Żeby fikcja była fikcją

Gdy przysłuchujemy się zgiełkowi, uchodzącemu za debatę publiczną, do głowy przychodzi myśl oczywista – trzeba zastąpić słowo krzyczane słowem pisanym.
Czyta się kilka minut

Nie chodzi o to, że to drugie jest z natury lepsze, a tym bardziej mądrzejsze, jest za to po prostu ciche. Poza tym jego fikcyjność, bycie składową jakiejś fabuły, imaginacji jakiejś, budzi mniejsze wątpliwości. Piszesz – zmyślasz; mówisz, zwłaszcza zaś krzyczysz – uchodzisz za prawdziwszego, za serce wkładającego w sprawę, za autentyzmem sycącego kłamstwo, które głosisz. I właśnie dlatego, żeby fikcja była fikcją, co wydaje się wręcz koniecznością moralną, być może ostatnią szansą ocalenia jakiejkolwiek bądź rzeczywistości przed zagdakaniem, zadziobaniem, trzeba do dzieła włączyć pisarzy, ich wyobraźnię zaprosić do szaleństwa, niech zbudują koło zamachowe przyszłości. Niech napiszą świat niepodobny do niczego, opiszą Polskę wielką, sprawiedliwą i pobożną, zwracając tym samym bujdzie jej dzień po dniu szarganą godność. LGC – Literacki Gabinet Cieni.

Prawem felietonu, czyli kaduka, proponuję rozważyć następujący skład tegoż ciała.

Premier – kolektywny, złożony ze scenarzystów programu „Szpital”, który zdarzyło mi się parokrotnie podziwiać w oczekiwaniu na pewien program informacyjny. Ich atutem jest bezkompromisowy realizm. Historie z życia (np. młodego mężczyzny, który doznał ciężkich obrażeń ciała w wyniku upadku z drzewa, na które wspinał się, by podglądać teściową, albo dziewczyny, która nabrała pewności, iż należy się jej wydać za górala, niestety podrobionego, lecz we wzniosłym celu) pod względem prawdopodobieństwa w niczym nie ustępują faktom przedstawianym w następującym po nich serwisie informacyjnym. Rzekłbym nawet, że opowieści o chorych na serce płynnie przechodzą w opowieści o chorych na libido. Pierwsi niezbyt fortunnie starają się urzeczywistnić fantazje o życiu jako czymś gęstym i mającym smak, drudzy chcą wejść do historii, czyli zastąpić życie fabułą o sobie w jednej z głównych ról. Pierwsi chcą teściowej albo górala, drudzy po trupach – po trupach, gdyż wobec braku talentu trupów nie da się uniknąć – dążą do Oscara za niezapomniany film o bohaterskiej klęsce.

Minister spraw zagranicznych – Andrzej Stasiuk. Zna się na Niemczech („Dojczland” 2007), na kierunku wschodnim („Wschód” 2014), na Bałkanach („Jadąc do Babadag” 2004) i w ogólności na Europie Środkowej. Brak złudzeń co do charakteru krain, które spenetrował, rozległość i trzeźwość spojrzenia, Realpolitik, jakże ważną na tym stanowisku, wirtuozersko kojarzy z czułością dla momentu ludzkiego, który po mistrzowsku łowi w momencie historycznym.

Na ministra spraw wewnętrznych proponuję Marcina Świetlickiego. Od zawsze interesował się państwem („Państwo von Kleist”, „Państwo Guliwerowie”, „wszyscy zaśpiewamy piosenkę napisaną przez to cudne Państwo”) i kryminałem. Jest wyczuwalnie konserwatywny i niewątpliwie asertywny. Od dawna na własną rękę tropi korupcję („kto tam pieniądze weźmie (...) kto tam pieniądze weźmie”). Nadaje się idealnie.

Ministrem infrastruktury mianuję Ziemowita Szczerka. Nikt lepiej od niego nie zna się na drogownictwie. „Siódemka”, jego powieść sprzed roku, kontynuuje wcześniejsze studia porównawcze nad stanem polskich i ukraińskich arterii komunikacyjnych. Opisana przezeń eksperymentalna podróż z Krakowa do Warszawy uzmysławia ogrom potrzeb: ubytki w nawierzchni, koleiny, szkaradna architektura przydrożna, nieprawidłowości na stacjach benzynowych, niewłaściwie wyeksponowane miejsca pamięci narodowej, skandaliczne obyczaje kierowców (kac, alkohol, eliksiry) i wiele innych. Jego prozę cechuje obywatelska troska, reformatorski entuzjazm i wszelaki rozmach. Minister jak ulał.

Przy obsadzie resortu edukacji waham się między Manuelą Gretkowską (wiadomo) a Januszem Rudnickim (nie wiadomo). Może więc Rudnicki? Twardy, bezpruderyjny i wrażliwy niczym Charles Bukowski, skory do świecenia przykładem niczym Dalajlama, w dodatku autor nadal aktualnych opracowań specjalistycznych w dziedzinie komponowania spisu lektur szkolnych („Palę lektury!”, „GW” 19.7.2011).

Minister nauki – Wit Szostak, autor „Stu dni bez słońca” (2014), wariacji akademickiej. Pięknie przemawia, wspiera humanistykę.

Urzędujący ministrowie sprawiedliwości i wojska muszą zostać – kompilacja horroru i poetyki absurdu w ich wykonaniu nie ma sobie równych w literaturze światowej.

Skład niekompletny, skończyły się znaki. Niech Was nie zmyli, Drodzy Czytelnicy, żartobliwy ton niniejszej adhortacji: rząd specjalistów od fikcji uważam za jedyne wyjście z sytuacji, kiedy fikcją zajęli się pieniacze (od: piana słów, piana z ust). ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 15/2016