To niemożliwe, żeby Nike z Samotraki była taka wielka. Patrzyłem zdumiony, jak leci na mnie z góry schodów, aż nadto trójwymiarowa, gdym po raz pierwszy zaszedł do Luwru. W oczach dziecka PRL-u była przecież zwiewną niemal jak wróżka obecnością z okładek serii wydawniczej, trwale wtopionej w codzienność inteligenckiej części ówczesnego narodu. Dziś takie cudo nazywa się brand i ma całą świtę art directorów i ambasadorów, wówczas wystarczył upór paru mądrych pań i panów z Czytelnika, którzy po prostu robili to, co do nich należało.
Sylwetka obtłuczonej bogini będzie przypominać mi o zadomowieniu w mowie, o tym, że oprócz ziemskiego mam zawsze drugi adres w świecie, gdzie słowa mogą czołgi straszyć. Skoro powinno przy tym paść słowo „ikona”, to niech w tym momencie padnie. Gdy zaś ikona leży na śmietniku, powinnością jest ją stamtąd zabrać, przetrzeć z błota. Dlatego nie miałem skrupułów, gdym w ekskluzywnym salonie meblowym zobaczył kilkadziesiąt tomów Nike służących za wypełniacz regału, wartego tyle, ile wszystkie meble w moim domu.
Przyjaciółka zastanawiała się nad wyborem kanapy, a ja biłem się z myślami, której książce przywrócę należny status. Ujmując rzecz po prostemu: którą zamierzam ukraść, w przekonaniu, że nikomu tu się nie przyda. Z okazjonalnych kontaktów z ludźmi naprawdę bogatymi wyniosłem wniosek, że mało co czytają – i to nie dlatego, że nie mają na to czasu, zbyt są zajęci krzątaniną wokół swoich zer. Wysoki status materialny z biegiem czasu napełnia nosiciela poczuciem wyższości, pewnością bycia w słusznym miejscu i bycia tego miejsca niezbywalnym elementem. Czytanie zaś książki wymusza postawę otwartą na cudze światy, wprowadza niepokojącą wielość perspektyw i logik – im kto bardziej jest w swojej lepszości otorbiony, tym bardziej nie widzi sensu w wystawianiu się na takie bodźce.
Na pewno niesprawiedliwie uogólniam, a poza tym biedni ludzie też nie czytają, tyle że z innych przyczyn. Ale to nie ma tutaj znaczenia: wyniesione za pazuchą „Todo modo” Leonarda Sciascii nie czekało przecież na czytelnika, tylko było skalibrowaną plastycznie zapchajdziurą. Żeby zadośćuczynić świętokradztwu, zacząłem zaraz za progiem czytać. Pewne wątki mnie prześladują, bo nawet w książce snującej kryminalną opowieść jako pretekst do rozważań o obecności zła w polityce i Kościele musiałem od razu natrafić na ustęp, gdzie jeden z bohaterów, tajemniczy ni to ksiądz, ni diabeł „mówił o kuchni francuskiej, jedynej, która może się poszczycić bohaterem tej miary, co Vatel, godny, aby go porównać do Katona Młodszego. Jeden popełnił samobójstwo z powodu uchodzącej wolności, drugi – z powodu ryby, która nie nadchodziła. Ich czyny w obliczu Boga miały tę samą wartość, jako wywołane tym samym porywem: poczuciem własnej godności”. Kiedy zaś rozmówca zauważa, że nie wypada „stawiać na jednej płaszczyźnie ryby i wolności”, ksiądz odpowiada, że „lepszym przykładem będzie Vatel, bo ryba miała nadejść i rzeczywiście nadeszła w godzinę po samobójstwie... Ale wolność?”.
Francis Vatel, przypomnijmy, był kucharzem i ochmistrzem w służbie wielkiego Kondeusza, francuskiego męża stanu i konkurenta Sobieskiego w staraniach o polski tron; w trakcie krótkiego żywota siłą swego talentu stał się swego rodzaju prefiguracją dzisiejszych masterchefów; zapracował na sławę szczególnego rodzaju – mimo gminnego rodowodu mógł łudzić się, że jest niemal równy książętom krwi, którym usługiwał. Trzydniowy bankiet na cześć Ludwika XIV dla dwóch tysięcy gości był dla Kondeusza tylko klockiem w jego niekończącej się grze z królem, ale Vatel wiedział, że sukces intrygi zależy od tego, jak się sprawi w kuchni. Przekonany (jak wiemy, niesłusznie), że dostawcy ryb skrewili i nie wyda kolacji, kucharz przeszył się szpadą, ratując w ten sposób swoją godność. „Jak ludzie mówią, Vatel dowiódł, że na swój sposób był człowiekiem honoru” – relacjonuje w liście Madame de Sévigné, jedna z tych dam, co wprawdzie nie wiedziały, że mówią prozą, ale za to jaka to była proza! Król się nawet zafrasował, ale „dla biednego Vatela było już za późno” i towarzystwo, dzięki interwencji jego zastępcy, prędko odzyskało humor: „był wyśmienity obiad, podwieczerz, kolacja, przechadzano się, bawiono, polowano, nie zabrakło wonnych żonkili: istne cuda”.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o szacunek okazywany kucharzom przez możnych. A wszystko to przyszło mi na myśl, gdym siadł do omówienia najnowszych książek paru telekuchennych celebrytów. Czy potrafiliby bronić swej godności szpadą? Czy w ogóle takie słowa pasują do ambasadora marki rosołu w kostkach? A tymczasem: czytajcie Sciascię! Nie musicie w tym celu okradać wystaw, widziałem na Allegro „Todo modo” za dwa złote!
Vatel przetrwał w pamięci także jako autor crème chantilly, nazwanej od zamku, gdzie pracował. To nic innego jak słodka bita śmietana z wanilią i na pewno nie on ją wynalazł, ale w mocnym brandzie liczy się też dobra narracja. Bądźmy wszyscy ambasadorami tej marki i nigdy, przenigdy nie używajmy proszków i utrwalaczy! Jesteśmy mu to winni. Tylko bardzo zimna śmietanka i silne ręce albo mikser, cukier i pasta waniliowa. I jedno ważne: na samym początku szczypta soli, jak zawsze konieczna, by wyeksponować na podniebieniu słodycz. Wadą szczerej bitej śmietany jest nietrwałość, szybko podchodzi wodą, ale można ją sprawnie ubić w ostatniej chwili. Jeśli weźmiemy np. ćwiartkę, czyli tyle, ile trzeba do truskawek na małą rodzinę, to trwa to dosłownie minutę. Nie ma potrzeby ubijać więcej, chyba że musimy wydać obiad na dwa tysiące osób. O tym, jak Vatel sobie radził z tym wyzwaniem logistycznym, Madame de Sévigné jednak milczy. ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















