Ameryka hiszpańska

Co szósty mieszkaniec USA jest Latynosem, w 2050 r. będzie nim już co trzeci. Jeden z nich został właśnie liderem Partii Demokratycznej.

12.03.2017

Czyta się kilka minut

Przejście graniczne na moście Ameryk, łączącym El Paso (USA) z Ciudad Juárez (Meksyk), 2014 r. / Fot. Charles Ommanney / GETTY IMAGES
Przejście graniczne na moście Ameryk, łączącym El Paso (USA) z Ciudad Juárez (Meksyk), 2014 r. / Fot. Charles Ommanney / GETTY IMAGES

Na długim moście, łączącym meksykańskie miasto Ciudad Juárez z amerykańskim El Paso, panuje niewyobrażalny tłok. Auta jadą ciasno, w gigantycznym korku, którego koniec niknie po drugiej stronie rzeki Rio Grande. Ale zatłoczona jest tylko jedna nitka: ta, która prowadzi do Teksasu. Jest wczesne popołudnie, wieczorem tłok zapanuje pewnie na drugiej nitce, gdy wielu będzie wracać do siebie.

– Tak jest zawsze – mówi Maria, która w centrum El Paso prowadzi elegancką galerię z drobiazgami do domu i szykownymi ubraniami. – Codziennie na tę stronę rzeki przyjeżdża 50 tys. ludzi. Głównie po zakupy, bo tu jest taniej. Wielu kupuje różne rzeczy na handel, by potem u siebie odsprzedać.

Dwa wielkie miasta rodzą nieustający ruch. To ruch lokalny, ale trudno nie dostrzegać za nim masy nielegalnych imigrantów, dla których długa granica między USA i Meksykiem to przeszkoda na drodze do amerykańskiego raju – gdzie jest więcej pracy i lepsze zarobki.

Mur, którym Stany Zjednoczone – zgodnie z zapowiedziami i powyborczą decyzją Donalda Trumpa – mają się odgrodzić od Meksyku, ma stanąć w miejscach, gdzie po obu stronach granicy rozciągają się rzadko zamieszkane, półpustynne tereny. Tam najłatwiej się przemknąć, dlatego te rejony kontrolowane są stale i intensywnie (o czym dalej). Wzdłuż rzek i w trudniej dostępnych górzystych okolicach muru nie będzie.

To zupełnie inny kraj niż północne stany USA – nie tylko dlatego, że inny jest tu klimat i krajobraz. Inni są też ludzie. To już nie Ameryka WASP-ów (White Anglo-Saxon Protestants – biali protestanccy Anglosasi), lecz ludności latynoskiej. Czy, jak kto woli, Hiszpanów z pochodzenia. Angielski termin „Hispanics”, używany powszechnie i właściwie zamiennie z określeniem „Latinos”, nie ma jak dotąd polskiego odpowiednika.

Meksykański „powrót”

Jeśli prognozy demograficzne okażą się trafne, można tu również zaobserwować zalążki Stanów przyszłości.

Bo Latynosów przybywa – dziś jest ich ok. 57 mln, co stanowi 17 proc. mieszkańców USA. W 2050 r., według prognoz Census Bureau – urzędu, który przeprowadza spisy ludności i bada trendy demograficzne – będzie ich ok. 103 mln, czyli 29 proc. całej populacji. Jeśli zdołają pokonać obecną biedę i zapewnić sobie lepszą pozycję w społeczeństwie – a trudno zakładać, że tak nie będzie, wprost przeciwnie – to staną się siłą, która być może zmieni oblicze kraju.

W trzech stanach południowych – Kalifornii, Nowym Meksyku i Teksasie – skupia się połowa społeczności latynoskiej w USA. Stąd też pochodzą najbardziej prominentni jej przedstawiciele: senatorowie Marco Rubio i Ted Cruz, rywale Trumpa w prawyborach Partii Republikańskiej.

Los Angeles i San Francisco, Las Vegas i San Antonio, Santa Monica i San Diego, Rio Grande i Sierra Nevada, Palo Alto i Mariposa – to tylko skromna próbka hiszpańskojęzycznych nazw, które w tej części Stanów są powszechne. Ich obecność to widoma pozostałość po odległych czasach, gdy południe dzisiejszych Stanów Zjednoczonych pozostawało pod władzą Meksyku. Hiszpańscy kolonizatorzy dawno temu wyprzedzili osadników anglosaskich i jeśli teraz Latynosi, zwłaszcza Meksykanie, szukają swego miejsca w USA, to z ich punktu widzenia odzyskują to, co niegdyś stanowiło ich własność. Jak zauważył komentator CNN: „odzyskali teren bez wypowiadania wojny”.

Latynosi w skali kraju są nadal mniejszością, ale od niedawna zapewnili sobie pozycję największej mniejszości, wyprzedzając czarnoskórych mieszkańców USA. Ów próg przekroczono już wiosną 2003 r. Okazało się wówczas, że Latynosów jest już 38,8 mln, podczas gdy Afroamerykanów o pół miliona mniej. Kolejny próg został przekroczony w Kalifornii: trzy lata temu, wiosną 2014 r., Latynosi stali się w tym stanie największą grupą etniczną. Stanowią dziś 38,8 proc. mieszkańców, podczas gdy biali 38 proc. W dodatku wśród ludzi młodych, poniżej 18. roku życia, Latynosi stanowią ponad połowę.

Powodem jest wysoki przyrost naturalny w połączeniu z napływem imigrantów. Ma ogromny wpływ na sytuację demograficzną całego kraju. Gdyby nie obecność Latynosów, populacja USA rosłaby wolniej – tak Census Bureau oceniło dane zebrane podczas spisu powszechnego w 2010 r. W poprzedzającej dekadzie liczba Amerykanów wzrosła o 5 proc. – ale podczas gdy liczba białych zwiększyła się o 1 proc., to Latynosów aż o 43 proc.

„Hola”, nie „hello”

– W naszym mieście 85-90 proc. mieszkańców stanowią Latynosi – mówi Maria z galerii w El Paso. Ona sama, choć zna oczywiście hiszpański, Latynoską nie jest. Urodziła się w El Paso, na studia wyjechała jednak do Chicago, ale potem wróciła do rodzinnego miasta.

Dominację Latynosów wśród jego mieszkańców Maria nieco zawyżyła, bo z oficjalnych danych wynika, że jest ich tu 80 proc. To jednak świadczy, jak są postrzegani: jako ogromna masa ludzi.

Na ulicy trudno wypatrzeć kogoś, kto choć trochę przypominałby WASP-a czy choćby imigranta z nieanglosaskiej części Europy. Poza ścisłym centrum ciągną się rzędami nieduże domki, jakby wprost przeniesione z drugiej strony granicy. „Aceptamos pesos” (przyjmujemy peso) – informują napisy na sklepach. Szyldy naturalnie po hiszpańsku. W domu towarowym przy jednej z głównych ulic z głośnika lecą informacje tylko po hiszpańsku – bo wśród klientów nie widać ani jednego nie-Latynosa. W lokalach i barach latynoski wygląd mają i goście, i obsługa.

El Paso to miasto graniczne i przez to być może nietypowe. Ale takich miejsc, gdzie dominują Latynosi, jest na południu mnóstwo. W centrach handlowych Los Angeles, podczas fiesty ulicznej w słynnej Yumie, w przygranicznych miasteczkach Arizony słyszy się prawie wyłącznie hiszpański. To, że każdy go używa albo przynajmniej rozumie, uznaje się tu za pewnik.

Ta część USA to domena imigrantów z Meksyku – inaczej niż na Florydzie, gdzie przeważają Kubańczycy, albo w Nowym Jorku, gdzie dominują przybysze z Puerto Rico. Niemniej to Meksykanie mieszkający w trzech stanach – Kalifornii, Teksasie i Nowym Meksyku – stanowią aż 70 proc. całej społeczności latynoskiej w USA.

Ile kosztuje mur

Arizona, posterunek wojskowy przy drodze łączącej Yumę z miasteczkiem Ajo, odległym od granicy meksykańskiej o 70 km. Pustkowie, gdzie rosną – tylko tu – imponujące kaktusy saguaro.

Żołnierz zatrzymuje nasze auto, prosi wszystkich o dokumenty i uważnie przegląda. Pyta o cel podróży. Turystyczny? W porządku. I choć jest mało prawdopodobne, aby przybysze z Polski bawili się w przemyt ludzi w takim miejscu, prosi o otwarcie bagażnika.
Powtarza się to kilkakrotnie, bo posterunki rozsiane są gęsto, nawet co parę kilometrów. Kontrola to rutynowa procedura na drogach biegnących wzdłuż granicy. Ruch jest tam niewielki, ale każdy pojazd powinien zostać sprawdzony. I nie tylko tam, bo także na niektórych trasach biegnących na północ, choćby z El Paso.

Walkę z nielegalną imigracją władze USA traktują poważnie. Ale choć coraz więcej ludzi wpada w ręce służb granicznych (według danych Pew Research Center w październiku i listopadzie 2016 r. w pobliżu granicy z Meksykiem zatrzymano ponad 90 tys. ludzi), tysiącom mimo wszystko udaje się przedostać do Stanów.

Czy zapowiedziany przez Trumpa mur, który ma oddzielić USA od Meksyku, okaże się bardziej szczelną zaporą? Sceptycy twierdzą, że nie, bo nawet najwyższe i najmocniejsze mury nie są w stanie zatrzymać ludzi zdeterminowanych. Jednak płoty, które przegrodziły bałkańskie szlaki uchodźców, znacznie ograniczyły ruch migracyjny. A mur na granicy z Meksykiem ma być konstrukcją o wiele większą niż te z Europy: wysokości minimum 9 metrów, grubości jednej trzeciej metra i ogromnej długości. Czy jednak da się uszczelnić 1600 km – połowę całej granicy USA z Meksykiem?

Mur istnieje na razie tylko w sferze planów, jako jedna z pierwszych decyzji prezydenta Trumpa. Ale już doprowadził do drastycznego pogorszenia stosunków z Meksykiem i odwołania wizyty prezydenta tego kraju w Waszyngtonie. Meksyk nie godzi się na postawienie muru ani tym bardziej na to, co Trump traktuje jako pewnik: że to Meksyk, który nie dba o blokowanie nielegalnym imigrantom drogi na północ, powinien ponieść koszty jego budowy. A nie są one małe – szacunki mówią o kilkunastu miliardach dolarów.

Konflikt o budowę muru jest najbardziej spektakularny. Ale nie jest ani jedyny, ani najważniejszy. Większe zaniepokojenie budzi ewentualność wojny handlowej. Gdyby Trump wprowadził w życie groźbę obłożenia 35-procentowym cłem towarów importowanych do USA z Meksyku – wiele firm z USA tam ma produkcję, z uwagi na niższe koszty pracy – Meksyk poniósłby dotkliwe straty.

Batalia o język

Kościół San Xavier del Bac koło Tucson to podobno najpiękniejszy przykład architektury hiszpańskiej w USA. Ma tak bardzo meksykański charakter, że słowa księdza, gdy przystępuje do odprawiania mszy, zaskakują. Angielski? Tutaj?

Rozpowszechnienie hiszpańskiego rodzi oczywiste pytanie o jego przyszłość. Czy to możliwe, aby kiedyś wyparł angielski i zajął jego miejsce jako najważniejszy język mieszkańców Stanów? Albo przynajmniej uzyskał równorzędną pozycję?

W Kalifornii dwa lata trwała batalia o wprowadzenie (czy też: przywrócenie) nauczania w hiszpańskim w szkołach publicznych. Możliwość taką zlikwidowano w 1998 r., gdy mieszkańcy stanu zdecydowali, że nauka w szkołach publicznych może się odbywać wyłącznie po angielsku. Teraz, wobec wzrostu liczby uczniów latynoskich, komisja ds. edukacji parlamentu stanowego uznała, że dla ich dobra ówczesną decyzję należy odwołać – co też się stało przy okazji ubiegłorocznych wyborów.

Co ciekawe, w wojnie o język w szkołach ścierały się argumenty odwołujące się do tych samych realiów. Zdaniem zwolenników hiszpańskiego dwujęzyczność to atut. Przeciwnicy twierdzili, że uczniowie latynoscy, którzy w szkole bez przeszkód będą się mogli posługiwać hiszpańskim, nie opanują należycie angielskiego, a to utrudni im integrację w społeczeństwie, z fatalnymi skutkami również na rynku pracy.

Takie lingwistyczne z pozoru dyskusje wiodą prostą drogą do formułowania postulatów o zasadniczym charakterze, takich jak ten, aby angielski został uznany za oficjalny język USA. Bo ma on taki status w ok. 30 stanach, ale nie na szczeblu federalnym. Rzecznicy angielskiego, skupieni w organizacjach U.S. English i ProEnglish, argumentują, że angielski w roli oficjalnego języka będzie działać jednocząco, a to jest potrzebne w kraju wielu wspólnot etnicznych i języków. Również w kontekście rozpowszechniania się hiszpańskiego.

„Nie jest dobrze, gdy w ludziach rodzi się przekonanie, że skoro znają hiszpański, to angielski jest im niepotrzebny. To osłabia proces asymilacji imigrantów, bo okazuje się, że można przyjechać do USA i jakoś żyć bez znajomości angielskiego” – argumentował Mauro Mujica, od ponad 20 lat przewodniczący U.S. English. Z pewnością wie, co mówi, bo sam jest imigrantem z Chile. Dodajmy, że z U.S. English przez wiele lat związany był Trump i inne prominentne postaci, m.in. pisarz Saul Bellow i Arnold Schwarzenegger.

Gigant się budzi

Pozostaje pytanie: jak zmiany wpłyną na miejsce Latynosów w życiu publicznym? Społeczność tak duża, a przy tym szybko rosnąca, nie może nie przyciągnąć uwagi polityków. Już teraz panuje przekonanie, że bez poparcia Latynosów nie da się wygrywać wyborów. Ale sami Latynosi też muszą zrobić krok naprzód, bo w porównaniu z innymi grupami są mało aktywni: głosuje tu tylko połowa uprawnionych, podczas gdy wśród białych i czarnych aż dwie trzecie. Dlatego, jak zauważa Mark Hugo Lopez, dyrektor sekcji hiszpańskiej ośrodka Pew, siła demograficzna Latynosów, nazywanych „uśpionym gigantem”, nie przekłada się na siłę polityczną. Gigant musi się przebudzić.

Pewien krok w tym kierunku został właśnie uczyniony: pod koniec lutego przewodniczącym Partii Demokratycznej – jednej z dwóch głównych sił politycznych w USA – został 55-letni kongresman Tom Perez. Ten były minister pracy i adwokat (w przeszłości, gdy praktykował, zajmujący się prawami człowieka) ma korzenie latynoskie. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka, współpracowniczka działu „Świat”.

Artykuł pochodzi z numeru TP 12/2017