarę jedynie jako drogę życia dla rozdartych duchowo? Czy droga wiary chrześcijańskiej jest przeznaczeniem ludzi słabych, niewolników? Czy łatwiej wierzyć w Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego, gdy z trudem wiąże się koniec z końcem albo jest się zamkniętym w totalitarnym reżimie? Czy musi być tak, że gdy tylko uzyskuje się dostęp do “krainy Coca-Coli", wiara zamienia się w wątpliwość i ustępuje miejsca puddingowi idei?

Dobra i Gorzka Nowina

Jednym z warunków pozytywnego patrzenia na świat, ludzi i religię jest umiejętne odczytywanie znaków czasu. W Ewangelii Jezus zarzuca współczesnym, że nie potrafią odczytać znaków czasu, to jest tych cech w Jego osobie i dziele, które jasno wskazują na jego posłannictwo Mesjasza. Na rok przed otwarciem Soboru Watykańskiego II, papież Jan XXIII odważył się powiedzieć: “Polecenie Jezusa, aby umieć odczytać znaki czasu, uznajemy za własne. Wydaje nam się, że mimo panujących ciemności, znamy kilka wskazań, które są dobrą wróżbą dla losów Kościoła i ludzkości" (Bulla Humanae Salutis). Wbrew prorokom upadku, papież potrafił dostrzec i zaproponować ewangelię optymizmu, jako odpowiedź na kryzys w Kościele i społeczności ludzkiej. Czy dziś możemy natrafić na znaki czasu stanowiące dobrą wróżbę dla Kościoła, świata, człowieka?

Współczesny teolog, o. Gerald O’Collins udziela kilku wskazówek. Przede wszystkim nie powinno się uznawać pojedynczej historii ludzkiej za epizod nie mający znaczenia dla większej grupy. Należy być wrażliwym zarówno na doświadczenia kolektywne, jak jednostkowe. Fakt, że jedyny żywiciel rodziny stracił pracę, można wyjaśnić nie tylko trudnościami ekonomicznymi państwa czy zakładu pracy. Czy nie należy mówić o braku wyobraźni pracodawcy? A może o braku koherencji między jego pracą zawodową a wyznawanym od święta systemem wartości? Innymi słowy, osobista historia może być znakiem czasu. Po drugie, niektóre pozytywne doświadczenia mają często negatywne tło. Wielu młodych ludzi pragnie sprawiedliwości, wolności czy pokoju. Ich pozytywne pragnienia znajdują negatywne tło w tęsknocie za tym, czego nie ma.

Zgodnie z Vaticanum II znaki czasu stanowią wyzwanie dla wierzących i niewierzących. Dla wierzących są wyrazem działania Opatrzności Bożej i zaproszeniem do budowania Kościoła. Dla niewierzących wyrazem pozytywnych napięć i ludzkich aspiracji do lepszego życia. Tutaj jednak rodzi się trudność i pułapka. Łatwo bowiem zaobserwować i określić pewne zjawiska, trudniej zinterpretować je jako zamierzone przez Boga. Potrzeba zatem kryteriów, wyrażających powszechne odczucia i intencje. Dla niewierzących będą nimi godność człowieka, sprawiedliwość, równość wobec prawa. Dla wierzących - miłość Boga i bliźniego oraz budowanie Kościoła. Prawie zawsze będzie chodziło niemal o to samo: jaki nadać sens życiu?

Łatwo weryfikować znaki czasów dnia wczorajszego. Kiedy bierzemy się za bary z dniem dzisiejszym i usiłujemy kształtować rzeczy przyszłe, łatwo o konflikt interpretacji znaków. Przykładem niech będą spory wokół idei integracji europejskiej. Interpretacja znaków czasu często domaga się instynktu, który może zawodzić, ale nie zwalnia nas z podejmowania ryzyka. Podjęte bowiem w imię ewangelicznych wartości, otwiera przed nami nowe horyzonty. Czyż nie pięknie jest być jak Kolumb...?

Tworzenie wiarygodnych wzorców posługi duszpasterskiej nigdy nie było łatwe. Nigdy też nie było łatwo ewangelizować. W świecie, w którym komunikacja jest błyskawiczna, paradoksalnie czujemy prawdziwość słów amerykańskich bardów lat 60. Simona i Garfunkela: “Ludzie mówiący bez mówienia, ludzie słuchający bez słuchania". Najważniejsze jest głoszenie Dobrej Nowiny, a nie Gorzkiej Nowiny, choć czasem nawet gorzkie prawdy mają wartość oczyszczającą.

O. WIESŁAW DAWIDOWSKI jest augustianinem, proboszczem parafii św. Katarzyny w Krakowie. Studiował teologię fundamentalną na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 39/2003