Wykorzystanie nośnego mema uważam w tym wypadku za uzasadnione: „Brat summer się skończyło, czas na Diplodocus autumn”. I to uzasadnione w dwójnasób. Po pierwsze, nie ma w nim ani krzty przesady, bo po imprezowym lecie – tegoroczna jesień upłynie pod znakiem spotkań z twórczością Tadeusza Baranowskiego. W końcu nie tak dawno w łódzkim Centrum Komiksu i Narracji Interaktywnej otwarto poświęconą klasykowi polskiego komiksu wystawę „Śmieszy, tumani, przestrasza”. Na ekrany kin zawitała właśnie adaptacja jego najważniejszych utworów, animowana superprodukcja „Smok Diplodok”.
Po drugie, nawiązanie do fenomenu „pokolenia Z” odzwierciedla ponadczasowość komiksów Baranowskiego. O ile „Koziołek Matołek” z hukiem wyleciał z kanonu, „Tytusa, Romka i A’Tomka” podtrzymuje przy życiu nostalgia dzisiejszych pięćdziesięciolatków, a „Kajkowi i Kokoszowi” skórę uratowało wciągnięcie na listę lektur obowiązkowych, o tyle komiksy zaginionego członka bandy Monty Pythona przez lata nie straciły na relewantności. Tytuły, takie jak „Antresolka profesorka Nerwosolka”, „Skąd się bierze woda sodowa” czy też „Co w kaloryferze piszczy”, bynajmniej nie zmurszały – zamiast cuchnąć naftaliną, nieprzerwanie niosą ożywczy powiew.
Praktyczny Pan
Tadeusz Baranowski urodził się w 1945 r. w Zamościu. Od małego ciągnęło go do rysunku. Trudno się dziwić, wychowywał się w domu, w którym sztuka była na porządku dziennym; jego ojciec był rzeźbiarzem i dyrektorem lubelskiego plastyka.
Dyplom ASP był mu po prostu pisany. Przez studia na Wydziale Grafiki i Malarstwa przebrnął przebojem jak Nerwosolek przez Mgławicę Oriona. Młody Baranowski specjalizował się w malarstwie abstrakcyjnym, lecz pustka w portfelu pchnęła go ku grafice użytkowej. Na potrzeby czasopisma „Przyjaciółka” tworzył czarno-białe ilustracje do artykułów. Z czasem zaczął parać się także projektowaniem okładek oraz przygotowywaniem makiet.
Tym sposobem wszedł na ścieżkę, która zaprowadziła go wprost do święcącego triumfy (w szczytowym momencie wydawanego w nakładzie przekraczającym 400 tys. egzemplarzy) „Świata Młodych”. To właśnie za layout młodzieżowego czasopisma, na długo przed srebrnym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2007), przyznano mu brązowy Krzyż Zasługi.
Historyjki obrazkowe były ważną częścią „Świata Młodych”. Na jego łamach publikowano prace m.in. Papcia Chmiela, Szarloty Pawel oraz Jerzego Wróblewskiego. Baranowski dołączył do tego grona w 1975 r., rysując komiks „Ten piekielny Barnaba” do scenariusza Jerzego Dąbrowskiego. Przygody dobrodusznego lwa były zaledwie wprawką przed prawdziwym wyzwaniem, jakim była autorska seria „Opowieści pradziadka Hieronima, wieczór pierwszy”. To w niej zadebiutowali ciamajdowaci rewolwerowcy Kudłaczek oraz Bąbelek, pragnący za wszelką cenę odnaleźć ujęcie ich ulubionego napoju – wody sodowej. Bohaterowie na drodze do bąbelkowej oazy trafiali na wszelkiej maści oryginałów: od indiańskiego wodza Wielkiego Niepokoju, przez obłędnego rycerza Don Chichota oraz jego giermka Sączy Pącza, po wampiry, dżina, potwora morskiego, słowem, szereg fantastycznych stworzeń. Baranowski znał się na kreśleniu osobliwych figur jak Diplodok na podróżach w czasie i przestrzeni.
Badając teksty krytyczne poświęcone legendzie „Świata Młodych”, można dojść do wniosku, że do jego twórczości przylgnęły na dobre przymiotniki „absurdalny” tudzież „surrealistyczny”. Rzeczywiście, zbzikowane perypetie Kudłaczka, Bąbelka i ich rówieśników sytuują się gdzieś na przecięciu „Latającego cyrku Monty Pythona” oraz „Żółtej łodzi podwodnej” George’a Dunninga.
Baranowski uwielbiał stawiać swoich bohaterów w niecodziennych sytuacjach. Dlatego trzpiotowaty superbohater Orient Men wdał się w spór z Inuitą o niesprawny kaloryfer, Diplodok oraz czarodziej Hokus Pokus padli pastwą figlarzy z Państwa Figlów Miglów, a roztrzepany profesor Nerwosolek i jego rezolutna asystentka-gospodyni Entomologia Motylkowska przemierzyli wszechświat wzdłuż i wszerz, zaczynając od wnętrza Ziemi, na kosmosie kończąc.
To może zakrawać na panegiryk, ale trudno mi powstrzymać się przed stwierdzeniem, że wśród twórców literatury
fantastycznej Baranowski powinien zajmować pozycję równorzędną Terry’emu Pratchettowi.

Ecie-pecie o humorze i kolorze
Był nie tylko wybornym fantastą, lecz także znakomitym kawalarzem. Specjalizował się w slapstickowych gagach, jednakże najwięcej frajdy sprawiają jego dowcipy. Komizm słowny przybiera u Baranowskiego różne postaci – raz są to zabawy z homonimami (ślusarz wezwany do odbudowy królewskiego zamku), innym razem semantyczne przekształcenia przenośni (miejska dżungla zamieszkiwana przez „słonia dachowca”), jeszcze innym razem eksperymenty z paronomazją (Sherlock Bombel poszukujący zaginionego lontu [Tadeusza] Atlantydy). Humoreski ojca Diplodoka są fenomenem tyleż literackim, co komiksowym.
Baranowski dał się poznać jako wybitny praktyk opowieści obrazkowych, wykorzystujący możliwości medium w sposób niespotykany wcześniej w rodzimych utworach. Jego bohaterowie nie tylko ustawicznie burzą czwartą ścianę, podejmując dialog z autorem, lecz także zacierają granicę między treścią i jej ramą, skacząc z planszy na planszę, „przebijając” strony, czy też dryfując w przestrzeni między kadrami.
Skoro o kadrach mowa – Baranowski chętnie kwestionował ich granice. Przekształcał je do woli; wydłużał, rozszerzał, obracał i skręcał. Nowatorski był także sposób ich rozmieszczenia. Zdarzało się, że sprzecznie z intuicją zmieniał orientację strony lub wywracał kierunek czytania (od prawej do lewej, od dołu do góry).
W wypadku odznaczonego rysownika formalne harce współgrały z fantazyjną treścią. Charakterystyczne dla jego pierwszych prac stały się przedstawienia bujnej roślinności, która rozpościerała się szeroko na stronicach, oplatając kadry. Powykręcane gałęzie, różnego kształtu liście oraz wielorakie kwiaty: koszyczki, talerzyki, dzwonki i kłosy tworzyły barwną scenerię dla dracznych przygód Nerwosolka i mu podobnych.
Baranowski nie szczędził w swoich komiksach koloru; rysunki okraszał nieoczywistymi odcieniami (ach te fuksje!), bawił się półtonami oraz gradientami. Mimo że w jego dorobku znajdują się tytuły narysowane zgodnie z frankofońską regułą quasi-realizmu (powstała z myślą o rynku belgijskim „Historia wyssana z sopla lodu”), to jego nadrealne światy odwiedzane są przez miłośników komiksu najchętniej.
Na co dybią animatorzy
Próbuję sobie wyobrazić, jak potoczyłyby się losy Baranowskiego, gdyby urodził się na amerykańskiej ziemi. Może zostałby okrzyknięty następcą Winsora McCaya. Może jego komiksy rozeszłyby się na pniu, a może wręcz przeciwnie – przyzwyczajona do skonwencjonalizowanych opowiastek o Archiem i superbohaterszczyzny klientela uznałaby je za zbyt awangardowe i odłożyła między szpargały. Kto wie, może trafiłyby na ekran mały (Kudłaczek i Bąbelek z powodzeniem mogliby występować w sitcomach studia Hanna-Barbera) lub duży (stawiam dolary przeciwko orzechom, że Don Bluth z serią o Fruwaczkach zdziałałby cuda).
Pewne jest jedno: bez względu na obywatelstwo autora „Podróże smokiem Diplodokiem”, „Antresolka profesorka Nerwosolka”, a nawet „Bezdomne wampiry o zmroku” posiadają filmowy potencjał. W latach 80. Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej (rodzimy gigant odpowiedzialny m.in. za „Reksia” oraz „Bolka i Lolka”) dwukrotnie podjęło się próby ekranizacji Baranowskiego. Krótkometrażowe „Przygody profesora Nerwosolka” świata nie zawojowały. Szansę na to ma jednak najnowsza adaptacja komiksów klasyka – „Smok Diplodok”.
Produkcyjne perypetie filmu Wojciecha Wawszczyka są równie zawiłe, co droga prowadząca do źródła wody sodowej. W głowie reżysera, skądinąd uznanego komiksiarza i animatora z hollywoodzkim stażem, pomysł na przełożenie narzecza Baranowskiego na język kina zrodził się jeszcze w czasach studiów na łódzkiej filmówce. Wówczas, wychowany na „Podróżach smokiem Diplodokiem”, miał przyjemność spotkać swojego idola i złożyć mu obietnicę ekranizacji ukochanych historii. Do jej spełnienia przystąpił w okolicach 2012 r., kiedy połączył siły z producentem Maksem Sikorą w studiu Human Ark (dziś Human Film). Przez osiem lat trwały prace nad scenariuszem oraz tworzenie projektów plastycznych, jak i żmudne poszukiwania inwestorów.
„Film z takim rozmachem, realizowany w sposób, jaki robią to duże studia, w naszym kraju jeszcze nie powstał. Aby taki projekt się udał, potrzeba było wielkiego budżetu. Tymczasem niewiele instytucji chciało zaryzykować takie pieniądze, ponieważ nie było uprzednio dowodu, że jest to w ogóle wykonalne” – stwierdził reżyser, wskazując na błędne koło, w którym tkwi rodzima branża animacji.
Dzięki Orient Menowi, budżet udało się spiąć. Niestety w chwili, gdy produkcja miała ruszyć z kopyta, nastała pandemia covid-19. Wraz z pierwszym lockdownem liczące sześć osób grono animatorów utknęło w domach.
„Po pół roku mieliśmy około dwudziestu jeden sekund filmu. Byliśmy załamani” – wspomniał Wawszczyk. Dopiero w 2021 r. produkcja zaczęła przyspieszać, a jej skala rosnąć. Nad filmem pracowały nie tylko osoby, które z bohaterami Baranowskiego beczkę soli zjadły (m.in. uznani twórcy komiksów, tacy jak Tomasz Leśniak, Michał Śledziński, Janusz Ordon i Marek Oleksicki), lecz także przedstawiciele pokolenia wyrosłego na skrajnie odmiennych tekstach kultury, dla których Nerwosolkowo było nieznanym lądem.
Mimo że Baranowski nie brał czynnego udziału w produkcji filmu, reżyser na bieżąco informował go o postępach prac. Obdarzył filmowców bezgranicznym zaufaniem. W końcu, jak sam przyznał, swoją wersję Diplodoka miał już okazję stworzyć. Teraz przyszła kolej na Wojciecha Wawszczyka.
Wejście smoka
„Stwierdziliśmy, że dla dobra zarówno komiksu, jak i filmu nie możemy przełożyć go jeden do jednego” – przyznaje reżyser „Smoka Diplodoka”. Animacja i komiks, choć pozornie podobne, znajdują się jednak na antypodach. Zamiast kurczowo trzymać się pierwowzoru, Wawszczyk postanowił popuścić wodze fantazji (to przecież nauka pobrana od samego mistrza) i na kanwie „Podróży smokiem Diplodokiem” oraz „Antresolki profesorka Nerwosolka” opowiedzieć osobną, bo osobistą, historię.
„Smok Diplodok” jest pełną współczucia i taktu opowieścią o potrzebie zrozumienia i przynależności, słabościach, które należy zaakceptować, oraz sprawczości, z której trzeba wpierw nauczyć się korzystać. To także dopieszczony wizualnie, widowiskowy blockbuster, wypełniony po brzegi wartką akcją i humorem; przywodzący na myśl tytuły takie jak „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”. Jednakże przede wszystkim jest to list miłosny do wyjątkowych komiksów Baranowskiego, które naprzemiennie śmieszą, tumanią i przestraszają.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















