Reklama

Pogrzeb niebanalny

Pogrzeb niebanalny

02.01.2016
Czyta się kilka minut
Pożegnanie zmarłego 21 grudnia o. Jana Góry, twórcy corocznego Spotkania Młodych Lednica 2000, miało charakter triduum. Dominikanin spoczął na Polach Lednickich – tam, gdzie naprawdę chciał.
Ceremonia pogrzebowa Ojca Jana Góry. Pola Lednickie, 30.12.2015 r. / Fot. Jakub Walczak/REPORTER/EASTNEWS
O

Ojciec Jan Góra OP zmarł nagle, w trakcie przygotowań do obchodów 1050 rocznicy chrztu Polski na Polach Lednickich. W latach 2013-1015 zrealizował triduum „W imię Ojca”, „W imię Syna” i „W imię Ducha Świętego”. Hasłem tegorocznej Lednicy jest finalne „Amen”. Jego symboliczna śmierć poruszyła współbraci, z generałem zakonu włącznie. Bruno Cadore OP w liście skierowanym do prowincjała polskich dominikanów, o. Pawła Kozackiego, odczytanym w czasie mszy pogrzebowej, napisał: „Wiele z okoliczności, w jakich Pan powołał do wieczności o. Jana przemawia do mnie mocno: dobiegał końca czas adwentu, o. Jan nie dokończył rozpoczętej Eucharystii i stało się to w wigilię rocznicy zatwierdzenia naszego Zakonu.” Wieczór 21 grudnia rozpoczął triduum oczekiwania na wigilię. Przedsionek Bożego Narodzenia. Rodzinnego święta, które okazało się smutne dla członków rodzin Ojca Jana – naturalnej, zakorzenionej w więzach krwi i dwóch z wyboru. Zakonnej oraz świeckiej. 

Nocne czuwanie

Pożegnanie Ojca Góry również miało charakter triduum. Rozpoczęło się 29 grudnia o godz. 20.00 czuwaniem przy trumnie w kościele dominikanów w Poznaniu. Przed ołtarzem stała zamknięta trumna, obok zdjęcie ś.p. o. Jana. Po obu stronach harcerze pełnili honorową wartę. Zmieniali się co kilkadziesiąt minut, w pewnym momencie ustępując miejsca przedstawicielom Ruchu Lednickiego. Czterech mężczyzn w średnim wieku w białych koszulkach z napisem Lednica 2000 ostatni raz stanęło u boku artysty i wizjonera, w którego dzieła byli zaangażowani przez lata. Spokój, powaga. Ogromny smutek. Czasem ktoś zapłakał, ale cicho, widać było tylko ocieranie łez chusteczką.

Księga kondolencyjna zapełniała się wpisami. Modlitwę najpierw poprowadził zespół „Siewcy Lednicy”. Ojciec Góra, autor m. in. tekstu pieśni – hymnu Światowych Dni Młodzieży z Częstochowy (1991), stworzył swoistą subkulturę ewangelizacyjną, której ważnym elementem jest muzyka, śpiew i taniec. „Siewcy” z własnymi utworami – odmiennymi od sztampowej pobożności – są jednym z jej kluczowych elementów. Wszyscy wiedzieli, że u Góry musi być niebanalnie.

W pewnej chwili do mikrofonu podchodzi dziewczyna. Mówi: „Bardzo cię kochamy Ojcze Janie”, po czym czyta fragment „Marzenie” z książki „Święty i Błazen” autorstwa Jana Grzegorczyka i o. Jana Góry.

Słowa zmarłego zabrzmiały nieziemsko w tym kontekście: „Marzę o tej jedynej mszy, która pojedna wszystkie przeciwności. Która odmieni nas na wieczność. Bo nieraz z przerażeniem odkrywam, że stoimy przy ołtarzu i jest nam daleko do siebie. […] Marzę więc o tej mszy nad mszami, kiedy to staniemy do niej wszyscy z bliska i z daleka i przekażemy sobie znak pokoju. A potem z jednego stołu i z jednego kielicha będziemy pożywać Miłość Chrystusa. Marzę, że kiedyś mój stryj, ksiądz proboszcz z Paleśnicy, który nie doczekał moich święceń i prymicji, stanie obok Świętego Papieża, i Gierałt stanie, i biskup Życiński, i wszyscy ci, którzy mi dokuczali i utrudniali. Będą także moi wychowankowie kapłani: Wojtek i Paweł, także Tomasz, choć ogromnie zajęty, przyjedzie i wszyscy spotkani księża. Wspólnie będziemy szli Drogą III Tysiąclecia na Polach Lednickich, aby odprawić eucharystię, tę jedyną.” itd. Zapytałam Agnieszkę Chrostowską wokalistkę „Siewców” i wychowankę o. Góry, dlaczego wybrali na czuwanie ten fragment?

„To bardzo proste. – mówi. „W ostatnim rozdziale ostatniej książki, jaka powstała o Ojcu Janie, zostawił nam rozkazy. Jak swoim żołnierzom. Opisał, jak powinna wyglądać msza jego marzeń. Z imienia i nazwiska wydał dyspozycje. Nie wyobrażamy sobie, że moglibyśmy zrobić to inaczej. Przeczytaliśmy to dlatego, żeby ludzie zrozumieli, co będzie się działo podczas uroczystości. Nie wszystkie rzeczy były konwencjonalne, mogłyby zostać niewłaściwie odczytane. Ojciec marzył o tym, żeby były szaleńcze tańce, śpiewy i radość. Spotkanie ludzi po latach, którzy przyjechali z najdalszych zakątków świata. Msza miała połączyć początek i koniec.” Z jakich zakątków? Odpowiada – „Była ojca wychowanka z Chicago, wychowanek z Bolonii. Zaprzyjaźniony ksiądz przyleciał z Londynu.”

Przez cały czas do trumny podchodzą ludzie, żeby się pożegnać. Klękają pojedynczo, czule dotykając trumnę. Ktoś położył wiązankę białych róż. Kolejka wije się przez kościół. W ostatniej chwili, przed czwartą rano, melduje się prof. Paweł Horodecki, fizyk z Gdańska, od kilkunastu lat związany z o. Górą. Sporo ludzi wytrwało do końca.

Msza u dominikanów

Msza w kościele oo. dominikanów rozpoczęła się 30 grudnia o godz. 10.30. Uczestniczyła w niej rodzina i zaproszeni goście. Pozostali mogli wziąć w niej udział za pośrednictwem telebimów ustawionych m. in. w krużgankach klasztoru. Skorzystał z tego młodszy brat Pawła, Karol Horodecki, doktor nauk matematycznych. Czemu przyjechał w czasie, gdy inni wolą tkwić w ciepełku, szykując się na Sylwestra?

Wyjaśnia: „Odszedł człowiek, który ukazał mi piękno i bogactwo wiary. Będąc w Hermanicach, na Jamnej, na Lednicy czerpałem garściami jego entuzjazm wiary i zapał duchowy. Zawdzięczam mu poczucie, że nie jestem sam w wierze. Kiedyś przyjął mnie na niemal osobiste rekolekcje (w kilka osób na Lednicy). Nie zapomnę jego otwartości i silnej osobowości. Wiele dawał, wiele też wymagał. Pełne głębi kazania mówił poetycką prozą. Dobrze słuchało się jego mieszanki wysokiego tonu i konkretów, Boga i spraw przyziemnych. Miałem szczęście, że mogłem być jego słuchaczem i uczestnikiem duchowych wydarzeń.”

Mszy żałobnej przewodniczył abp. Stanisław Gądecki, metropolita poznański i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. Na wstępie uroczystości o. Jan Góra został pośmiertnie uhonorowany Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Przyznał go prezydent Andrzej Duda, a sekretarz stanu w kancelarii prezydenta, minister Andrzej Dera, przekazał na ręce brata ojca Jana, Roman Góry i o. Pawła Kozackiego. Następnie odczytano listy: abpa Angelo Becciu z wyrazami żalu oraz zapewnieniem o modlitwie i błogosławieństwie Papieża Franciszka, Pani Beaty Szydło – Prezesa Rady Ministrów RP, o. Bruno Cadore OP – Generała Zakonu dominikanów. List kard. Stanisława Dziwisza przeczytał bp Grzegorz Ryś, który koncelebrował mszę.

Taca została przeznaczona na zakup Biblii dla każdego uczestnika XX Spotkania Młodych Lednica 2000, które odbędzie się 4 czerwca 2016 roku. W dniu śmierci ojciec Jan rozpoczął zbiórkę pieniędzy na ten cel. Organizatorzy prosili o wpłaty zamiast przywożenia kwiatów i wieńców. Na mszy obecny był m. in. prof. Stefan Jurga, rektor UAM w latach 1996– 2002, z małżonką, także pracownikiem naukowym. Rozumieli i wspierali o. Górę w jego roli duszpasterza studentów. Bez pomocy takich życzliwych osób świeckich wiele barier, choćby administracyjnych, byłoby nie do pokonania.

Do najbliższych współpracowników należał Wojciech Borna. Wielkopolski przedsiębiorca znał ojca Górę 25 lat. Blisko współpracowali przez 20 lat. Od 15 nie miał innych wakacji, niż te z ojcem Janem. Zastanawia się, co będzie dalej. Podkreśla: „Ojciec był osobą o pojemnym sercu. Kochał nas naprawdę, wszystkich razem, ale i każdego z osobna. Żył naszymi problemami. Kiedy ktoś się z nim podzielił czymś osobistym czasem się włączył w rozmowę, czasem puszczał mimo uszu, ale zawsze o tym myślał. Potrafił zadzwonić w środku nocy – i to nie tylko do mnie, ale do wielu innych osób – mówiąc: „Wiesz, mam taki pomysł, spróbuj to zrobić tak i tak”. Albo „Modlę się za ciebie”, „Pamiętam o tobie”. Jeśli w rodzinie jest dwójka dzieci, to któreś czuje się bardziej kochane. A nas były setki w bezpośredniej relacji z ojcem i wszyscy wiedzieliśmy, że jesteśmy kochani! Nie było między nami naturalnej zazdrości, rywalizacji, tylko komplementarność. Świadomość tego, że oprócz mnie kocha innych, umacniała.”

Abp Gądecki przypomniał słowa o. Góry oddające „promieniowanie ojcostwa”, przejęte za przykładem Jana Pawła II: „Jak to jest, że ja, nie mając dzieci, mam przecież dzieci i to często mam je bardziej niż ci, którzy je mają.”. Kazanie wygłosił o. Paweł Kozacki. Zaznaczył, że nie wymieni wszystkich dokonań i zasług współbrata, bo nie jest w stanie. Zamiast tego podkreślił, że przed śmiercią ojciec Jan wyznał spowiednikowi pragnienie totalnego należenia do Chrystusa. Mówił o zmarłym przez analogię. Nie wprost, lecz czytelnie, snując rozważania „o Bożym człowieku, o człowieku powołanym do świętości, o człowieku napełnionym duchem prowadzonym przez Boga”. Według niego o Góra żył życiem spełnionym.

Grób na Polach Lednickich

Trumna z ciałem o. Góry została przewieziona w asyście kompanii honorowej Wojska Polskiego na Pola Lednickie, położone 40 km od Poznania. Ceremonii pogrzebowej przewodniczył abp Wojciech Polak, prymas Polski. Kondukt ruszył od Jeziora Lednickiego, przez Bramę Rybę, gdzie wszyscy odnowili (czasem – po raz pierwszy dokonali) symbolicznego aktu wyboru Chrystusa, aż do skały św. Jana Pawła II. 27– tonowy głaz symbolizuje 27 lat pontyfikatu Jana Pawła II. O. Jan spoczął tam, gdzie naprawdę chciał.

Osobiste pożegnanie o. Pawła Kozackiego było wzruszające. „Dziękuję Ci za wszystkich braci i siostry, którzy wstąpili do zakonu, bo spotkali Jana Górę” – mówił. Dziękował za jego obecność, kazania, rekolekcje, książki, wspólne wędrówki, za „duszpasterstwo we wszystkich możliwych wymiarach”. Za to, że był człowiekiem zawsze czekającym na drugiego. Że był „pijany Bogiem” (to termin odnoszący się do sufich w stanie ekstazy, oznaczający mistyczne upojenie miłością). O. Jan zatytułował książkę o Jamnej „Pijani Bogiem”, cytując… francuskiego dominikanina. Pokazuje ono głębię duszpasterza, który jest postrzegany tylko jako „założyciel imprezy lednickiej”.

O. Górę łączy też z sufimi religijna przygoda z tańcem. Tylko on mógł wymyślić zbiorowe tango dla papieża Franciszka, oburzając nim świętoszków. Przypadek (o. Góra powiedziałby – Opatrzność!) sprawił, że jego ukochani, ledniccy wodzireje złożyli go do grobu. Dominikanie uwzględnili argumenty świeckich, godząc się na pochówek na Polach Lednickich zamiast na zakonnym cmentarzu. Prośba wiązała się z przekonaniem, że o. Jan należał do wszystkich, a jego grób powinien być miejscem szczególnym. Okazało się jednak, że firma pogrzebowa z powodów biurokratycznych odmawia opuszczenia trumny do grobu. Tę jedną czynność wykonało więc za nią sześciu lednickich wodzirejów. W czarnych frakach i cylindrach wyglądali godnie. Czas iść na bal wszystkich świętych…

W akompaniamencie śpiewu Jana Grzegorczyka. Razem napisali hit Lednicy „Tylko orły” na bazie słów prymasa Wyszyńskiego. O. Góra wynalazł tekst i ułożył go w strofy. Grzegorczyk – jak mówi – wziął od niego kartkę, zaczął nucić i tak powstała melodia. Znają ją wszyscy, którzy bywali na Lednicy:

„Tylko orły szybują nad granią,

Tylko orłom niestraszna jest przepaść,

Wolne ptaki wysoko latają.

Już za chwilę wylecimy z gniazda”.

Grzegorczyk twierdzi, że pieśń dodawała o. Janowi energii. „Ta pieśń to pieczęć naszej przyjaźni” – podkreśla. I on spełnił tym samym marzenie ojca ze „Świętego i błazna”. Bał się. Bo „będzie klucha w gardle i nie dam rady”. Dał. „Pierwszy raz śpiewaliśmy bez Niego, ale na pewno nas słyszał.” – mówi.

Po pogrzebie wszyscy rozgrzewali się gorącą herbatą i jedzeniem przygotowywanym od wtorku przez pięćset osób. Zjechali się tu ludzie z zupełnie różnych światów, obozów politycznych, medialnych, kościelnych i niekościelnych. Była piosenkarka Eleni, Tomasz Wiścicki, długoletni redaktor Więzi, który znał o. Górę z czasów studenckich, Cezary Kościelniak – jego wychowanek, Agata Młynarska. Konserwatyści i postępowcy, lemingi i mohery, starzy i młodzi. Jedność ponad podziałami, która wymaga wielkiej indywidualności, żeby przynajmniej o nią zawalczyć. Pokojowymi metodami, bo tylko takie są poważnym traktowaniem Ewangelii.


W książce Grzegorczyka jest też część dotycząca "Tygodnika Powszechnego", gdzie o. Góra odbywał staż. W 1972 opublikował reportaż z pielgrzymki do Kalwarii Pacławskiej, wnosząc do gazety oryginalny element folkloru. Był z tego dumny: „Pamiętam, jak szedłem ulicą Wiślną. Niosłem świeżutkie numery gazety, mój artykuł był na pierwszej kolumnie. Zdawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą.” Kończy tak: „Pamiętam, jak Brandstaetter pokrzykiwał przy pewnej okazji: „Cholera! Ten „Tygodnik Powszechny”, piąta Ewangelia. Człowiek nawet umrzeć nie może, jeśli tego w nim nie odnotują”. 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]