Sierpniowa aukcja zakończyła się równie szybko jak poprzednia, pierwsza, w marcu. Odziany w sarong prowadzący trzykrotnie potrząsnął niewielkim dzwonkiem i donośnym głosem ogłosił, że sprzedaje się piętrowy dom w kolonialnym stylu, doskonale położony, w samym sercu miasta, w najlepszej dzielnicy nad jeziorem Inya. „Cena wywoławcza – 315 miliardów kjatów! – zawołał. – Kto da więcej?!”
AAAtrakcyjną nieruchomość sprzedam
Kjat to birmańska waluta, a 315 miliardów kjatów to grubo ponad 100 milionów dolarów. Za taką sumę kazał przed trzema laty wystawić na sprzedaż dom nad jeziorem birmański Sąd Najwyższy, a pieniądze ze sprzedaży sprawiedliwie podzielić między jego właścicieli.
„Kto da więcej po raz pierwszy? Po raz drugi? Po raz trzeci? Nikt się nie zgłasza?” – zapytał po dłuższej chwili prowadzący aukcję. Ale niewielki tłumek zebrany przed bramą wystawionego na sprzedaż domu odpowiedział mu milczeniem. Nic dziwnego. Byli to wyłącznie dziennikarze, urzędnicy i policjanci, pilnujący, by nikt i nic nie zakłóciło aukcji. Nie widząc żadnych chętnych do kupna, prowadzący zadzwonił jeszcze raz na znak, że nieruchomości znów nie udało się sprzedać.
Dom nad jeziorem
Wystawiona sądownie na sprzedaż nieruchomość to dom najsławniejszy zapewne w Birmie, rodzinny dom Aung San Suu Kyi, ludowej bohaterki, pokojowej noblistki i przywódczyni państwa, odsuniętej ponad trzy lata temu od władzy wskutek wojskowego zamachu stanu.
Piętrowy dom w kolonialnym stylu, stojący na prawie hektarowej parceli nad sztucznym, stworzonym przez Anglików w czasach kolonii jeziorem, przy ulicy Uniwersyteckiej 54-56 został podarowany matce Suu przez birmańskie władze w uznaniu zasług jej męża. Ojciec Suu, generał Aung San, był przywódcą ruchu wyzwoleńczego, który wywalczył dla Birmy niepodległość. W przeddzień niepodległości został jednak zabity w niewyjaśnionej do dziś strzelaninie, do jakiej doszło podczas posiedzenia rządu, któremu przewodniczył. Suu Kyi miała wtedy dwa lata.
W domu nad jeziorem spędziła dzieciństwo, ale młodzieńcze lata zeszły jej na obczyźnie – w Indiach, gdzie jej matka, Khin Kyi, kierowała birmańską ambasadą, a potem w Wielkiej Brytanii, na studiach w Oxfordzie i Nowym Jorku, gdzie pracowała w ONZ, gdy jej rodak U Thant sprawował funkcję sekretarza generalnego. Dorosłe życie miała spędzić w Wielkiej Brytanii, gdzie osiadła z poznanym w Oxfordzie mężem, Anglikiem.
Do Birmy i rodzinnego domu nad jeziorem wróciła dopiero w 1988 roku, żeby zająć się matką, która doznała wylewu i wkrótce zmarła. Suu przyjechała jednak do Birmy w sam środek rewolucji. Wojskowy dyktator Ne Win, panujący od puczu z 1962 roku, ustąpił z urzędu, a zachęceni wieściami o rychłym zmierzchu komunistycznych dyktatur we wschodniej Europie ranguńscy studenci, urzędnicy, robotnicy, a nawet buddyjscy mnisi wyszli na ulicę, by żądać zaprowadzenia demokratycznych porządków. Na wieść, że do Rangunu zjechała Aung San Suu Kyi, buntownicy, którym brakowało charyzmatycznego przywódcy, przyszli do jej domu nad jeziorem prosić , by jako córka bohatera narodowego stanęła na ich czele.
Dała się porwać polityce, skrzyknęła swoich zwolenników w Narodową Ligę na Rzecz Demokracji i przekonywała, by brali przykład z Mahatmy Gandhiego i siłą biernego oporu zwyciężyli dyktatorów w wojskowych mundurach. Ale wojsko nie zamierzało ustępować. Jednego generała zastąpił następny, uliczne pochody opozycji zostały rozpędzone, zginęło pół tysiąca ludzi, buntownicy zostali powtrącani do więzień, a Aung San Suu Kyi osadzona w areszcie domowym. Sądząc, że wystarczająco zastraszyli rodaków, generałowie rozpisali wybory. Ale wygrali je zwolennicy Aung San Suu Kyi, zdobywając ponad trzy czwarte głosów. Tego generałom było już za wiele. Unieważnili elekcję i odtąd rządzili, nie dbając o pozory. Uwięziona we własnym domu Suu Kyi stała się jednym z najgłośniejszych dysydentów współczesności.
W areszcie w rodzinnym domu upłynęło jej prawie 20 lat życia, a niezłomność i wytrwałość w sprzeciwie wobec tyranii uczyniły ją najsławniejszą po Nelsonie Mandeli więzioną bojowniczką o sprawiedliwość w XX stuleciu. W 1991 roku przyznano jej Pokojową Nagrodę Nobla. Jej dom-więzienie nad jeziorem stał się symboliczną twierdzą wolnościowego ruchu oporu i celem pielgrzymek polityków i działaczy praw człowieka z całego świata.
Zniewolona na wolności
Generałowie w końcu jednak ustąpili. Biorąc przykład z komunistów z Europy Środkowej i Wschodniej, zmienili partyjne szyldy, przemalowali stare sztandary na nowe barwy i zażądali, by ich odtąd nazywać demokratami. Zanim zaś zgodzili się urządzić wolne wybory, dobijając targu z prawdziwymi demokratami z opozycji, zastrzegli sobie takie zapisy w konstytucji, żeby gwarantowały im bezpieczeństwo i wpływ na sprawy państwa. Wpisali do konstytucji m.in., że przywódcą państwa nie może być cudzoziemiec ani nikt z cudzoziemcem spowinowacony. A kiedy zamknęli już Suu drogę do najwyższych urzędów, uwolnili ją z aresztu i pozwolili wziąć udział w wyborach.
Została posłanką, a jej partia bezkonkurencyjnie wygrała wybory, ale dopiero w 2016 roku została szefową birmańskiego rządu, obejmując specjalnie dla niej utworzone stanowisko Radcy Państwa. Uwikłana w gabinetowe intrygi i polityczne kompromisy z wciąż wszechwładnymi generałami, straciła wiele z szacunku i podziwu, jakimi otaczał ją świat. Zarzucano jej, że sprzeniewierzyła się własnym ideałom i ideałom noblowskim, zachowując bierność wobec prześladowań muzułmańskich Rohingów, których wyznający buddyzm (90 proc. 50-milionowej ludności) Birmańczycy uznali za przybłędów z sąsiedniego Bangladeszu.
Jako faktyczna przywódczyni państwa wyprowadziła się z domu na jeziorem w Rangunie i przeniosła do nowiutkiej, zbudowanej od zera stolicy Naypyidaw. Tam również, w nowym domu, w nowej stolicy została znów osadzona w więzieniu, a w tym roku w areszcie domowym, gdy w lutym 2021 roku wojsko dokonało nowego puczu i przejęło władzę w kraju.
Spór o ojcowiznę
Dopiero gdy generałowie odebrali władzę i wolność Aung San Suu Kyi, birmański sąd rozstrzygnął na jej niekorzyść spór o rodzinny dom, jaki od lat toczy ze starszym bratem, jedynym, jaki jej pozostał. Drugi z braci, Aung San Lin, ukochany towarzysz dziecięcych zabaw, utopił się w basenie, gdy miała osiem lat. Z najstarszym bratem Aung San Oo jako najmłodsza z rodzeństwa Suu nigdy nie była blisko, a jako dorośli stali się wręcz wrogami. Kiedy generałowie uwięzili ją w rodzinnym domu, zazdrosny brat Oo zabiegał o względy wojskowych, starał się zaszkodzić jak najbardziej siostrze, pomniejszyć ją w oczach zapatrzonych w nią jak w święty obraz rodaków i odebrać jej choć część duchowego spadku po ojcu-bohaterze narodowym.
Aung San Oo, liczący dziś już 81 lat inżynier, mieszkający od ponad pół wieku w Stanach Zjednoczonych, już w 2000 roku, gdy Suu Kyi była jeszcze osadzona w areszcie domowym, wystąpił do sądu z żądaniem podziału rodzinnego majątku. Nie zamierzał przeprowadzać się do Rangunu, więc domagał się, by sąd nakazał siostrze sprzedaż domu i podział z nim po równo pieniędzmi.
W 2012 roku sąd ograniczył się zaledwie do orzeczenia, że jako siostra i brat mają takie same prawo do rodzinnego domu i powinni się nim podzielić. Jeśli zaś nie będą w stanie tego zrobić, powinni wystawić dom na sprzedaż i podzielić się pieniędzmi. Dopiero po zamachu z 2021 roku i ponownym uwięzieniu Suu Sąd Najwyższy przychylił się do apelacji Aung San Oo, nakazał sprzedaż domu i wyznaczył za niego cenę 315 miliardów kjatów, czyli grubo ponad 100 milionów dolarów, a połowa tej sumy ma wpłynąć na konto bankowe brata.
Nie wszystko na sprzedaż
Już po fiasku pierwszej aukcji, na której zjawili się tylko dziennikarze i policjanci, Aung San Oo domagał się, żeby sąd spuścił z ceny domu nad jeziorem. Przekonywał, że opuszczony przez Suu niszczeje i z każdym rokiem jego wartość będzie coraz mniejsza. Twierdził też, że nie jest on żadnym zabytkiem ani narodowym dobrem tylko dlatego, że mieszkała w nim, w dodatku pod przymusem, jego siostra i przerobiła go na pomnik swojej chwały.
Aung San Oo uważany jest w Birmie za wyrodka, niegodziwca i odszczepieńca. Suu zaś wciąż cieszy się wśród rodaków ludową miłością i znów uchodzi za symbol walki z tyranią. Kiedyś Birmańczycy mówili o niej „nasza panienka znad jeziora”, potem nazywali „mateczką Suu”. Dziś nadali 79-letniej (w czerwcu, nie zważając na policyjne rygory, świętowali jej urodziny nawet w Rangunie i Mandalay) Suu Kyi przydomek „róża ze stali”.
Po wojskowym przewrocie została postawiona przed trybunałem i skazana na ponad ćwierć wieku więzienia za wydumane przestępstwa (po puczu do więzień trafiło ponad 20 tys. osób). Nie wiadomo, gdzie odsiaduje wyrok. Nie wiadomo też, gdzie wiosną została przeniesiona z więzienia i umieszczona w areszcie domowym. Wojskowe władze tłumaczyły, że do aresztów domowych przeniosły wszystkich leciwych więźniów z powodu upałów, które mogłyby zagrozić ich zdrowiu. Kim Aris, mieszkający w Londynie młodszy syn Suu, twierdził jednak, że zamachowcy przenieśli jego matkę nie z troski o jej zdrowie, lecz żeby wykorzystać ją jako „żywą tarczę”, i osadzili w którymś z garnizonów najbardziej zagrożonych przez zbrojnych powstańców.
Bunt przeciwko wojskowej dyktaturze wybuchł pół roku po puczu, a podnieśli go partyzanci z mniejszości narodowych, Szanowie (9 proc. ludności), Karenowie (7 proc. ludności), Arakanowie (4 proc. ludności), Czinowie (1 proc. ludności) z północy, zachodu i wschodu kraju. Jesienią powstanie przerodziło się w wojnę domową, a partyzanckie armie skrzyknęły się w wojenny Sojusz Trzech Bractw (przystąpili do niego także zwolennicy Suu, którzy wyrzekli się tak zalecanego przez nią niestosowania przemocy i założyli własne partyzanckie wojsko, Ludowe Siły Obrony) i zajęły znaczną część prowincji na pograniczu z Chinami, Indiami i Bangladeszem. Nie pokonały jednak birmańskiego wojska, nie obaliły junty, a wojenne zwycięstwa opłaciły wielkimi stratami.
Powstańców łączy wspólny wróg, dzielą zaś odrębne cele. Każda z plemiennych partyzantek walczy przede wszystkim o własne interesy, a wszystkie różnią się w poglądach na przyszłość Birmy z Rządem Jedności Narodowej, powołanym na wygnaniu przez zwolenników Suu. Partyzanci plemienni chcą, by przyszła Birma była konfederacją, zwolennicy Suu Kyi opowiadają się za spójnym państwem. Sprzymierzeni zgodnie uważają Suu Kyi za swój sztandar i zgodnie domagają się jej uwolnienia.
Rząd na wygnaniu zapowiada, że kiedy prędzej czy później przejmie władzę w Birmie, natychmiast unieważni akt sprzedaży jej rodzinnego domu nad jeziorem. „To nie jest zwyczajny dom, ani nieruchomość, lecz uosobienie nadziei i walki naszego ludu o wolność – orzekli już przed rokiem wygnańcy. – To skarb birmańskiego dziedzictwa, którego nie wolno zniszczyć, ani sprzedać”.
Ta deklaracja, a także wyznaczona przez sąd cena nieruchomości skutecznie odstraszają potencjalnych kupców. „Ten kto ośmieliłby się kupić ten dom nad jeziorem, zostałby natychmiast okrzyknięty przez Birmańczyków najgorszym zdrajcą i stałby się celem zamachowców – orzekł Phil Robertson z organizacji praw człowieka Human Rights Watch. – Ten dom to inwestycja niezwykle wysokiego ryzyka”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















