Reklama

Szejk z oazy demokracji

Szejk z oazy demokracji

w cyklu STRONA ŚWIATA
30.07.2019
Czyta się kilka minut
Przeżywszy prawie sto lat, zmarł prezydent Tunezji – jedynego z arabskich państw, w którym po ulicznych rewolucjach Arabskiej Wiosny demokracja zapuściła korzenie.
Procesja wojskowa z trumną prezydenta Tunezji Al Badżi Ka’id as Sibsiego.  Tunis, 27 lipca 2019 r. / Fot. Adele Ezzine/Xinhua News/East News
Procesja wojskowa z trumną prezydenta Tunezji Al Badżi Ka’id as Sibsiego. Tunis, 27 lipca 2019 r. / Fot. Adele Ezzine/Xinhua News/East News
M

Maleńkiej Tunezji, dziedziczce Kartaginy, wciśniętej między olbrzymów: Algierię z zachodu i Libię ze wschodu i południa, nie śniło się pewnie, że nadejdzie czas, gdy stawiana będzie innym za wzór do naśladowania. Że coś, co wydarzy się na jej terytorium, wywoła lawinę, która zmieni cały arabski świat. A jednak to właśnie tu, pod koniec 2010 roku rozpoczęły się uliczne wystąpienia, które dały początek ulicznym rewolucjom, nazwanym później Arabską Wiosną. W sąsiedniej Libii wywołała ona trwającą do dziś wojnę domową. W nieco dalszym Egipcie obaliła jednego wojskowego tyrana, ale porewolucyjny chaos doprowadził do powtórnego zamachu stanu i intronizacji kolejnego dyktatora w generalskim mundurze. W jeszcze dalszych Jemenie i Syrii Arabska Wiosna wywołała nie tylko wojnę domową, ale i regionalny konflikt, w który zaangażowane zostały światowe mocarstwa. Zwłaszcza syryjska wojna roznieciła stare waśnie między sunnitami i szyitami, Turcją, Iranem i Arabią Saudyjską, rozzuchwaliła dżihadystów, którzy na połowie terenu Iraku i Syrii ogłosili powstanie samozwańczego kalifatu, a wysyłani przez nich zamachowcy atakowali metropolie Zachodu. Arabska Wiosna, bunt przeciwko biedzie, beznadziei, niesprawiedliwości i tyranii, zamiast przynieść poprawę losu i ulgę, sprawiła, że życie stawało się jeszcze trudniejsze do zniesienia. Wszędzie z wyjątkiem Tunezji.

Partia i wiara

Tu również uliczna rewolucja doprowadziła do obalenia panującego ćwierć wieku dyktatora (uciekł z rodziną i zrabowanym z państwowego skarbca majątkiem do Arabii Saudyjskiej), ale detronizacja nie ściągnęła na Tunezję wojny domowej, chaosu, przemocy ani nowej tyranii. Jeszcze tego samego roku przeprowadzono wybory do parlamentu, który miał pełnić również rolę konstytuanty. Tę pierwszą, prawdziwie wolną elekcję wygrała odwołująca się do islamu Partia Odrodzenia – ilekroć w świecie arabskim udaje się przeprowadzić wolne wybory (jak w Egipcie w 2012 roku czy w Algierii w 1990 roku), zwyciężają w nich z reguły partie religijne, muzułmańskie. Partią religijną, choć nie tak rewolucyjną jak egipscy Bracia Muzułmanie, jest także tunezyjska Partia Odrodzenia (Ennahda). I podobnie jak w Egipcie, także w Tunezji podjęta przez nowych przywódców próba przestawienia świeckiego państwa na nowe porządki, mające źródło w religii, wywołała zamieszanie i protesty. W Egipcie zakończyło się to rozlewem krwi, wojskowym przewrotem i obaleniem jedynego prezydenta, wybranego w wolnej i uczciwej elekcji. W Tunezji polityczny kryzys doprowadził jedynie do ustąpienia rządu Partii Odrodzenia i przedterminowych wyborów w 2014 roku, w których zwyciężyła świecka partia Wezwanie Tunezji, a przede wszystkim jej założyciel i przywódca Al Badżi Ka’id as Sibsi. Nowy prezydent kraju, mając dziewiąty krzyżyk na karku, stał się niespodziewanie uosobieniem sukcesu tunezyjskiej rewolucji. Zmarł 25 lipca w Tunisie.

Jaśminowa rewolucja

Najzagorzalszym rewolucjonistom z Tunisu trudno było się pogodzić, że za przywódcę ich młodzieżowej rewolucji (młodzieżowej, bo ludzie w wieku 25-30 lat stanowią prawie połowę ludności w całej Afryce) zaczął uchodzić starzec, który w dodatku służył wiernie dyktatorom i porządkom, przeciwko którym tunezyjska ulica podniosła w końcu bunt.

Sibsi, pochodzący z rodziny bogatych kupców i wykształcony na prawnika w czasach, gdy Tunezja była jeszcze francuskim protektoratem, nigdy nie ukrywał, że był i pozostał do końca bezkrytycznym zwolennikiem Habiba Burgiby, przywódcy ruchu niepodległościowego i pierwszego prezydenta niepodległej od 1956 roku Tunezji. Jako adwokat Sibsi bronił Burgiby i jego towarzyszy we francuskich sądach. Gdy jego klient został prezydentem (1956-87), Sibsi służył mu jako minister dyplomacji, wojny i policji, ambasador w Paryżu. A kiedy w 1987 roku wskutek pałacowego przewrotu schorowany Burgiba został odsunięty od władzy przez premiera Zajna al Abidina ibn Alego (w latach 1980-84 był ambasadorem Tunezji w Warszawie), Sibsi pozostał na służbie nowego władcy – był jego ambasadorem w Niemczech, przewodniczącym parlamentu.


CZYTAJ WIĘCEJ

STRONA ŚWIATA to autorski serwis WOJCIECHA JAGIELSKIEGO, w którym dwa razy w tygodniu reporter i pisarz publikuje nowe teksty o tych częściach świata, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. Wszystkie artykuły są dostępne bezpłatnie. CZYTAJ TUTAJ →


Przyjaciele Sibsiego twierdzą, że zarówno Burgibę, jak Zajna al Abidina ibn Alego próbował przekonywać do reform i odwodzić od dyktatorskich zamiarów. Kiedy przekonał się, że jego wysiłki idą marne, w 1994 roku, mając 65 lat, przeszedł na emeryturę.

Z emerytury został wezwany przez tymczasowy rząd, który po ucieczce dyktatora przejął władzę w ogarniętym rewolucyjną gorączką Tunisie. Sibsiemu, politycznemu weteranowi i dygnitarzowi obu dyktatorów, zaproponowano niespodziewanie posadę premiera w rządzie „jaśminowej rewolucji”. Nowi przywódcy kraju uznali go za człowieka godnego zaufania i kompetentnego. Choć służył Burgibie i Zajnowi al Abidinowi ibn Alemu, znany był przede wszystkim z uczciwości, patriotyzmu i oddania tunezyjskiemu państwu. Jego wiedza, a przede wszystkim polityczne i administracyjne doświadczenie sprawiały, że zdawał się być najpewniejszym sternikiem, który przeprowadzi Tunezję przez burzliwy czas ustrojowych przemian.

Nie zawiódł. Jako szef rządu przejściowego pilnował wolności słowa, pomógł przygotować nową konstytucję i nowe wybory, a kiedy ich zwycięzcą okazali się zwolennicy muzułmańskiej Partii Odrodzenia, Sibsi, zadeklarowany zwolennik świeckości państwa, z pokorą przekazał im władzę, a sam zabrał się natychmiast za tworzenie nowego ruchu, zdolnego odebrać rządy orędownikom szarjatu. W 2014 roku na czele nowego ruchu wygrał zarówno wybory do parlamentu, jak i prezydenckie. Nie mając jednak wystarczająco wielu posłów, by rządzić samodzielnie, podzielił się władzą z religijną Partią Odrodzenia, a z jej przywódcą, dobiegającym osiemdziesiątki Raszidem Ghanuszim zawarł nawet przyjaźń. W Tunezji nazywano ich „starymi szejkami” i mawiano, że we dwójkę decydują o wszystkim, co najważniejsze,

Rządził, łącząc zdawałoby się wodę z ogniem: muzułmańskich konserwatystów ze zwesternizowanymi liberałami ze stolicy, rewolucyjnych radykałów ze zwolennikami starych porządków. Mimo przymierza z Ghanuszim, forsował prawa kobiet, m.in. zmianę prawa spadkowego, stanowiącego, że kobiecie należy się połowa tego, co dziedziczyli mężczyźni (projekt prezydenckiej ustawy utknął jednak w parlamencie). Jako prezydent wykazał się cechami, jakich oczekuje się od prawdziwego przywódcy. Nie dzielił, ale starał się jednoczyć, szukać kompromisu, nawet za cenę ustępstw, na które jako prezydent wcale iść nie musiał. Widząc zawieruchy, jakie przetaczają się przez Libię, Egipt, Jemen i Syrię, postanowił za wszelką cenę uchronić Tunezję przed politycznymi awanturami, zaprowadzić stabilizację. Poświęcił dla tego celu wszystko inne z gospodarką na czele.

Osiem lat demokracji

Dziś 12-milionowa Tunezja może się chwalić, że wyszła cało z wiosenno-arabskich rewolucji i że obok Libanu jest jedynym w świecie arabskim państwem, w którym obowiązuje demokratyczny ustrój (do tego grona można by jeszcze od biedy zaliczyć Maroko). Zasługa tym większa, że jej sąsiadka z zachodu, Algieria, uosabiała wojenny i dżihadystyczny chaos w latach 90. (w wojnie domowej zginęło wtedy prawie ćwierć miliona ludzi), a sąsiadka ze wschodu, Libia uchodzi za współczesny przykład państwa upadłego, zawłaszczanego przez watażków, przemytników i dżihadystów.

Zabiegając o spokój i stabilizację w polityce, Sibsi zaniedbał jednak gospodarkę, a ona może okazać się źródłem kłopotów dla jego następcy i państwa. Od rewolucji tunezyjska gospodarka tkwi w miejscu. Arabska Wiosna odstraszyła inwestorów. Zeszłoroczna próba podniesienia podatków zakończyła się strajkiem powszechnym. Bezrobocie jest dziś większe niż w przeddzień rewolucji. Rośnie dług publiczny państwa, inflacja i ceny, także przepaść między zwesternizowanymi elitami z Tunisu i północy kraju a biednym, zaniedbanym południem, podatnym na rewolucyjne i dżihadystyczne hasła. „Demokracji nie da się zbudować od razu, nawet nie w osiem lat” – przyznał w styczniu Sibsi w jednym z ostatnich wywiadów.

Zysków tunezyjskiemu państwu przysparza wciąż turystyka, choć powtarzające się zamachy odstraszają wielu potencjalnych letników. Cztery lata temu zamachowcy dokonali dwóch najgłośniejszych ataków, w których zginęli cudzoziemscy turyści. W marcu na stołeczne muzeum Bardo – 21 zabitych, a w czerwcu na hotelowej plaży w Susie – 38 zabitych. W listopadzie uderzyli raz jeszcze – w wybuchu bomby, podłożonej na trasie autobusu z żołnierzami z gwardii prezydenckiej, zginęło kilkunastu gwardzistów.

Na przełomie czerwca i lipca, gdy 92-letni Sibsi, najstarszy po brytyjskiej królowej Elżbiecie II panujący przywódca państwa, trafił do szpitala, dżihadyści zaatakowali ponownie, ale wszystkie trzy próby samobójczych zamachów uznano tym razem za nieudane. Zginęli zamachowcy i jeden policjant, kilka osób zostało rannych.

Mimo demokratycznych porządków, politycznej stabilizacji i westernizacji, Tunezja pozostaje także kolebką dżihadystów. Młodzi Tunezyjczycy wyjątkowo licznie zaciągają się na toczące się po sąsiedzku wojny i wstępują do armii walczących pod sztandarami islamu. Organizacja Human Rights Watch wyliczyła, że w ciągu ostatnich siedmiu lat co najmniej 1,5 tys. młodych Tunezyjczyków zaciągnęło się na wojnę w Libii, a ponad 6,5 tys. walczyło w armii kalifatu w Iraku i Syrii. Około tysiąca, legalnie i nielegalnie, wróciło do kraju. Bieda, bezrobocie i beznadzieja, składające się na życie młodych ludzi zwłaszcza na południu kraju sprawiają, że dla zarobku, z religijnych przekonań, albo po prostu żeby wypełnić życie jakimś celem, łatwo dają się werbować emisariuszom armii dżihadystów.

Przysługa na pożegnanie

Śmierć Sibsiego nie zmieniła tunezyjskiego kalendarza politycznego. Jesienią i tak planowano przeprowadzić wybory prezydenckie i parlamentarne. Teraz prezydenckie odbędą się 15 września, przed parlamentarnymi (6 października), a nie po nich, jak planowano (15 listopada). Już w kwietniu Sibsi zapowiedział, że o reelekcję nie będzie się już ubiegał. „Pora oddać rządy młodszym” – powiedział. Po jego śmierci obowiązki prezydenta przejął 85-letni przewodniczący parlamentu, a jesienią o mandat poselski i posadę premiera ubiegać się będzie przywódca religijnej Partii Odrodzenia, jeszcze młodszy, bo 78-letni Raszid Ghanuszi. Nie to jednak miał chyba na myśli „stary szejk”, 92-letni Sibsi, mówiąc, że pora oddać rządy młodszym.

To, jak Tunezja poradzi sobie z sukcesją po Sibsim, będzie świadczyć o tym, jak głęboko demokracja zapuściła w niej korzenie. Przedwyborcze sondaże wskazują, że Tunezyjczycy, zwłaszcza młodzi, mają powyżej uszu podziału sceny politycznej na dwa obozy – prozachodni, liberalny, i religijny, konserwatywny. Uważają, że taki podział nie daje im swobody wyboru i czyni z nich zakładników tradycyjnych partii, którym taki układ najbardziej odpowiada.

W czerwcu, zanim Sibsi trafił do szpitala, rząd złożył w parlamencie projekt nowej ordynacji wyborczej, która wykluczałaby z elekcji osoby zajmujące się biznesem, a także prowadzące organizacje dobroczynne i otrzymujące pomoc finansową z zagranicy. W Tunezji odebrano to jako próbę utrącenia kandydatury bogacza i filantropa Nabila Karuiego (w czerwcu został oskarżony o proceder „prania pieniędzy”), który nie ukrywa, że widziałby siebie na stanowisku prezydenckim. Projekt ordynacji wklucza też z wyborów przeciwników „jaśminowej rewolucji”. To z kolei uniemożliwiłoby ubieganie się o prezydenturę zwolennikom starych porządków, twierdzącym, że Arabska Wiosna i jej uliczne rewolucje były jedynie zachodnim spiskiem, mającym na celu wywołanie waśni między muzułmanami i osłabienie w ten sposób świata islamu. Przedstawiciele tej myśli politycznej idą zwykle dalej i przekonują, że dżihadyści również są wynalazkiem Zachodu, mającym obrzydzić i skompromitować islam.

Rządowy projekt ordynacji wzburzył Tunezyjczyków i spotkał się z krytyką obrońców praw człowieka, życzliwych zwykle rządom z Tunisu. Sibsi nie podpisał jednak ustawy. Odesłał ją posłom do poprawki, sugerując, by poddać ją plebiscytowi. Po śmierci „starego szejka” uznano to za jego ostatnią przysługę, jaką na pożegnanie wyświadczył swojemu krajowi.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]