Reklama

Biedak drugiej kategorii

Biedak drugiej kategorii

01.09.2016
Czyta się kilka minut
Ks. Marek Gancarczyk "GN": "W pierwszej kolejności trzeba zapełnić brak Boga a dopiero potem myśleć o ubraniu czy jedzeniu". Błażej Strzelczyk: "To niewolnictwo, a nie pomaganie".
W

W nowym numerze„Gościa Niedzielnego” jego redaktor naczelny ks. Marek Gancarczyk tak pisze o Matce Teresie z Kalkuty:

„Od czasu do czasu mam okazję przyglądać się pracy sióstr kalkucianek. Najczęściej trafiają do nich osoby, którymi już nikt nie chce się zająć. Różni życiowi rozbitkowie. Siostry ich nakarmią, umyją, podleczą, jak trzeba – przenocują i dadzą czyste ubranie. Ale przede wszystkim zaprowadzą do kościoła, przygotują do spowiedzi, nauczą odmawiać Różaniec czy Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Dlatego najpierw w niedzielę jest Msza św., a dopiero potem obiad. Matka Teresa nigdy nie miała wątpliwości, że w najtragiczniejszym położeniu znajduje się człowiek, który z różnych powodów nie zna Boga, porzucił Go, czy też żyje tak, jakby Boga nie było. I ten brak w pierwszej kolejności trzeba zapełnić a dopiero potem myśleć o ubraniu czy jedzeniu. Albo przynajmniej te dwie biedy próbować zaspokoić równocześnie”.

Kilka miesięcy temu spotkałem się z pewnym księdzem działającym charytatywnie. Opowiadał mi o swojej pracy. Mówił: „I my tych biedaków to zgarniamy, jeść im dajemy, i do kościoła. I mówimy im, żeby się modlili. I następnym razem, jak chcą jeść, to najpierw ich na mszę prowadzę. I tak tu, proszę ja ciebie, ewangelizuję ulicę. I statystyki mi tak urosły, że ho, ho”.

Starałem się mu wytłumaczyć, że interesowne podejście do ludzi wykluczonych, poza tym, że nie przynosi żadnego rezultatu, jest też ich odczłowieczaniem, odbieraniem im godności, w jakimś sensie niewolnictwem – uwiązaniem w formie.

Opublikowałem treść tej rozmowy na Facebooku. Wywiązała się dyskusja. „Jeśli kościół dobrze ogrzewany i miękkie, wygodne ławki, to chłopaki to zniosą – napisała s. Małgorzata Chmielewska. – Przynajmniej się prześpią w cieple niewygnani z Domu Bożego, jak to bywa. A na serio: Pogarda dla ubogiego, który jest narzędziem do podnoszenia statystyk i pewnie awansu: aż mi się wierzyć nie chce, że to prawda”.

W przypadku tekstu ks. Gancarczyka najsmutniejsze jest to, że swoje irracjonalne tezy usprawiedliwia on autorytetem Matki Teresy. Trudno sądzić, by ona sama, pracując w Indiach, spotykając głodnych Hindusów, ciągnęła ich najpierw do katolickiego kościoła i pokazywała im tam Boga.

Mówiła coś innego. Na przykład: „Nigdy nie mieszałam się do tego, co powinny albo nie powinny robić rządy. Zamiast marnować czas na takie kwestie, mówię: >>Pozwólcie mi zrobić coś teraz. Jutra może w ogóle nie być – do jutra nasi ludzie mogą umrzeć. Dziś potrzebują kromki chleba i szklanki herbaty; dam im to dzisiaj.<< Ludzie czasem nas krytykują i pytają: >>Dlaczego zawsze dajecie im ryby zamiast wędki?<<. Odpowiadam im: >>Nasi ludzie ledwo trzymają się na nogach z głodu i choroby, więc tym bardziej nie utrzymaliby w ręku wędki, żeby złowić rybę<<”.

W „Gościu Niedzielnym” ks. Gancarczyk wprowadza równowagę między głodem fizycznym a odrzuceniem w życiu Boga. Więcej nawet: śmiało pisze, że w pierwszej kolejności należy wypełnić brak Boga, a dopiero później myśleć o ubraniu czy jedzeniu.

Być może pisze to z pozycji Zachodu – w kontekście którego Franciszek mówił w Krakowie o „kulturze odrzucenia”. Nie wiem czy ks. Gancarczyk wie, czym jest głód. Ja nie wiem. Mam nadzieję, że obaj nigdy się tego nie dowiemy, nie przeżyjemy na własnej skórze. Ale widziałem ludzi, którzy nie jedli od kilku dni. Głód paraliżuje. Powoduje, że odchodzi się od zmysłów. Artur Domosławski pisze w „Wykluczonych”: „Biedni – ci naprawdę biedni w slumsach Południa walcząc o przeżycie każdego dnia, ci, którym odmawia się prawda do życia na własnym kawałku ziemi, których się gwałci i okrada (…) – nie są wcieleniem cnót i aniołami. Nędza i poniżenie odbierają im niekiedy szacunek do samych siebie i innych. Czasem nie znają innego języka współżycia niż przemoc. Zwracają światu to, co od niego dostali. Wykluczonymi targają namiętności, z którymi my, z lepszej strony życia, wcale nie chcemy wchodzić w interakcje. Spotkanie z nimi nie musi być pełną wzajemnego zrozumienia rozmową o trudnym życiu na dnie. Bywa, że w ruch idzie pięść, nóż, pistolet”.

Kilka miesięcy temu ks. Gancarczyk pisał o przyjmowaniu uchodźców: „Biedni nie powinni wymuszać pomocy siłą, a tak się dzieje, gdy na przykład nielegalne forsują taką czy inną granicę. Mamy tu do czynienia z pytaniem, czy biedny ma prawo kopać w drzwi bogatego, gdy ten nie chce ich otworzyć?”.

Otóż kopią w te drzwi właśnie dlatego, że bieda, z którą się zderzyli, ich sparaliżowała. Że na granicy z cywilizowaną Europą zostali odarci z godności. Wielu uznało ich za podludzi, których – w imię obrony „chrześcijańskiej cywilizacji” – można traktować gorzej. Można zaryglować przed nimi drzwi, bo czegoś się domagają, mają inny kolor skóry, są w podróży.

Wszyscy musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, które w wywiadzie z Krzysztofem Umińskim dla "Dwutygodnika" stawia algierski pisarz Kamel Daoud: „Trzeba zdefiniować na nowo fundamenty swojego człowieczeństwa. Dziś nie jest nam potrzebny europejski czy zachodni humanizm, tylko uniwersalny. Odnoszę wrażenie, że zachodni humanizm się zaciął. Jak postrzegać innego? Czy to zwierzę, czy człowiek? Identycznie pytanie zadawał sobie Robinson na temat Piętaszka. Jesteśmy w tej samej sytuacji: jak zdefiniować uchodźcę? Jeśli to zwierzę – trzeba je odgrodzić i zabić. Jeśli człowiek – przesunąć się i zrobić trochę miejsca”.

W tym sensie, sposób, w jaki myśli ks. Gancarczyk, skłania do tego, aby uważać uchodźców i biedaków za ludzi drugiej kategorii. Musimy im „nadać” człowieczeństwo – przez zaprowadzenie ich do Kościoła. Dopiero, gdy staną się ludźmi – takimi jak my – możemy ich ubrać i nakarmić.

Biskup Krzysztof Zadarko, delegat Komisji Episkopatu Polski ds. Imigrantów, zburzył nasz święty spokój mówiąc, że „dziś Chrystus ma twarz uchodźcy”. Wierzymy z całą mocą, że Bóg w jakimś sensie wybrał biednych. Wywyższył ich. Wierzymy, że Chrystus cierpi w nędzarzach, ludziach wykluczonych, głodnych, nagich, więźniach. Jeśli w nich jest Chrystus, to czy naprawdę my, zdrowi, czyści i najedzeni, musimy ich nawracać? Czy to my mamy ich prowadzić do Kościoła?

Każda rozmowa z biedakiem, którego spotykam na ulicy, udowadnia mi, że to działa w inną stronę. Że to ja czuję się nawracany. Że rozmowa z nim wytrąca mnie z równowagi, budzi gniew i złość. Prowadzi mnie do Boga. Spotykam Biedaka, w którym jest Chrystus. To on mnie nawraca. Każe mi się zatrzymać. Porozmawiać.

Swój tekst redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego” zatytułował „Priorytety”. Ale jest inne, ważniejsze w tej kwestii słowo – „bezinteresowność”. Polega ona nie tylko na tym, że nie spodziewamy się nagrody za to, że karmimy głodnych. Bezinteresowność polega przede wszystkim na tym, że nie programujemy ludzi, którym pomagamy. To zwalnia nas z myślenia o zbawianiu całego świata. Pomagamy, dajemy biedakowi pieniądze, idziemy coś zjeść – a co się później stanie, to już przyszłość.

Nie mówimy: „Dam ci, ale teraz masz żyć jak ja, lubić tych, których lubię ja – i w ogóle, to masz całować mnie za to po rękach”.

To niewolnictwo, a nie pomaganie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Obrazek użytkownika przyjaciel

Bieda to straszna rzecz, która spotyka ludzi. Bidnym Kościół powinien pomagać. Ewangelizować ich potem. Nie na odwrót. Ludzie, którzy potrzebują pomocy potrzebują pomocy a nie Boga i klepania regułek do powietrza. Czasami mi się wydaje, że kościół zachowuje się jak sekta. My ci pomożemy pod warunkiem, że dasz nam się omamić. Pomożemy ci na naszych warunkach. Może tych biednych ludzi zacznie Kościół jeszcze tresować jak psy nagradzać przy tresurze. Dobro zawsze wraca. I do kościoła wróci, prędzej czy później. Biedotę łatwo tresować. Ci ludzie potrzebują pomocy a nie złudzeń. Klepanie regułek do powierza ich problemów nie rozwiąże. Tych ludzi należy nauczyć działać i walczyć o lepsze jutro i się nie poddawać a nie łudzić tych ludzi że modlitwy kierowane do chochołów rozwiążą ich problemy. Kościół pierze ludziom głowy. Daje ludziom i sprzedaje złudzenie, że istota której służą jest Bogiem, który ich kocha i chce im pomóc. Gdyby chciał im pomóc aż tak bardzo to by to zrobił. Dla chcącego nic trudnego. Biedni ludzie nie potrzebują złudzeń tylko pomocy. Znajomość ewangelii nie nauczy tych ludzi stanąć na nogi. Muszą się znaleźć ludzi, którzy będą chcieli tym ludziom pomóc. Ci ludzie pokrzywdzeni przez los nie potrzebują bajeczek, bo znajomość tych bredni im w życiu nie pomoże.

...w konsekwentnym dokopywaniu katolskim tradsom...

Czyli recepta na jak najlepsze wyniki: "owieczki" wpierw ograbić, a potem dać jeść pod warunkiem tzw. "nawrócenia", coś wątpię, czy taki model przyświecał matce Teresie, gdyby tak było hindusi nie pochowali by ją z tak wielkimi honorami. Skoro religijni konkurenci chrześcijaństwa jak hindusi czy islamski premier Pakistanu ją honorują, to tezy, że tak niegodnie "przekonywała" do katolicyzmu wydają się być wyssane z palca.

Pięknie Pan napisał. Tego powinni uczyć w szkole - co to jest niezbywalna godność człowieka. My, ludzie Zachodu, obojętnie - wierzący czy nie, mamy coraz większą trudność w dostrzeganiu tej godności, człowieczeństwa w istocie w swej nędzy już tak odczłowieczonej i odpychającej, że budzi w nas przede wszystkim lęk. Wychowani w kulcie pięknych i młodych, uciekamy przed ludzkim wrakiem, bo się go po prostu boimy. Nie tylko brzydzimy się, ale po prostu boimy. Dlatego potrzebujemy takiej terapii, jaką jest pomaganie tym rozbitkom, co jednak wymaga pokonywania swoich własnych lęków. Tak rozumiem Pana zdanie: "To on mnie nawraca". Jeszcze raz dziękuję i proszę się nie przejmować, gdy ktoś dopatruje się nieczystych intencji w Pana pracy.

Jak dla wielu na tym świecie MT była i dla mnie po prostu mocno psychopatyczną fanatyczką religijną o skłonnościach sadystycznych. Ja wiem, że TP, w takim dniu, nie wypada itede - ale pamiętam jak dziś: "Prawda was wyzwoli". To, co pisze ten gościu z Gościa jedynie utwierdza mnie w powyższym przekonaniu.

Myślę, że opinia mocno przesadzona i niesprawiedliwa. Fakt, że ze względu na długoletnią pracę w pewnej korporacji MT miała wypatrzony i nierzeczywisty pogląd na wiele zagadnień, ale to na tyle, z tym sadyzmem czy psychopatią to już gigantyczna przesada. Warunki były jakie były, nad finansami kobieta zapewne w ogóle nie panowała (zapewne ktoś z korporacji robił to za nią) no i słabsze dni i frustracja czasem musiały się pojawiać, a złe języki jak to złe języki, wolą gorsze chwile i wypowiedzi wypominać niż całokształt wspomnieć. A wiara w rzetelność wypowiedzi etatowego funkcjonariusza korporacji jest już mega argumentem w tej kwestii ;p Opinie konkurentów korporacji z tamtego rynku wydają się być tu sensowniejsze, bo że konkurenci z innych rynków ją krytykują to wynika z uderzenia w ogólny wizerunek korporacji. Tamtejsza konkurencja woli się nawet nie ośmieszać personalną krytyką, bo ludzie tam zapewne jeszcze pamiętają jak było, a kto wie może i własny honor też mają? i bardziej niż my potrafią poza interes własnych korporacji wyjrzeć?

Opieram swe sądy na licznych i nie tylko hagiograficznych relacjach o życiu i działalności MT, także na jej prywatnych zapiskach. Zostanę przy sadyzmie - dla mnie taki osobnik wcale nie musi mieć wyglądu wampira i ślinić się na widok krwi. Upieranie się przy określaniu cierpienia jako elementu Bożej łaski itepe, a potem wcielanie w życie takich poglądów przez zaniechanie jakichkolwiek działań mogących to cierpienie minimalizować, jest moim zdaniem wystarczającym uzasadnieniem. A takich relacji na temat MT jest wiele. Nic to, że taka postawa nie jest rzadkością wśród funkcjonariuszy krk (vide gościu z Gościa). Usprawiedliwianie MT, iż jakoby 'nie znała się na finansach' jest naiwnością. Ona potrafiła i gromadzić, i wydawać miliony - i wydawała, tylko nie na walkę z bólem czy leczenie biedaków. Jej poglądy zaś na temat antykoncepcji były tak absurdalnie fanatyczne, że odechciewa się jakiegokolwiek komentarza. Ci, którzy pamiętają i szanują wspomnienie MT pochylającej się nad umierającymi na ulicach Kalkuty, zapewne nic nie wiedzieli o kulisach i ideologicznych motywach jej działań i jej zaniechań. Ani o zebranych przez nią na cele tych biedaków i skrzętnie schowanych milionach dolarów. +++ Moja Mama miała ten katolicki zaszczyt umierać bardzo długo i w niesłychanym cierpieniu. Po tym doświadczeniu już bez wahania życzę przy nadarzającej się okazji wszystkim natchnionym obrońcom życia i przeciwnikom dobrowolnej eutanazji cierpień po stokroć większych i stokroć dłuższych nim pojednają się z Panem. Ta opowiastka też jest na temat MT.

Dobry i celny artykuł. Gratuluję. Niestety mówi on tylko o pewnej części tych, którzy walą w te drzwi. Tych najbiedniejszych, najbardziej upośledzonych. Tymczasem u drzwi są też inni, mniej biedni i mniej upośledzeni. Nie wspominając o tych, którzy mają niecne zamiary już od samego początku tego walenia. Jak z tego wybrnąć? - nie wiem.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]