Apetyt na polakożerców

Antypolonizm jest dziś poręcznym narzędziem opisu transformacji ustrojowej, historii, kultury i polityki. Pozwala wyjaśnić upadek fabryki, oscarowy sukces „Idy” czy program nielubianej partii. Tłumaczy wręcz wszystko.

17.07.2018

Czyta się kilka minut

Agata Kulesza i  Agata Trzebuchowska  w filmie „Ida” Pawła Pawlikowskiego / MATERIAŁY PRASOWE
Agata Kulesza i Agata Trzebuchowska w filmie „Ida” Pawła Pawlikowskiego / MATERIAŁY PRASOWE

 

Był ranek, 4 lipca 2018 r. Za chwilę miliony ludzi na całym świecie miały przeczytać słowo „antypolonizm”. Większość z nich zapewne po raz pierwszy.

Tydzień wcześniej premierzy Mateusz Morawiecki i Benjamin Netanjahu podpisali wspólną deklarację poświęconą relacjom polsko-izraelskim. Deklaracja towarzyszyła wycofaniu się Polski z przepisów znowelizowanej ustawy o IPN przewidujących odpowiedzialność karną za przypisywanie Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu współodpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy. Dokument został opublikowany jako płatne ogłoszenie w kilkunastu najbardziej opiniotwórczych dziennikach Europy, potem – w gazetach izraelskich, wreszcie – w USA. Wspólna deklaracja miała zakończyć kryzys wizerunkowy trwający od wprowadzenia kontrowersyjnej nowelizacji.

W tekście czytamy między innymi: „Nie zgadzamy się na działania polegające na przypisywaniu Polsce lub całemu narodowi polskiemu winy za okrucieństwa popełnione przez nazistów i ich kolaborantów z różnych krajów. Smutna prawda jest niestety taka, że w tamtym czasie niektórzy ludzie – niezależnie od pochodzenia, wyznania czy światopoglądu – ujawnili swe najciemniejsze oblicze”. Oraz: „Oba rządy z całą mocą potępiają wszelkie formy antysemityzmu oraz dają wyraz swemu zaangażowaniu w zwalczanie jakichkolwiek jego przejawów. Oba rządy odrzucają również antypolonizm oraz inne negatywne stereotypy narodowe”.

W komentarzach dla mediów Mateusz Morawiecki konsekwentnie podkreśla, że to pierwszy międzynarodowy dokument, w którym pojawiło się sformułowanie „antypolonizm”. Tym samym pojęcie to dołączyło – obok antysemityzmu, ale też rasizmu czy dyskryminacji płciowej – do nieoficjalnego słownika, z którego czerpać można, tworząc prawo i standardy kształtujące relacje dyplomatyczne. W ten sposób antypolonizm zyskał właśnie pewną formę realności. Jeżeli ktoś zaprzeczy jego istnieniu – można się będzie zawsze odwołać do opublikowanego dokumentu.

Czym właściwie jest antypolonizm?

Awans do pierwszej ligi idei

Idea antypolonizmu jest pełna paradoksów. Sprzeciwia się rozciąganiu odpowiedzialności na wspólnotę narodową, a zarazem opiera się na wizji odwiecznych i wiecznych tożsamości narodowych i konfliktów między nimi. Jest silnie związana z nurtem wrogości wobec „dyktatu poprawności politycznej”, a zarazem wzywa do wprowadzania praw w imię „obrony dobrego imienia” – poprawność w czystej postaci. W ostatnich miesiącach szczególnie wyraźnie dał o sobie znać pełen sprzeczności stosunek między ideą anty­polonizmu a wyobrażoną figurą Żyda. Żydzi z jednej strony okazują się ofiarami antypolonizmu lub cynicznymi jego siewcami, z drugiej – godnym naśladowania wzorem skutecznej walki ze zniesławieniami i mądrego, sprawnego budowania na arenie międzynarodowej statusu ofiary.

Antypolonizm właśnie awansował do pierwszej ligi idei. Warto jednak pamiętać o genezie tego pojęcia, którym dotychczas posługiwali się przede wszystkim przedstawiciele dość niszowej skrajnej prawicy. Wprawdzie współcześni apologeci terminu „antypolonizm” lubią przypominać, że używał go np. Jan Józef Lipski, a także że był on explicite zapisany w dokumentach nazistów. Ale korzenie współczesnej jego kariery wydają się sięgać znacznie płycej.


Czytaj także: Yehuda Bauer: Problem polsko-polski


Antypolonizm to pojęcie zbudowane przez analogię czy wręcz symetrię z antysemityzmem. Dziedziczy także długą tradycję terminu „polakożerstwo” – opisującego konsekwentną antypolską politykę zaborców, przede wszystkim Niemców. Do najważniejszych teoretyków anty­polonizmu wypada zaliczyć Jerzego Roberta Nowaka (historyk, publicysta), Stanisława Michalkiewicza (współtwórca Unii Polityki Realnej) czy Bogusława Wolniewicza (zmarły niedawno profesor filozofii, którego ostrzeżenia przed „podstawianiem Polski”, czyli systematycznym obarczaniem jej winą za zbrodnie III Rzeszy, wyraźnie zainspirowały autorów nowelizacji ustawy o IPN). Pojęcie to najczęściej pojawiało się w mediach związanych z Radiem Maryja, a także na łamach „Najwyższego czasu!”, „Polonii Christiana” czy „Frondy”. Oto jego wykładnia.

Odwieczny naród

Antypolonizm ma być równie stary jak Polska. Według Jerzego Roberta Nowaka – publicysty „Naszego Dziennika” i Radia Maryja – jego świadectwa można znaleźć już w kronikach średniowiecznych z okresu chrztu Mieszka I, a „skrajne przejawy średniowiecznego antypolonizmu znajdujemy w propagandzie krzyżackiej, próbującej zniesławiać Polaków jako naród”. Nowoczesny antypolonizm jako doktryna polityczna to – według Nowaka – dzieło Katarzyny II i Fryderyka II, którzy „w swych dążeniach do rozbioru ziem Rzeczypospolitej Obojga Narodów starali się w maksymalny sposób uzasadniać swoje roszczenia przez upowszechnianie »czarnej legendy« Polski jako kraju wyjątkowej anarchii i religijnego fanatyzmu”. W antypolskiej agitacji pomagały Rosjanom i Niemcom „wystąpienia opłacanych przez nich niektórych czołowych postaci intelektualnych ówczesnej Europy”. Kampania zohydzania Polski, zauważa Nowak, napotykała jednak w XIX wieku na silną kontrę ze strony polskich elit emigracyjnych.

Od momentu odzyskania niepodległości i zwycięstwa w wojnie z roku 1920, pisze Nowak, antypolonizm związany jest nierozerwalnie z „antypolskimi rewizjonistycznymi działaniami dwóch głównych zaborczych sąsiadów Polski: Rosji Sowieckiej i Niemiec weimarskich, a później III Rzeszy”. Ich sojusznikami w XX wieku są z jednej strony wewnętrzny wróg w postaci komunistów, z drugiej – „infiltrowane przez sowieckie agentury, lewicowe środowiska intelektualne”, które odpowiadają za nasilenie antypolonizmu na Zachodzie.

Po wojnie głównym narzędziem antypolonizmu staje się oskarżenie Polaków o antysemityzm. Według Nowaka częścią antypolskiej kampanii są „zorganizowane przez sowiecki kontrwywiad zajścia antyżydowskie w Kielcach w 1946 roku”. Kulminacją tej fali oskarżeń są oszczerstwa o „polskich obozach koncentracyjnych”.

Idea antypolonizmu sprowadza więc tysiąc lat historii do prostego scenariusza, w którym Krzyżacy zmieniają się wprawdzie w Prusaków, Niemców i III Rzeszę, ale mechanizm napędzający dzieje pozostanie niezmienny: zaborcze plany – czarna legenda – zdrada elit.

Problem z takim postawieniem sprawy polega na tym, że walka z antypolonizmem opiera się właśnie na sprzeciwie wobec stereotypów i upraszczających syntez w rodzaju „Polacy to antysemici”. Ten sam Jerzy Robert Nowak pisze więc w swojej polemice „100 kłamstw J.T. Grossa”: „Podziwiam niebywałą łatwość wyrokowania socjologa Grossa o stuleciach historii wzajemnych związków dwóch narodów”. W innym miejscu tej książki ironizuje: „Dalej jest już tylko krwiożerczy, odwieczny, polski antysemityzm, wyssany zapewne z mlekiem matki”.


Czytaj także: Paweł Bravo: Po co nam to było


Nowak uznaje więc, że Niemcy stali się polakożercami, bo przez tysiąc lat karmieni byli antypolskimi stereotypami, które służyły konkretnym interesom ekonomicznym i politycznym. Zarazem jednak oskarżenia o antysemityzm wpisany w polski kod kulturowy uznaje za absurdalne. Jak gdyby zakładając, że o narodzie polskim jako całości można mówić wyłącznie w kategorii cierpień i prześladowań, podczas gdy winy są zawsze jednostkowe.

Tytania politpoprawności

Zbigniew Musiał i Bogusław Wolniewicz w książce „Ksenofobia i wspólnota”, poświęconej w większości problemowi anty­polonizmu, twierdzą, że poprawność polityczna jest „ideologią kneblowania” opartą na prawie: „gdy zamkniesz komuś usta, zamilknie”. „Ta wątpliwa »poprawność« stanowi przejaw wiary, że na procesy społeczne można wpłynąć słowem, po prostu coś stosownie nazywając albo nie nazywając”.

Taką wizję odzwierciedla na przykład artykuł Pawła Łepkowskiego „»Nigger«, czyli oblicza politycznej poprawności w USA”, opublikowany na łamach „Najwyższego Czasu!”. Łepkowski opowiada smutną historię pewnego amerykańskiego policjanta, który „miał w zwyczaju głośno komentować to, co widział na monitorze telewizora zawieszonego nad barem. Ilekroć na obrazie pokazywał się prezydent Barack Obama, policjant oznajmiał na głos, że »znowu pokazują tego pier...nego czarnucha« (ang. F...ing nigger). Po tych słowach starszy pan rozpoczynał tyradę na temat »tragicznych dla Ameryki i świata rządów tej małpy«”. Większość bywalców restauracji zbywała te komentarze uśmiechem – wyjaśnia Łepkowski – mówiąc: „wygadaj się Bob, to ci ulży”. Niestety, w gronie klientów znalazła się też donosicielka. Kobieta rozpętała kampanię nienawiści, która ostatecznie zniszczyła życie nieszczęsnego rozpolitykowanego widza, mimo iż „teoretycznie Ameryka nadal jest państwem wolności słowa”.

Poprawność polityczną porównuje się tu więc do Orwellowskiej nowomowy czy komunistycznej propagandy, w imię wolności słowa i myśli potępiając ideę cenzury. Czy jednak u podstaw idei anty­polonizmu nie leży analogiczna wiara w sprawczą moc języka i – wypowiadane mniej lub bardziej wprost – pragnienie wykorzystania tej mocy dla poprawy własnego obrazu w świecie?

Posłuchajmy teraz, jak ten sam Łepkowski, który bronił prawa do nazywania kogoś „czarnuchem” i „małpą”, w artykule „Antypolonizm a Żydzi”, również opublikowanym na łamach „Najwyższego Czasu!”, skarży się na amerykańskie dowcipy o Polakach: „można odnieść wrażenie, że głupie Polish jokes są objawem prymitywnego poczucia humoru kilku prostaków próbujących rozjaśnić świat własnych kompleksów. Problem jednak w tym, że przymykając oko na głupkowate dowcipy o Polakach, daliśmy carte blanche rozwojowi kłamliwej propagandy historycznej, która fałszuje dzieje naszego kraju i antagonizuje nas z innymi narodami”. Nie możemy też przymykać oka na antypolskie produkcje Hollywood, takie jak słynna „Lista Schindlera”, w których Polaków pokazuje się jako antysemitów, a pozytywnym bohaterem jest Niemiec.

Jaka jest na to rada? Według Łepkowskiego – prosta: „Jeszcze żaden polski polityk nie walnął pięścią w amerykański stół i nie nazwał kłamstw antypolskiej propagandy po imieniu. A przecież wystarczyłoby użyć broni, którą od lat stosuje żydowska Liga przeciwko Zniesławieniu i która skutecznie powala każdego politycznego adwersarza w Ameryce na kolana – oskarżenia o dyskryminację!”.

Zwycięstwo w walce o narrację

Myśliciele i publicyści związani z prawicą opowiadają się zwykle za bardzo wyraźnym oddzieleniem faktów i narracji. Ich przeciwnikiem często staje się post­modernizm rozumiany właśnie jako wiara w „inżynierię dusz”, sprawcza moc języka i „narracji”. Pod piórem Wolniewicza postmoderniści to „bezpoglądowcy, rzecznicy myślowego chaosu”. Jan Żaryn mówi o nich w ten sposób: „Post­modernizm, relatywizm, z całymi naleciałościami, które w pewnych dziesięcioleciach XX wieku tworzyły posmak nowoczesności, dziś jest już »staruszką z trzęsącą się ręką«. Zarówno Donald Trump, jak i formacja pana Jarosława Kaczyńskiego, czyli Prawo i Sprawiedliwości, weszli w nowoczesność na miarę XXI wieku. Jest to nowoczesność oparta na konserwatywnym myśleniu, w którym narody nadal są przewodnikami cywilizacyjnymi”.


Czytaj także: Joanna Niżyńska: Pejzaż po katastrofie


Można powiedzieć, że prawica opierała się dotychczas na ideowej wizji historii, silnie związanej z wiarą w jedną, obiektywną prawdę, podczas gdy postmoderniści wskazywali, że każda historia jest narracją o przeszłości budowaną przez określone siły w celu zaspokojenia jej pragmatycznych interesów.

Tymczasem idea antypolonizmu przecina dotychczasowy podział, opierając się właśnie na wierze w taką inżynieryjną możliwość, a nawet konieczność „opowiadania historii”. Sprawia to, że autorzy związani z prawicą mówiąc o antypolonizmie posługują się nagle zwalczanym wcześniej słownikiem, z pojęciem „narracji” na czele. Jak Żaryn, który w kontekście ostatnich wydarzeń stwierdza, że ­ „[d]eklaracja premierów jest naszym zwycięstwem w walce o narrację historyczną”. Nawrócenia na postmodernizm mogą być, jak widać, późne.

Spisek?

Większość z tych, którzy posługują się pojęciami „antysemityzmu”, „rasizmu” czy „dyskryminacji płciowej”, nie wierzy w istnienie spisku nie-Żydów, białych czy mężczyzn. Nie znaczy to, że nie ma na świecie Żydów i żydowskich organizacji wietrzących wszędzie anty­żydowski spisek albo czarnoskórych Amerykanów przeświadczonych o tym, że Ku Klux Klan w sekrecie kontroluje instytucje władzy. Polityczna poprawność jako idea nie opiera się jednak na wierze w doskonale zorganizowany spisek, lecz w niewidzialną siłę dominującego języka.

Dyskryminacja przywoływana przez te pojęcia ma charakter systemowy, ale nie zorganizowany czy celowy. Nie ma żadnej kwatery głównej, z której zarządza się antysemityzmem. Przywódcy rasizmu nie spotykają się raz do roku na konferencji, by niczym czarne charaktery z filmów o Bondzie przedyskutować swoje plany. Mężczyźni nie pozdrawiają się sekretnym uściskiem dłoni i przywitaniem „Zniszczmy kobiety!”. Wręcz przeciwnie! Większość z nich ma zapewne poczucie, że żadna dyskryminacja nie istnieje. Nie znaczy to, oczywiście, że sprytni twórcy propagandy czy reklam nie mogą z tych stereotypów korzystać czy podsycać ich. Nie jest jednak tak, że potwór ma jedną głowę, którą można by uciąć. Przypomina raczej hydrę. Wyznacza to taktyki walki, która opiera się raczej na długotrwałych kampaniach zmiany praktyk i opinii niż na próbie wskazania i ukarania „mocodawców”.

Antypolonizm jako idea stanął właśnie na rozstajnych drogach. Czy zboczy nieco w kierunku lewicowej logiki, podkreślając systemowe uwarunkowania dyskryminacji Polaków? Czy może zachowa swoje związki z myśleniem spiskowym i przypisywanie całości winy konkretnym państwom, narodom lub grupom społecznym?

Każda z tych dróg ma swoje wady i zalety. Obranie ścieżki na lewo może pozwolić na skuteczniejszą walkę przez wskazywanie i piętnowanie faktycznie istniejących krzywdzących antypolskich stereotypów. Paradoksalnie jest to także ścieżka lepiej rokująca, jeżeli chodzi o uprawianie na arenie międzynarodowej skutecznej polityki i budowanie statusu Polski. Problem z obraniem tej drogi polega jednak na tym, że – przynajmniej w założeniu – polityka antydyskryminacyjna powinna chronić grupy nieuprzywilejowane, zwykle mniejszościowe. O ile więc walka z Polish jokes w USA ma w jej ramach sens, o tyle twierdzenie o dominującej roli antypolonizmu w jednorodnej kulturowo Polsce jest już niewiarygodne. Choć nie całkiem bezsensowne, bo skoro czarnoskórzy mogą internalizować rasistowskie stereotypy, to czemu by Polaków nie mógł zarazić bakcyl antypolonizmu?

Z drugiej strony warto docenić siłę, jaką może mieć na wewnętrznym polskim rynku idei utrzymanie ścieżki na prawo. Antypolonizm w wersji „spiskowej” czy „dziejowej” pozwala nie tylko zewrzeć szeregi przeciw „obcym” – Niemcom, komunistom czy Unii Europejskiej przedstawianej jako alians tych dwóch sił – lecz także delegitymizować rodzime elity, wskazując na ich poddańczy stosunek do Zachodu, wyrażający się właśnie antypolonizmem. „Film antypolski – zauważa Jan Żaryn w wywiadzie dla portalu prawy.pl – staje się także biletem wejściowym na salony międzynarodowe”. W innym miejscu mówi z kolei: „Mamy oczywiście w naszych elitach inteligencji takie grono ludzi, którzy antypolonizm uznali za swoje credo i próbują niejako językiem obrażania Polaków, czy poprzez fałsz historyczny, dotyczący polskiej przeszłości zbratać się z sąsiednimi narodami”.

Według takiej wizji, konsekwentnie rozwijanej, Polska okazuje się Matriksem kontrolowanym przez wrogich agentów. „Przeważająca część Polaków niewiele wie o toczonej od dziesięcioleci wojnie przeciw Polsce, o przybierającej z roku na rok na sile ofensywie antypolonizmu – pisze Jerzy Robert Nowak w książce „Antypolonizm. Zdzieranie masek”. – Jesteśmy całkowicie usypiani w tej sprawie przez rządzące pseudoelity, które w części z próżniactwa, w części ze współdziałania z nacierającymi na Polskę, starannie przemilczają lub negują zagrożenia. Milczą na ich temat również największe, najbardziej wpływowe media polskojęzyczne lub wręcz je negują. Tak jak to zrobiono w »Gazecie Wyborczej«, gdzie kilka lat temu stwierdzono ex cathedra, że nie istnieje coś takiego jak antypolonizm!”.

W strzaskanym zwierciadle

Antypolonizm urasta dziś do rangi jednego z najważniejszych narzędzi opisu transformacji ustrojowej, historii, kultury czy polityki.

W zależności od potrzeb pozwala w przekonujący sposób wytłumaczyć upadek lokalnego zakładu przemysłowego, oskarowy sukces filmu czy program nielubianej partii politycznej. Jak każde „uniwersalne wyjaśnienie”, antypolonizm zastępuje jednak rzeczywistość zredukowanym modelem. Używane doraźnie, pojęcie antypolonizmu może pomóc w zwarciu szeregów. Na dłuższą metę posługiwanie się tą frazą-wytrychem może jednak osłabiać prawicę, czyniąc jej diagnozy mniej przenikliwymi, stępiając wrażliwość społeczną i obniżając zdolność do przewidywania przyszłości. A więc odbierając te atuty, którymi rządzący chwalą się najchętniej.

Z kolei reakcja środowisk liberalnych i lewicowych na pojęcie antypolonizmu ujawnia ich poważną słabość, jaką jest „plemienne” usztywnienie pozycji.

Negowanie choćby możliwości istnienia tego fenomenu czyni narrację o innych formach dyskryminacji znacznie mniej przekonującą. „Dyskryminacja jest tylko wtedy, kiedy to my dyskryminujemy. Jak nas dyskryminują, to jest słuszne przywracanie proporcji” – odpowiadają z goryczą potencjalni wyborcy i czytelnicy, po czym włączają Radio Maryja i idą głosować na PiS. ©

DEFINICJE I DIAGNOZY

JERZY ROBERT NOWAK: „Antypolonizm to postawa wrogości wobec Polski i Polaków, to świadome oczernianie Polski i Polaków, a także działania dla zniszczenia polskiej państwowości i ujarzmienia narodu polskiego”.

BOGUSŁAW WOLNIEWICZ: „Międzynarodowe zniesławianie naszego narodu stanowi wielką operację polityczną, prowadzoną z nieubłaganym uporem i konsekwencją”.

JAROSŁAW GOWIN: „Antysemityzm, podobnie jak antypolonizm, jest formą rasizmu”.

MATEUSZ MORAWIECKI:„Antypolonizm na świecie rośnie w siłę z powodu braku reakcji ze strony Polski i słabości tej reakcji przez ostatnie dziesięć lat”.

JAROSŁAW KACZYŃSKI: „Antypolonizm po prostu nam przeszkadza – państwu w jego aktywności, ale i każdemu Polakowi, który ma nieprzyjemność go doświadczyć. Blisko dekadę temu rozmawiałem z wysokim rangą dyplomatą amerykańskim, który spytał mnie, co – w mojej opinii – jest największym utrapieniem naszego kraju w relacjach z USA. Odpowiedziałem bez wahania: antypolonizm. Reakcja mojego rozmówcy jasno wskazywała na to, iż on także postrzegał to zjawisko, po pierwsze – jako silnie występujące w Ameryce, a po drugie – jako nasz poważny problem”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Semiotyk kultury, doktor habilitowany. Zajmuje się mitologią współczesną, pamięcią zbiorową i kulturą popularną, pracuje w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Prowadzi bloga mitologiawspolczesna.pl. Autor książek Mitologia współczesna… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2018