Reklama

Zmarł Leonard Cohen

Zmarł Leonard Cohen

27.10.2013
Czyta się kilka minut
Leonard Cohen zmarł 7 listopada. O jego śmierci poinformowano na Facebooku 10 listopada kilka minut przed północą czasu polskiego. Zgodnie ze swoim życzeniem został pochowany w Montrealu, pogrzeb miał charakter prywatny. Przypominamy tekst Beaty Chomątowskiej, który opublikowaliśmy przy okazji premiery biografii Cohena w 2013 r.
Leonard Cohen. Warszawa, 1986 r. Fot. Robert Krol / REPORTER
M

Mity szybko zaczynają żyć własnym życiem. Zwłaszcza, gdy są nam na rękę. Tak jest ze słynnymi „polskimi korzeniami” Leonarda Normana Cohena, urodzonego siedemdziesiąt dziewięć lat temu w Westmount, zamożnej dzielnicy Montrealu. Niezależnie od tego, jak bardzo byśmy chcieli, Wyłkowyszki na Litwie, akurat w latach 40. XIX wieku, gdy przychodził tam na świat pradziadek Leonarda, Lazarus Cohen, i jakieś dwadzieścia lat później,gdy emigrował do Kanady, już częścią Polski nie były. Podobnie jak odległe o jakieś osiemdziesiąt kilometrów Kowno, skąd wywodził się ojciec matki muzyka i też późniejszy emigrant, talmudysta Solomon Klonitzki-Kline. A jednak określenie „polski Żyd” na trwałe przykleiło się do Cohena, choć najbliższe prawdy byłoby mówienie o korzeniach środkowoeuropejskich.

Sam Cohen też bywa niekonsekwentny. Podczas pierwszego, pamiętnego koncertu w Sali Kongresowej w 1985 r. (jeszcze do tego występu wrócimy), zapowiadając „Sisters of Mercy”, dziękował Rosjanom, że wybudowali dla niego tę wspaniałą salę. „Moja matka pochodziła z Rosji, zawsze wyrażała się o tych ludziach z uznaniem”. Tuż przed koncertem, w hotelu Victoria, reporter „Kuriera Polskiego” spytał muzyka, czy posiadanie korzeni na Wschodzie wpływa na jego twórczość. „Tak, i to w bardzo dużym stopniu. Moja matka przybyła z Litwy, śpiewała mi wiele litewskich i rosyjskich pieśni, których nauczyła się jeszcze przed rewolucją w Rosji. Rodzina mego ojca pochodziła zaś z małego miasteczka Budiciev” – odpowiada Cohen. „Berdyczów?” – sugeruje dziennikarz. „Tak, Berdyczów, właśnie stamtąd pochodzimy”. Berdyczów – Kowno, to dość spory dystans. Kto wie – może artysta miał na myśli zgoła inną miejscowość? A może to rodzinne strony prababki po kądzieli? W innych wywiadach wspomina o Litwie. Sylvie Simmons, autorka wydanej właśnie w Polsce biografii (trzeciej na polskim rynku) zatytułowanej „Jestem twoim mężczyzną”, zachowując historyczny kontekst, też pisze o Litwie i Rosji.

Oczywiście można powiedzieć – drobiazgi bez znaczenia. Genealogia wraz z całym kontekstem miejsca nie zatrzymuje się na dwóch pokoleniach wstecz. Przecież Cohen mentalnie jest nasz, żydowski chłopak z tego samego regionu Europy, dlatego rozumiano go doskonale w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

Co z tego, że on sam uważał swoje pieśni traktujące o miłości i wolności za przesłanie uniwersalne – Polacy poznający je w tamtych czasach wiedzieli lepiej, o co mu chodzi. „My wyobcowani w świecierealnego socjalizmu potrzebowaliśmy jak powietrza tej wolności, o której pisał” – wspominał Maciej Zembaty, wieloletni tłumacz i popularyzator Cohena w Polsce.

Nic więc dziwnego, że nawet w pierwszej, opartej na autobiograficznych wątkach powieści Cohena „Ulubiona gra”, wydanej w Polsce dopiero w 1994 r., musiał też znaleźć się polski wątek. Informacja podana przez Zembatego na okładce głosiła, jakoby pierwowzorem Krantza – przyjaciela głównego bohatera – był najprawdopodobniej ówczesny ambasador Kanady w Polsce o nazwisku McGee, który przyczynił się do zorganizowania pierwszych koncertów Leonarda w naszym kraju. Niestety – jak udowadnia Simmons, która spędziła w towarzystwie Cohena wystarczająco dużo czasu, by go o wszystko wypytać – postać Krantza zainspirował nikt inny, tylko Mort Rosengarten, najstarszy stażem przyjaciel muzyka – jeszcze z czasów dzieciństwa i dorastania w Montrealu – który z Polską miał tyle wspólnego, co Berdyczów z Litwą.

Łatwo jednak zrozumieć, że każdy sposób był dobry, żeby mieć Cohena trochę na własność.

SPRAGNIENI SŁOWA

Zaczęło się w 1968 r., kiedy Wojciech Mann przywozi z Londynu czarną płytę z dwoma utworami – „Suzanne” i „So Long, Marianne” i zaczyna nadawać je w radiowej Trójce, która wtedy kształtowała muzyczne gusta polskiej inteligencji. Maciej Zembaty, też związany z Programem Trzecim, do spółki z krytykiem literackim Maciejem Karpińskim, który zaraża go Cohenowskim bakcylem, tłumaczy teksty tak, by dało się je śpiewaćpo polsku. Zadanie jest niełatwe, bo trzeba zachować oryginalną rytmikę i balladowy charakter. Powielane tłumaczenia krążą z rąk do rąk w nieoficjalnym obiegu (z czasów, zanim też zaczęłam świadomie słuchać Cohena, zapamiętałam dobrze taki właśnie śpiewnik z biblioteki rodziców, ze „Słynnym niebieskim prochowcem” i innymi klasykami w tych właśnie przekładach – wyglądał jak kajet odbity rozmazaną czcionką z maszyny do pisania, na chropawym brązowym papierze).

Zembaty z Johnem Porterem i Karpińskim jeżdżą po Polsce, wykonując rodzime wersje pieśni. Słuchacze przegrywają je znajomym na kasety. Fama kandyjskiego barda szybko rośnie. Do jej popularności przyczynia się walnie fakt, że – jak pisał Piotr Bratkowski – Cohen „nie apelował do wspólnych przeżyć, lecz przeciwnie: odwoływał się do tego, co w każdym z nas jest własne, osobne. Jego piosenki nie były akceptowanym składnikiem oficjalnej i lansowanej kultury, słuchało się ich w samotności albo w małym gronie najbliższych przyjaciół”. Śpiewa się je też na biwakach, podczas wędrówek po górach, przy ogniskach. Wielu zaczyna „na Cohenie” naukę angielskiego.

Z początkiem lat 80. Zembaty zostaje dyrektorem artystycznym Przeglądu Piosenki Prawdziwej w Gdańsku. Impreza pełni rolę antyfestiwalu sopockiego, prezentuje twórczość wcześniej zatrzymaną przez cenzurę. Jej szef próbuje ściągnąć na występ samego Leonarda, tytułowanego wówczas w polskich artykułach najzupełniej poważnie Mistrzem. Dzwoni do Baru u Billa na greckiej wyspie Hydra, ulubionej miejscówki muzyka. Udaje mu się przywołać go do telefonu i przekonać, że przywódca polskiej opozycji, Lech Wałęsa, osobiście zaprasza Cohena do Gdańska. Jednak urzędnik z ambasady w Atenach nie zjawia się na lotnisku z obiecaną wizą. Z przyjazdu nici, ale wieść o rzekomych konszachtach Cohena z Wałęsą roznosi się szybko. Podczas festiwalu Zembaty sam śpiewa po polsku „The Partisan”, która w tym kontekście natychmiast staje się jednym z nieoficjalnych hymnów „Solidarności”.

Wkrótce generał Jaruzelski ogłasza stan wojenny, Zembaty zostaje internowany za „antySopot” i wspieranie „Solidarności”, ale jego płyta „Alleluja” z balladami Cohena rozchodzi się w nakładzie ponad 300 tysięcy egzemplarzy. Cohenowskie szaleństwo przybiera na sile. Studenci krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej organizują w grudniu 1983 r. pierwszy – i bodaj jedyny na świecie – Ogólnopolski Festiwal Leonarda Cohena, w którym udział bierze ponad siedemdziesięciu amatorów interpretujących po swojemu słynne songi.

Zembatemu udaje się dopiąć swego – z pomocą wspomnianego kanadyjskiego ambasadora – cztery lata po pierwszej próbie: europejska trasa Cohena w ostatniej chwili zostaje poszerzona o cztery koncerty. Trójka przekazuje radosną wieść słuchaczom. Studencki klub Hybrydy natychmiast zapowiada Cohenadę – tematyczną imprezę, podczas której występują Zembaty, Porter i laureaci krakowskich festiwali. Wygłodzeni twórczości Mistrza Polacy natychmiast rzucają się po zakup biletów. Miejsca w odległych rzędach kosztują 1600 złotych, czyli dość słono, zważywszy, że przeciętna pensja sięga wówczas 20 tysięcy. Koncert w Warszawie opóźnia się o półtorej godziny, bo milicja (nie policja, jak podaje w swojej książce Simmons – to też z pozoru drobna różnica, może efekt nieuwagi redaktora) do spółki z ochroniarzami i pracownikami firmy Alma-Art, organizującej występ, oglądają drobiazgowo bilety i odsiewają te legalne od „lewych”, zakupionych nawet za kilka tysięcy złotych od koników.

Jak podsumuje później w recenzji Daniel Passent, „była to największa konfrontacja młodzieży z siłami ładu i porządku od czasu zniesienia stanu wojennego”. Koncertu nie transmituje polska telewizja, ale niektórym słuchaczom udaje się przeszmuglować na salę kamery i magnetofony, więc koncert zostaje nielegalnie zarejestrowany.

PIEŚŃ NIE ZNA GRANIC

I tu, niestety, przychodzi czas na obalenie najważniejszego mitu. Cohen – jak wynika zarówno z wywiadów przeprowadzonych z nim przed i po koncertach, jak i z biografii Simmons – nieszczególnie odnajdywał się w narzuconej mu przez okoliczności roli barda solidarnościowej opozycji. Ba, wydawał się nią nieco zakłopotany. Jak sam wspominał wiele lat później w rozmowie z Danielem Wyszogrodzkim: „Nie miałem pojęcia, że zajmuję jakieś miejsce w polskiej kulturze i początkowo zaniepokoiły mnie oczekujące tłumy i oznaki zainteresowania. I zupełnie nie byłem przygotowany na ciśnienie, pod jakim się znalazłem. Krajowy rzecznik Solidarności zwrócił się do mnie o zaproszenie Lecha Wałęsy na koncert w Warszawie. Miał on wtedy zakaz opuszczania Gdańska, poproszono mnie więc o postawienie rządu w kłopotliwej sytuacji. Nie miałem jednak okazji do przetestowania odwagi. Kilku z moich muzyków wzięło mnie na bok i powiedziało: Leonard, nie wiemy, na czym właściwie polega twoja pokręcona misja, ale my pracujemy za tygodniówkę, więc nie mów nic, co by nam utrudniło opuszczenie tego kraju. Gramy i spadamy, okay?”.

Równie dyplomatycznie wypowiadał się więc podczas koncertu, dialogując z publicznością podczas zapowiadania kolejnych pieśni. Po dygresji o Rosjanach, przed „Hallelujah” powiedział na przykład, że uważa, że „ciało potrzebuje dwóch nóg – lewej i prawej – by mogło się poruszać we właściwym kierunku”.

Publiczność oczekiwała jednak Słowa, które brzmiało wówczas „Solidarność” albo „Lech Wałęsa” – jednoznacznego określenia się przez idola po właściwej stronie. I wymówił je wreszcie, anonsując „Memories”, choć odnosił się – bodaj jako pierwszy artysta z zagranicy w publicznym wystąpieniu – głównie do tragedii Zagłady: „To dziwne uczucie, znajdować się teraz w kraju, gdzie dokonała się największa zagłada Żydów w historii. Nie mam na ten temat nic do powiedzenia, żadnych przemyśleń, którymi chciałbym się podzielić. To nie ma nic wspólnego ze mną ani z wami, to sprawa między moimi a waszymi przodkami. To kraj Chopina i Kopernika, Solidarności, Lecha Wałęsy”. Publika odpowiedziała głośnym aplauzem.

Bard stanął na wysokości zadania, nawet jeśli kilka minut później dodał: „To również kraj Żelaznej Kurtyny, kraj Oświęcimia i wielu okropnych zbrodni. Ale ja nie oceniam. Moja pieśń nie ma flagi. Nie należy do żadnej partii. Nie zna granic”.

Z drugiej strony jednak większość czasu w Polsce spędził nie z przedstawicielami Pagartu, ale swoimi tłumaczami i ich przyjaciółmi, którzy zarazem byli działaczami opozycji. Zembatemu i Karpińskiemu udało się do niego dostać jeszcze na lotnisku. Poszli na wspólny lunch w hotelu Victoria. Zjadł zamówione dlań kołduny, zaproponował, żeby przeszli na „ty” i mówili do niego „Lenny”, co musiało być dla nich niełatwe. Potem uczestniczył w zorganizowanym dla niego balu opozycji i spotkaniu z ambasadorem Kanady. A na pożegnanie, już w samolocie,usłyszawszy od Zembatego o strajku głodowym w obronie studenta Gałuszki, aresztowanego za odmowę odbycia służby wojskowej, zgodził się wysłać z samolotu depeszę do generała Jaruzelskiego. Padło w niej zdanie: „Oby Bóg zmiękczył serce Faraona”. Depesza nie dotarła do adresata, ale tłumacze Cohena nie omieszkali nagłośnić tej historii, która umocniła jeszcze bardziej przekonanie o jego zaangażowaniu w sprawy polskiej opozycji.

Choć „Lenny” wrócił do Polski dwanaście lat później, tym razem niejako na drugim planie, promując płytę swojej ówczesnej partnerki i współpracowniczki, Anjani Thomas, i miał wracać jeszcze wielokrotnie, do jego spotkania z Wałęsą doszło dopiero w 2010 r., podczas trwającej ponad dwa lata światowej trasy koncertowej, która miała pomóc muzykowi wydobyć się z finansowych tarapatów, w jakie wpakowała go była menedżerka.

Wyszło całkiem zabawnie. Wałęsa na początek spytał, jak długo będzie trwał koncert, bo następnego dnia musi odebrać tytuł honorowego obywatela Opola. „Trzy do czterech godzin – odparł Cohen. – Ale nie poczuję się urażony, jeżeli pan prezydent opuści występ w trakcie”. Na to Wałęsa wskazał Cohena palcem i zawołał: „Fidel Castro! ”, wywołując spontaniczny wybuch śmiechu.

Wcześniej, bo w 2001 r., otrzymał najważniejszą polską nagrodę muzyczną, „Fryderyka”, za płytę „Ten New Songs”, w kategorii najlepszy album zagraniczny na polskim rynku. Nie zjawił się, by ją odebrać, ale nagrał w Los Angeles podziękowania, odtworzone na ekranie podczas uroczystej gali. Dziękował Polakom, że od tylu lat mają do niego słabość i kupują jego kolejne albumy, przepijając życzenia kieliszkiem polskiej wódki. Przy okazji – świadomie lub nie – nawiązał raz jeszcze do swojej przemowy z 1985 r., mówiąc, że Fryderyk to przecież Chopin, zaś Polska – to wódka.

O czym warto wspomnieć tym bardziej, że w książce Sylvii Simmons o Fryderyku też nie ma ani słowa, za to głównie dekomponuje ona bardziej uniwersalny Cohenowski mit – melancholijnego, dojrzałego barda w nieskazitelnym garniturze, tak układnego, że aż wieje nudą. I choć z tym odprasowaniem to akurat prawda (już jako młody chłopak był pedantem), zaś garnitury to jego znak rozpoznawczy, to jego życie – w samym centrum kontrkultury lat 60., a potem 70. – grzecznie skrojone nie było. „Jestem twoim mężczyzną” udowadnia, że od wizerunku smętnego romantyka, jakim chcieli widzieć go wszyscy zasłuchani w dźwięki „Suzanne” płynące z magnetofonów Kasprzak i Grundig, znacznie prawdziwszy był obraz sprowadzający się do hasła „alcohol, sex, drugs and rock’n’roll”, co z perspektywy czasu brzmi znacznie prawdziwiej niż posągowy bohater mimo woli.  

Sylvie Simmons „Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną”, przekład Magdalena Bugajska, wydawnictwo Marginesy 2013

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Pisarka, dziennikarka, założycielka Stacji Muranów. Kontakt z autorką: chomatowska@tygodnik.com.pl

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

['][']['][']['] przykre, ale RIP

Jeden z tych, co mnie ukształtowali.

Ja słuchałam na radiomagnetofonie Hitachi - dostaliśmy od wujka, który jeździł zagranicę.

To kolejny wielki przedstawiciel społeczności żydowskiej, który podobnie jak Bob Dylan (Robert Allen Zimmerman) powinien dostać nagrodę Nobla. תהא נשמתו צרורה בצרור החיים "Niech Jego dusza będzie włączona w wieniec życia wiecznego”. <Natin>. I did my best, it wasn't much, I couldn't feel, so I tried to touch, I've told the truth, I didn't come to fool you, And even though it all went wrong, I'll stand before the Lord of Song, With nothing on my tongue but Hallelujah. – Hallelujah (Leonard Cohen) https://www.youtube.com/watch?v=YrLk4vdY28Q
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]