Zmarł David Thomas z Pere Ubu: Jak polubiłam tego „księgowego rocka”?

Przyjemnie udawać, że czegoś nie rozumiemy, np. sztuki współczesnej – czujemy się wtedy tacy rozkosznie normalni. Ale o wiele większą satysfakcję przynosi próba znalezienia z jakimś dziełem wspólnej fali.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Ten, dla kogo muzyka jest stałą i ważną towarzyszką życia, pewnie zna doświadczenie negocjowania z sobą samym – kiedy jakaś płyta z pozoru się nie podoba, ale jednak każe do siebie wracać, albo kiedy uparcie decydujemy się jednak wsłuchać w jakąś muzykę tak, by znaleźć do niej kod i się z nią mimo wszystko zaprzyjaźnić, nawet gdy kontakt z nią przypomina próbę pogłaskania jeżozwierza. Gdy próby zakończą się powodzeniem, przynosi to wielką satysfakcję: poznajemy inny wymiar słuchania, ta sama muzyka zaczyna brzmieć dla nas odmiennie i stopniowo cementuje się sympatii nić.

Uruchamianie odtwarzacza...

Muzyka Davida Thomasa inspirowała Joy Division

Szczególnie wiele radości daje złapanie wspólnej częstotliwości z czymś, co nie daje się łatwo polubić, co jest „niepodobalne”, oporne. Tak wyglądała moja przygoda z muzyką właśnie zmarłego Davida Thomasa, założyciela awangardowo rockowej grupy Pere Ubu. To muzyka kanciasta, chwilami złowroga, a czasem w niezgrabiaszowski sposób ładna, która zainspirowała niegdyś muzyków Joy Division, R.E.M. czy Pixies. Poznałam ją, jak w wielu innych przypadkach, najpierw zaocznie, na piśmie – nie mając wówczas (jako nastolatka na przełomie tysiącleci) bezpośredniej możliwości odsłuchu, uwierzyłam słowom Rafała Księżyka w czasopiśmie muzycznym „Brum”, gdyż zawsze naprawdę przekonująco pomagał on wyobrazić sobie jakieś dźwięki. Wśród tej publiczności, dla której Pere Ubu stali się naturalnie kultowi, znaleźć się nie mogłam – gdy grali w Polsce na festiwalu Marchewka, miałam trzy lata.

Pasjonaci muzyki wyodrębniają kategorię artystów, których wypada szanować albo się ich lubieniem popisywać, choć raczej się ich nie słucha z własnej woli (Captain Beefheart, Frank Zappa itp.). Niektórzy mogliby włączyć tam i Pere Ubu; w końcu i ja nie przepadałam na pierwszy rzut ucha, lecz wkładałam w odsłuch świadomy wysiłek – chciałam przed samą sobą stać się kimś, kto naprawdę zna się na muzyce.

– Pere Ubu to „nieudolny zespół popowy, który zbliża się do sukcesu o włos, ale zawsze daje nogę” – David Thomas, założyciel zespołu Pere Ubu

Koniec końców jednak fakt, że – jak mówił David Thomas – Pere Ubu to „nieudolny zespół popowy, który zbliża się do sukcesu o włos, ale zawsze daje nogę”, sprawił, że zaczęłam ich słuchać z realną przyjemnością. Wspaniale ujmowali tę radość porażki, taką, gdy zbierzemy wszystkie naklejki w promocji, ale nie chce się już nam kłopotać po pluszaka dla wytrwałych zbieraczy.

Wnikliwie inteligentny i osobliwie ekspresyjny David Thomas nie pasował do swoich scenicznych rówieśników czy uczniów. Miał wysoki głos, czasem wpadający w kabaretowe czy kaznodziejskie tony. Jednocześnie w porównaniu ze zbójeckim, ulicznym rysem Marka E. Smitha z The Fall, ekstatyczną wulgarnością Iggy’ego Popa czy kanciastym wdziękiem najbardziej do niego podobnego muzycznie Davida Byrne’a wydawał się cokolwiek posępnym, ale jednak zwyczajnym gościem. Miał w sobie coś z poczciwości filmowych bohaterów Toma Hanksa i wykwintnej mizantropii Ignatiusa Reilly’ego, bohatera kultowej, choć nieco zapomnianej powieści „Sprzysiężenie głupców” (potem dowiedziałam się, że Greil Marcus, kronikarz amerykańskiego rocka, wpadł kiedyś na podobne skojarzenie).

Przez „mózgowy”, mało emocjonalny styl Pere Ubu ktoś kiedyś nazwał Thomasa księgowym rocka. Jest to faktycznie muzyka przywodząca na myśl frustracje bystrego faceta, który tkwi ku swej cichej rozpaczy w prozaicznym miejskim życiu (Pere Ubu powstali w przemysłowym, prostolinijnym i mało artystycznym Cleveland) jak w nerwowym mysim labiryncie: tkwienie w korkach, buczenie klaksonów, szum kserokopiarek, bieganina, papierosy. Ma w sobie coś kafkowskiego, choć nazwę zawdzięcza chyba najsłynniejszemu wybrykowi literatury – sztuce „Król Ubu” Alfreda Jarry’ego. Trudno mi pomyśleć o muzyce, która lepiej ilustruje to, jaki bałagan może kryć się w głowie najbardziej niepozornego człowieka, to, że nigdy nie wiemy, co kto chowa na strychu.

Moja własna przygoda z Pere Ubu uświadamia mi jednak pożytki z drobnych snobizmów. Przyjemnie z pewnością udawać, że się czegoś nie rozumie, że coś jest dla nas zbyt zawiłe, że nie rozumiemy sztuki współczesnej – czujemy się wtedy tacy rozkosznie normalni. Ale o wiele większą satysfakcję przynosi próba zrozumienia czy znalezienia z jakimś dziełem wspólnej fali („rock to inteligentna komunikacja niewerbalna”, mówił David Thomas). Na próbę – zobaczcie telewizyjne wykonanie utworu „Waiting for Mary” z udziałem Debbie Harry i Davida Sanborna. Neurotyczni awangardziści też potrafią mieć frajdę.

Kaseta też może być sympatycznym małym snobizmem // Fot. Olga Drenda
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 19/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Pożytki ze snobizmów