Reklama

O. Jan Góra. Duszpasterz

O. Jan Góra. Duszpasterz

22.12.2015
Czyta się kilka minut
"Jego śmierć zamknęła pewną epokę nie tylko w moim życiu".
O. Jan Góra OP podczas uroczystości nadania urzędowej nazwy "Pola Lednickie" terenom wokół Bramy III Tysiaclecia nad brzegami jeziora Lednica. 05.01.2013 r./ Fot. Pawel Jaskolka/REPORTER/EASTNEWS
B

Bez Ojca Jana Góry OP nie byłoby mnie w Kościele. Kiedy po raz pierwszy pojechałam na Jamną k. Paleśnicy we wrześniu 1992 roku, Dom św. Jacka dopiero powstawał. Od dobrych kilku lat nie chodziłam do kościoła, bo „skoro mam chodzić tylko dlatego, że wszyscy chodzą” to bez sensu. W dodatku ci „wszyscy” jawili mi się jako ludzie nudni, pełni kompleksów, zgorzkniali, strachliwi, posłuszni. Nie pasowałam. I ciągle sprawiałam kłopoty. Do dziś pamiętam reakcję księdza, który wyśmiał na lekcji religii (wtedy jeszcze w salce parafialnej) moje pytanie o teorię ewolucji Darwina w kontekście stworzenia Adama i Ewy. Uznałam, że to nie fair. Zakaz zadawania prostych pytań zmusił mnie do… stawiania pytań coraz bardziej odważnych. Bezczelnych. O istnienie Boga. A przede wszystkim do szukania odpowiedzi na własną rękę.

Zaczęłam studia na socjologii UJ i wtedy starsza siostra zabrała mnie ze sobą na Jamną. Była zachwycona Ojcem Janem, którego znała z Hermanic. Odpowiedzialna lekarz chirurg, miała w planach wstąpienie do zakonu. Musiała być bardzo przekonująca, bo pojechałam z ciekawości. Skuszona perspektywą tygodnia w górach, poznania duszpasterza – artysty i ludzi, których tam przyciągał. Tak zaczęła się przygoda, która trwa nadal, choć Ojca Jana już nie ma. Jego śmierć zamknęła pewną epokę nie tylko w moim życiu, ale i przyjaciół z Jamnej. Trudno uwierzyć, ilu ludzi – kilka pokoleń - płacze po stracie człowieka, którego kochali jak ojca, choć tyle razy się z nim spierali. Narzekali na jego trudny charakter, uciekali i wracali. Rugał nas, wymagał, rozstawiał po kątach. Ale zawsze mówił: kocham. I my też ogromnie go kochaliśmy, takiego, jakim był. Nikogo nie udawał, co dawało ten komfort, że i my nie musieliśmy zgrywać ideałów. Trudności rekompensowała radość tworzenia, wspólnego budowania domu, gospodarstwa, kościoła od podstaw. Wyzwalał wielką wiarę przede wszystkim w siebie. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Z jednego powodu – bo wiedział, że Bóg wszystko może. Jest Panem świata, nie tylko tamtego. Od śmierci św. Jana Pawła II polski Kościół ma z tym problem, jakby nie ufał, że Duch Święty zstąpi, jak zechce, na zwykłych grzeszników.

To na Jamnej z „Pogaństwa”, bo tak mnie nazywał Ojciec Jan, zostałam „Matką Boską” – grając główną rolę (dwa razy z rzędu!) w przepięknych Misteriach o Wniebowzięciu NMP autorstwa Jacka Kowalskiego. Przedstawienie plenerowe to wielkie wyzwanie i jamneńska tradycja. Robi się je w 2-3 dni. Zawsze 15 sierpnia, bierze w nim udział kilkadziesiąt osób. Ludzie z całej Polski zjeżdżają na Jamną na święto, ale na ostatnią chwilę. Aktorów kompletuje się z tych, którzy przyjadą, więc wcześniej i tak nie ma z kim robić prób. Raz misteria wyreżyserowałam, czym chyba wreszcie przekonałam ojca do mojego nawrócenia… To było największe szaleństwo, jakie popełniłam w życiu. Wcześniej wszyscy, ze mną włącznie, okropnie się bali, że bez Jacka nie damy sobie rady. Był autorem scenariusza, kompozytorem, grał św. Piotra, „robił za suflera” na scenie, kiedy ktoś zapomniał. Człowiek orkiestra. Na co dzień profesor historii sztuki UAM w Poznaniu, mediewista i znany bard. Duży mężczyzna z brodą. Podjęłam się za sprawą przypadku, nie pierwszy raz. Zaufałam, że ktoś wyżej czuwa, jest nadzieja. I wyszło. Dlatego, że nagle wszyscy wzięli się do pracy, żebym z tym nie była sama. Ela zagoniła chłopaków do malowania nowych skrzydeł dla aniołów, Pająk zrobiła próby scholi, Syki, młody „Żarówa” z tatą i Wojtkiem Borną (poważni ojcowie i ludzie biznesu) zorganizowali scenę napadu zbójców na orszak żałobny, profanujący ciało Maryi złożone na marach. Po latach wersji „dzikusów z maczugami” atrakcją spektaklu okazał się właśnie napad mafii. Samochody z włączonymi kogutami na dachach wpadające na łąkę, faceci w skórzanych kurtkach, z petami w zębach, wyskakujący z wrzaskiem tak zaskoczyli aktorów, że nie musieli grać strachu. Jestem dumna, że inscenizacja socjologa przebiła się przez tradycyjną wizję mediewisty. Po tym doświadczeniu wiem – mogę wszystko! Nie sama, ale naprawdę mogę.

Wyszło, bo zamiast czekać na cud każdy wziął część odpowiedzialności. Z wyboru, spontanicznie. Tak nas Ojciec wychował. Z ojcem Andrzejem Chlewickim OP, gospodarzem i rektorem miejsca, wymodlili piękną pogodę. Na próbach padało, przyprawiając nas o palpitację serca. O 16.00, kiedy zebrało się kilkuset widzów, w tym profesorowie, kilku konsulów i wiele znakomitości, wyszło słońce. Jak zawsze, kiedy trzeba. Tajemnica Jamnej.

Ojciec Jan zadzwonił do mnie pod koniec czerwca, a potem w sierpniu, żeby zapytać, czy znów się tego podejmę. Nie pojechałam. Opuściliśmy Cię Ojcze ostatnio, ale mam nadzieję, że nam wybaczysz. Mówiłeś, że masz problem z miłosierdziem. Pewnie tak było. Każdy ma, tylko nie każdy umie się do tego przyznać.

Są gotowe stroje, obsadzone role, tylko Ciebie już nie ma. Jak mogłeś nam to zrobić, Ojcze Janie?


Dariusz Kanarek, od ponad  dwudziestu lat związany z Ojcem Janem Górą, domownik Domu św. Jacka na Jamnej, od początku zaangażowany w Spotkania Lednickie:

Spotkanie Ojca Jana Góry było rzeczywistym doświadczeniem promieniowania ojcostwa, o którym zawsze mówił, że zawdzięcza je Janowi Pawłowi II. Tego właśnie uczył mnie na Jamnej. W nieziemskiej szkole wiary pod czujnym okiem Matki Bożej Jamneńskiej. Uczył całkowitego jej zawierzenia. Na Jamnej rodziło się wiele dobra i pomysłów lednickich. Tu Ojciec Jan był dla nas w sposób szczególny Ojcem i nauczycielem wiary. Usynawiał nas. Czuliśmy sie jego dziećmi. Nigdy nas nie zostawiał dla siebie, tylko oddawał Jezusowi i Jego Matce. Jak kiedyś mi napisał: Ona zawsze na Jamnej na mnie czeka. 


CZYTAJ TAKŻE:

Ks. Adam Boniecki wspomina o. Górę: Znów odszedł spośród żywych człowiek potrzebny, wręcz niezastąpiony – ojciec Jan Góra.

To był wulkan energii i pomysłów – tak mówią ludzie, którzy spotkali o. Górę. Mniej osób znało kontemplatywną stronę jego życia.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Kiedy czytam "wymodlili piękną pogodę", od razu mam przed oczami zuluskich szamanów bębniących w transie na spalonej słońcem sawannie. I niech mi nikt nie tłumaczy, że to tylko "taka figura retoryczna". Cała masa ludzi w to wierzy. Kiedy jeden z moich bliskich o mało co nie zginął w katastrofie, słyszałem od znajomych "Bogu dziękuj, że przeżył". Odpowiadałem im, że takiemu Bogu to ja bym co najwyżej ferdkowego kopa zasadził, i że ten swój tekst to powinni mieć odwagę, patrząc im prosto w oczy, powtórzyć rodzinom tych, co w tej katastrofie zginęli. Co nie zmienia faktu, że o. Górę szanowałem za brak typowego dla krzykliwej większości polskiego kleru fanatyzmu, pychy i arogancji. Oraz tego, że nawet z nim w tym kościele czułem się jak w starym dowcipie o samolocie - niby fajnie, tylko rzygać się chce.

na taki szamanizm zaklinania rzeczywistości-też. A jeszcze bardziej na wszelkie "katolickie głosy", w których jest hejt w imię "obrażonego Boga". To wszystko naturalizm i pogańskie przedproże chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo zaczyna się od tego momentu, gdy z przekonaniem(i ufnością) powtarzamy: bądź wola Twoja-pomimo, że tego "ty" nie ogarniamy. W tym pozytywnym nastawieniu do tego, co nieogarnięte, mnie osobiście(a i pewnie wielu innym) pomaga "O niepojęta Trójco"-dominikański śpiewnik liturgiczny. Właśnie poprzez liturgię-celebrowaną z namaszczeniem w dobrej oprawie muzycznej-dominikanie pragną trafić do drugich z przekazem Boga Nieogarnionego, ale bliskiemu każdemu człowiekowi. Bo wszelki dyskurs teologiczny, to tylko "sterta wymłóconej słomy"-jeżeli nie ma pragnienia miłości i szukania jej, właśnie pomiedzy ludźmi. Dominikanie szukają Boga pośród ludzi, a z tego co mi wiadomo, o. Jan Góra był szczególnie w taki sposób zaangażowany.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]