Reklama

Zieleń jest wartością

Zieleń jest wartością

06.05.2020
Czyta się kilka minut
Chcemy wierzyć, że epidemia może prowadzić do zmiany na lepsze. Wiele osób spodziewa się hiperinflacji, kryzysu, tego, że nastąpi krach i ludzie będą traktować się coraz gorzej. Ale w odpowiedziach na nasze badanie przy tym wszystkim nie milknie głos nadziei – rozmowa z antropolożkami kultury z Muzeum Etnograficznego w Krakowie.
Krakowskie Planty, kwiecień 2020 r. / Fot. Beata Zawrzel/REPORTER
M

Monika Ochędowska: Dwa miesiące temu utknęliśmy jak rozbitkowie na wysepkach mieszkań i domów. Panie w tym najtrudniejszym momencie całkowitej izolacji rzuciły list w butelce. W środku – proste pytania o codzienność. Jak się czujesz? Co masz w lodówce? Czy dobrze śpisz? Przypłynęły tysiące odpowiedzi.

Olga Błaszczyńska: Rzeczywiście, zaskoczyła nas ogromna chęć podzielenia się doświadczeniem kilku- czy kilkunastodniowej wtedy izolacji. Wypełnienie ankiety zamieszczonej na stronie muzeum wymaga dość dużo czasu i namysłu, a większość z tych, które spłynęły do naszych skrzynek, opatrzona została komentarzem, że... to dobrze, iż to  pomaga. Ludzie czują sens opowieści. Szybko wykiełkowała potrzeba uporządkowania sobie tego, co nas spotkało. My też mamy taką potrzebę, stąd w ogóle pomysł, żeby podjąć badania. To było i nadal jest bardzo intensywne doświadczenie. 

Dorota Majkowska-Szajer: Myślę, że popularność ankiety wynika także z faktu, że o wielu lękach nie chcemy mówić, szczególnie z bliskimi, których próbujemy w ten sposób chronić. Dlatego tak ważne są momenty, które pozwalają zebrać i ułożyć myśli, a fakt, że można się nimi podzielić zupełnie anonimowo, przynosi ulgę.

Kiedy zaczęliśmy się bać?

DM-Sz: Ograniczenia poruszania się w przestrzeni publicznej uruchomiły wyobraźnię ukształtowaną przez historię i popkulturę. Z filmami o zombie skojarzyła nam się pustka na ulicach zatłoczonych dotąd miast i metropolii. Puste kościoły, puste niebo... Ostrzegające przed wychodzeniem z domu nagranie emitowane z samochodów policji i straży pożarnej  przywołało obrazy wojny, katastrofy, apokalipsy. 

Ale to szczególnie wiadomości z Włoch uformowały nasze myślenie o tym, co może nas spotkać w czasie epidemii. W odpowiedziach na pytanie o to, co zapamiętamy z tego okresu, powracają obrazy z włoskich szpitali: przepełnione sale, trumny, wojskowe samochody wywożące ciała zmarłych. Ktoś zapamiętał nagranie kaszlącego pacjenta... 

Zostaną z nami także wiele mówiące o lęku obrazy bardziej intymne, dotyczące codzienności, na przykład, jak napisała jedna z kobiet, spierzchnięte od ciągłego mycia i środków dezynfekujących dłonie córeczki.   


CZYTAJ TAKŻE

TRZY LEKCJE NA KWARANTANNĘ: W tym, co się teraz dzieje, ukryta jest ważna wiadomość. Taka, przed którą udawało się nam dotąd schować >>>


Wystraszyliśmy się, że państwo nie zadziała?

Agnieszka Marczak: Z ankiet wynika, że to strach podszyty złością. Złością na działania rządzących, brak autorytetów, decyzyjny chaos na świecie, nieprzemyślane ograniczenia –  zbyt dużą albo zbyt małą ich liczbę. Boimy się o pracę, zdrowie najbliższych. Ale boimy się także o osoby nieznane, czujemy się solidarni w tym, co przeżywamy. To jest w gruncie rzeczy bardzo pocieszające – piszemy, że samoorganizacja społeczeństwa daje nadzieję. 

DM-Sz: Nie oglądając się na państwo ludzie zaczęli się organizować, pomagać sobie. Uczestniczenie w tych spontanicznych akcjach, ale też choćby śledzenie ich, wspominane jest przez uczestników badań jako to, co poprawia nastrój, pomaga przezwyciężyć lęk i poczucie bezsilności. Podobnie solidarność w izolacji. Wynikająca z niej pustka była dla wielu osób przerażająca, ale okazała się także źródłem ukojenia. Przypomniała mi się teraz odpowiedź jednej z kobiet, która napisała, że szła przez puste ulice i się uśmiechała. Doświadczanie przestrzeni, która nie jest hałaśliwa, zakorkowana, przynosi ulgę.  

Co usłyszeliśmy, gdy zniknął uliczny hałas?

DM-Sz: Najpierw ciszę. Ona bywała przejmująca, niepokojąca. Cisza sprawia, że docierają do nas dźwięki na co dzień zagłuszane – ktoś przyznaje, że odkrył śpiew ptaków. Ale słyszymy też naszych sąsiadów...    

Zanim zaczęłyśmy rozmowę, moi sąsiedzi otworzyli okna i włączyli muzykę. Jest poniedziałkowe przedpołudnie i, będąc w pracy, uczestniczę także w koncercie rockowym.

DM-Sz: Rzeczywiście, choć jesteśmy pozamykani w domach, wciąż żyjemy obok siebie i dźwięki nas łączą. Wszyscy słyszymy na przykład bicie kościelnych dzwonów. 

Co nas jeszcze łączy?

DM-Sz: Chcemy wierzyć, że epidemia może prowadzić do zmiany na lepsze. Owszem, wiele osób spodziewa się hiperinflacji, kryzysu, tego, że nastąpi krach i ludzie będą traktować się coraz gorzej. Ale przy tym wszystkim nie milknie głos nadziei.  

To znaczy, że znaleźliśmy już odpowiedź na pytanie, dlaczego tak karnie zostaliśmy w domach.

DM-Sz: Na razie próbujemy zrozumieć, jak w ogóle do tego doszło. Pojawiają się głosy, że sami jesteśmy sobie winni. Że wirus jest efektem naszego stosunku do świata: niszczymy planetę, beztrosko eksploatujemy jej zasoby, jesteśmy obojętni na zmiany klimatyczne, cierpienie zwierząt, zapomnieliśmy się w konsumpcji, nadmiarze, hałasie...  


CZYTAJ WIĘCEJ: AKTUALIZOWANY SERWIS SPECJALNY O KORONAWIRUSIE I COVID-19 >>>


Koronawirus jest karą?

OB: Czy karą... to za dużo powiedziane, takie sformułowanie chyba nie pada wprost. Jest raczej lekcją, przymusowym zatrzymaniem się, z którym można, a może trzeba coś konstruktywnego zrobić. Pojawiają się głosy rodziców nastolatków, którzy tę sytuację postrzegają jako ważną naukę dla swoich dzieci. Widzą, że do tej pory żyli w dość beztroskim świecie, mieli niemal nieograniczony dostęp do wszystkiego. I teraz piszą o tym, że choć doświadczenie utraty pewnych możliwości jest dla młodych ludzi trudne, to pozwala dostrzec, że wszystko może się skończyć ot tak, że nic nie jest dane na zawsze.

DM-Sz: Niektórzy odebrali pandemię jako znak ostrzegawczy. Sygnał, że musimy zmienić swoje życie, uporządkować relacje we wspólnocie. Zrodziła się troska o to, gdzie zgubiliśmy wartości, które pozwoliłyby w obliczu pandemii wszystkim poczuć się bezpiecznie. Zauważyliśmy nierówności społeczne, które teraz mocno się ujawniają. W ankietach wybrzmiewa nadzieja, że dostrzeżemy ludzi, którzy dotąd pracowali na śmieciówkach, a teraz zostali bez środków do życia. Bardzo widoczna jest troska o osoby w kryzysie bezdomności i uchodźców. Myślimy o tych, którzy mają ograniczony dostęp do służby zdrowia.  

Poczuliśmy się odpowiedzialni?

DM-Sz: Czasami za bardzo. Ktoś napisał, że po raz drugi staliśmy się dorośli. Przejęliśmy odpowiedzialność za naszych rodziców, których uznaliśmy za bardziej zagrożonych. Chcemy ich chronić wyręczając w codziennych sprawunkach, zakazując wychodzenia z domu. To powszechne nawoływanie, by osoby starsze zostały w domach, to poirytowanie ich obecnością w sklepach, w aptekach, na ulicach często wynika z troski, ale jest też rodzajem opresji. 

AM: Właściwie to moment pokoleniowego konfliktu, w którym ważymy, kto będzie nadawał ton, kto zdobędzie decydujący głos. Jak wynika z ankiet, starsze pokolenia, zwłaszcza te mające doświadczenia wojenne, częściej podchodzą do pandemii z humorem: „za okupacji było lepiej, można się było chociaż spotkać, bo konspiracja była!”. To oczywiście żart, ale pokazujący, że seniorom najbardziej doskwiera izolacja, brak możliwości spotkania z rodziną, z wnukami. 

Jakich potrzebujemy zmian?

DM-Sz: Pamiętam taką odpowiedź: „jeśli sytuacja miałaby się powtórzyć, nie chcę wylądować znowu w takim osamotnieniu”. Jest w nas silna wola budowania i wzmacniania relacji, które czynią życie znośniejszym. Bardzo potrzebujemy bliskości, także fizycznej. 

OB: Odzywamy się do osób dawno niewidzianych, niesłyszanych. Bywa, że naprawiamy błędy z przeszłości. A to przeprosiny – że „w liceum całowałem się z Twoją dziewczyną”. A to telefon do przyjaciółki, której kiedyś nie odpisaliśmy na SMS-a, a potem minęło pół roku i już nam było wstyd. Teraz jest moment, żeby pogadać. Jakbyśmy przeczuwali, że to czas większej wyrozumiałości.

DM-Sz: Gdy skończy się pandemia i jej ograniczenia, planujemy oczywiście zabawy i podróże...   

OB: I randki. 

DM-Sz: Ale przede wszystkim spotkania, takie twarzą w twarz, nie przez internet. Ktoś pisze: „pojadę do babci i wreszcie ją przytulę”, ktoś inny: „od miesiąca nie podałem nikomu ręki”. Jedna z kobiet wspomina, że na zawsze zapamięta dzień, gdy przywiozła swoim rodzicom jedzenie, ale nie mogła ich uściskać, dotknąć. I tak się rozstali... Praktyki dystansowania się od innych wywołują niepokój i poczucie braku. Zastanawiamy się, czy zdołamy to odkręcić. Czy kiedy już wyjdziemy z domów, uda nam się pozbyć podejrzliwości, przekonania, że możemy być dla siebie zagrożeniem? Czy da się o tym wszystkim zapomnieć i żyć jak kiedyś? 


CZYTAJ WIĘCEJ: Tygodnik na kwarantannę - wybór najlepszych tekstów dostępny bezpłatnie!



Ale czy my chcemy żyć jak kiedyś?

OB: W pewnym sensie już nie możemy. Zostaliśmy postawieni przed lustrem. Konfrontujemy ze sobą, robimy bilans, dowiadujemy, czego chcemy, czego nam brakuje, co nam się w naszych życiach podoba, a co nie. Wygląda to tak, jakby tęsknoty, które w sobie nosiliśmy, a od których udawało się nam uciekać codzienną rutyną, w czasie odosobnienia, nasiliły się i nie jesteśmy w stanie już ich nie dostrzegać. Nikt nas nie pytał o to, czy mamy ochotę się z tym zmierzyć, to się po prostu stało. 

I co teraz?

OB: I teraz z tym ogromem emocji, które odczuwamy, i z tą nową wiedzą o sobie musimy coś zrobić. Tworzymy więc nową rutynę. Bywa, że wykorzystujemy ten czas na rozwój. Ciekawe są w tym kontekście opowieści o praktykach porządkujących codzienność, różnicujących dni, czasem na powszednie i świąteczne. Jedni szykują pyszny obiad i pieką ciasto, inni starają się po prostu nie pracować. Są opowieści o kontynuowaniu praktyk religijnych pomimo niemożności spotkania we wspólnocie. Są historie mówiące o przestrzeganiu szabatu, o doświadczeniach związanych z Wielkim Postem – niektórym izolacja pomogła w głębokim przeżywaniu tego czasu. Są też świadectwa medytacji, lektury jako praktyki duchowej, ludzie piszą o kontakcie z przyrodą. 

AM: Bywa, że zostaliśmy zamknięci w swoich domach w trakcie jakiejś zmiany. I ta zmiana została zawieszona, odwleczona w czasie – na przykład okazało się, że trzeba odwołać ślub. Wiele odpowiedzi w ankietach wiąże się z rozpoczętymi i niedokończonymi remontami. Nie zdążyliśmy zrobić kuchni, postawić ściany, za którą można by się schować przed domownikami. Epidemia zamroziła nasze plany. Niczego na razie nie zmienimy, bo w sklepie już nawet nie ma kafli, które wybraliśmy do łazienki. 

DM-Sz: Męczą nas obawy o zdrowie, ograniczenia, utrudnienia w załatwieniu najprostszych spraw, o których mówi Agnieszka. Okazuje się jednak, że nie wszyscy tęsknią za życiem przed pandemią. U wielu osób pojawiła się myśl: „jak to wszystko się skończy, będę żałować”. Ktoś napisał: „będę żałować, bo teraz niczego nie muszę”. Nikt ode mnie nie wymaga aktywności towarzyskiej i bycia na bieżąco z repertuarem teatrów. Nikt nie wymaga, żebym się dobrze ubrała, żebym się malowała. Nie czuję, że mnie coś omija. 

Pozwoliliśmy sobie zakwestionować to, co wydawało się oczywiste. Odkrywamy, że bycie z bliskimi sprawia nam radość. Zaczęliśmy jeść regularne posiłki. Albo jeść wtedy, kiedy jesteśmy głodni – nie wtedy, kiedy akurat ktoś wyznaczył nam przerwę. Dociera do nas, jak wiele godzin spędzaliśmy w pracy, ile czasu traciliśmy na dojazdy. Ktoś napisał:  „nie wiem, jak wrócę do pracy, jak zrobię to mojemu kotu, z którym teraz ciągle się bawię”. Tłumaczymy sobie, że to wyhamowanie może czemuś służyć. Obiecujemy, że zmienimy pracę albo już nie pozwolimy się w niej tak wykorzystywać. Uniezależnimy się. Poszukamy zajęcia, które daje satysfakcję.  

Adaptujemy się, przyzwyczajamy do nowego trybu życia, oswajamy lęki. Zresztą niektórzy z nas są przekonani, że świat już nigdy nie wróci na dawne tory, że nigdy nie będzie już tak samo.  

Tak samo, czyli jak?

DM-Sz: Bezpiecznie. Nie odczujemy już komfortu, który musieliśmy porzucić. Okazuje się, że pod pewnymi względami było nam bardzo dobrze. Nasze życie nie było zagrożone. Nie musieliśmy się codziennie zastanawiać ani nad tym, czy sklepy będą otwarte, ani nad tym, czy będziemy mieli za co zrobić w nich zakupy.  

W swoich domach też czuliśmy się lepiej?

AM: Teraz zrobiło się ciasno, dusimy się, potrzebujemy powietrza. Niektórzy cały czas wietrzą, by czuć kontakt ze światem zewnętrznym. Czujemy się – użyję porównania, które pojawiło się w ankiecie – „jak papugi w klatce”. Dom jest jak „poczekalnia”, „statek kosmiczny” albo „łódź podwodna”. Ale pamiętam parę, która napisała, że mimo iż mieszkają na 30 metrach z psami, to czują się dobrze, bo są razem. Niektórzy wręcz odwrotnie: ciągłe bycie razem jest dla nich synonimem zagrożenia ze względu na przemoc domową. 

DM-Sz: Dla wielu osób uwięzienie w domu jest trudne, wiąże się z bólem. Na naszą ankietę odpowiadają także ludzie zmagający się z depresją. Ale ważnym, przynoszącym ulgę gestem okazuje się troska o rośliny. Podczas spacerów, nawet blisko domu, widujemy teraz sarny, dziki. Słyszymy ptaki. Przyroda podeszła bliżej. Ktoś wspomina, że zdał sobie sprawę, jaką wartością jest zieleń. Odżywczą, witalną. Odbieram to jako jeden z przejawów zagnieżdżonej w nas nadziei – że jest coś takiego, co trwa. Wiosna się znowu wydarza. 

Co jeszcze jest ważne?

DM-Sz: Proste rzeczy – dostrzegliśmy wagę tego, że mamy prąd, lodówkę i kran, z którego płynie woda. Najważniejszy jest komputer – miejsce pracy, źródło rozrywki, narzędzie kontaktu ze światem i rodziną. Ale istotne stały się przedmioty, które pomagają nam pamiętać, kim byliśmy, zanim to wszystko się zaczęło – plecak czekający na górskie wyprawy, gitara, pamiątki z podróży. I to, co daje nadzieję, na przykład różaniec. 

Ale wiele osób pisze, że przedmioty przestały się liczyć. Z pewnym poczuciem ulgi odnotowaliśmy, że nie potrzebujemy nowych rzeczy, ubrań. Pozbywamy się ich, robimy porządki i miejsce w domu. Nie chcemy nadmiaru. Przedmioty, poza tymi, które zapewniają  bezpieczeństwo, w ogóle nie są ważne...   

Poza maseczkami i mydłem?

DM-Sz: Poza maseczkami, mydłem i rękawiczkami poczucie bezpieczeństwa dają pieniądze, telefon, samochód. Ktoś w tym kontekście wspomniał także o broni. 

Planujemy przyszłość?

AM: Myślenie o czasie wywołuje niepokój. Rezygnujemy z odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie zaczynające się od „kiedy”, czujemy się wobec niego bezradni. Łatwiej jest myśleć o tym, „jak” będzie wyglądał świat w przyszłości, niż „kiedy” ona się zacznie.  

OB: Bez trudu jednak piszemy o tym, co zrobimy, gdy skończy się pandemia, bo to niewielkie plany, w większości gesty, których nam brakuje: „przytulimy, pojedziemy, spotkamy”… 

DM-Sz: Część z nas przestała planować przyszłość, bo poczuła, że niewiele od tego zależy. Wszystkie plany zmiotło tsunami. Żyjemy z dnia na dzień, robimy listy zakupów i rozpiskę bieżących zadań. Nie pozwalamy sobie nawet myśleć o tym, gdzie pojedziemy na wakacje. Ktoś pisze: „jeszcze niedawno bardzo chciałam mieć kolejne dziecko, teraz już nie jestem tego pewna” – i to niejedyny taki głos. Tylko to, co tu i teraz ma jakieś znamiona pewności.  

Nie będziemy ryzykować?

DM-Sz: Jest w nas wciąż jakaś przestrzeń wolności, podejmujemy ryzyko w imię czegoś, co jest dla nas ważne. Ryzykowaliśmy zapłacenie mandatu, żeby pobyć chwilę w lesie, na świeżym powietrzu. Łamiemy zasady, by zamienić z kimś kilka zdań, bo potrzeba bliskości jest silniejsza niż lęk przed zachorowaniem. 


W połowie marca Muzeum Etnograficzne w Krakowie udostępniło w internecie anonimowy kwestionariusz „Nasze życie w czasach zarazy”, tworząc przestrzeń dzielenia się emocjami i spostrzeżeniami. To 45 pytań o naszą codzienność w okresie pandemii. Wszystkie zostaną zachowane w zbiorach MEK.

Już teraz Muzeum publikuje na swojej stronie „Wycinki” pobrane z napływających w badaniach treści. Rozpoczyna też prace nad „Kolekcją w kwarantannie” – zbiorem przedmiotów, które zaświadczą o sposobach radzenia sobie z rzeczywistością, w jakiej się znaleźliśmy. One także pomogą w przyszłości opowiedzieć o tym, co dziś przeżywamy.  


Olga Błaszczyńska – antropolożka kultury, pracuje w Muzeum Etnograficznym w Krakowie.  Zaangażowana w działania edukacyjne, promocyjne oraz badawcze. Dba także o to, by Muzeum było dostępne dla osób z niepełnosprawnościami.  

Dorota Majkowska-Szajer – antropolożka kultury, pracuje w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. Zaangażowana w przedsięwzięcia badawcze („Pamiątka rodzinna”, „Wesela 21”, „Wesela 21: audioportret”, „Życzenia”) oraz działania kuratorskie i wydawnicze. Bardzo lubi czytać, czasem pisze – dla dorosłych i dla dzieci.   

Agnieszka Marczak – polonistka i antropolożka, sekretarz redakcji „Barbarzyńcy. Pisma Antropologicznego”. Pracuje w Muzeum Etnograficznym w Krakowie, gdzie prowadzi badania terenowe („Rzemiosło 2.0”, „Stroje Krakowiaków zachodnich”, „Życzenia”) oraz śledzi związki ludzi i rzeczy (cykl „Mikrohistorie”). W czasie pandemii tworzy warzywniak na balkonie i uczy obcokrajowców języka polskiego.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Od 2018 r. związana z „Tygodnikiem Powszechnym”, moderatorka czytelniczej grupy dyskusyjnej Book's not dead. Pisze o najnowszej polskiej prozie oraz tematach społecznych. W 2019 r....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]