Zdobywała laury, podbijała sceny, a potem z nich zniknęła. Inwazja Rosji na Ukrainę przekreśliła wiele, ale Olga Pasiecznik i tak robi swoje

Zabierając się do pisania o Oldze Pasiecznik, zrozumiałam, że żyję w wieży z kości słoniowej. Przecież każdy zna jej wspaniały sopran i niepospolitą kulturę śpiewu. Każdy wie, jak niezwykłym jest człowiekiem. Zaraz: czy na pewno każdy?
Czyta się kilka minut
Olga Pasiecznik w spektaklu „Rodelinda” Georga F. Händla w Teatrze Królewskim w Łazienkach. Warszawa, 8 października 2023 r. // Fot. Tomasz Gzell / PAP
Olga Pasiecznik w spektaklu „Rodelinda” Georga F. Händla w Teatrze Królewskim w Łazienkach. Warszawa, 8 października 2023 r. // Fot. Tomasz Gzell / PAP

Czy w świecie, w którym nawet wybitny muzyk staje się produktem marketingowym – określonym nie przez to, na ile go sprawdzono, tylko miarą wymuszonego chwytliwym nagłówkiem clickbaitu – jest jeszcze szansa, że do opinii publicznej dotrze głos artystki skromnej aż do granic pokory, pełnej empatii, umiejącej postawić dobro innych ponad własną karierę?

Wrażliwość i głos

Są takie aspekty osobowości Pasiecznik, które dziś coraz mniej są w cenie, a bez których śpiewakom pisany jest co najwyżej ulotny status gwiazd, nie zaś artystów naprawdę wielkiego formatu. Poczynając od wrażliwości na język, która kształtuje nie tylko interpretację muzyczną, lecz także sposób myślenia i postrzegania świata.

Pasiecznik posługuje się mową swoich ojczyzn na poziomie wykraczającym daleko poza umiejętności nie tylko przeciętnych, lecz i doskonale wykształconych użytkowników polszczyzny i ukraińskiego. Dba o piękno każdej wypowiedzi, operuje celną metaforą, uważnie słucha rozmówców i bezbłędnie odczytuje przekaz zawarty w twórczości wokalnej dowolnej epoki.

Zagadnięta kiedyś o tytułową rolę w operze „Qudsja Zaher” Pawła Szymańskiego, odparła, że mniej ciekawi ją samo piękno głosu, niż oddanie tego, co było rzeczywistym zamiarem kompozytora. Żeby móc potem spojrzeć mu z czystym sumieniem w oczy. Albo spełnić intencję nieżyjącego już twórcy. Wielokrotnie podkreślała, że nie jest typową śpiewaczką. A mnie na te słowa robi się coraz rzewniej i smutniej. Bo dzisiejsza scena operowa domaga się artystów typowych – ku uciesze coraz mniej wyrobionej publiczności i z niepowetowaną szkodą dla muzyki.

Ojczyzny i miasta

Wychowała się w dwóch, a właściwie trzech rzeczywistościach kulturowych. Urodziła się w Równem, w zachodniej części Ukrainy – w mieście, które do 1939 r. znajdowało się w granicach Polski, po II wojnie światowej zostało włączone do Ukraińskiej SSR i dopiero od 1991 r. jest częścią niepodległej Ukrainy. Jej rodzice – ukraiński psycholog Ihor Pasicznyk i matematyczka o polskich korzeniach, Jadwiga z domu Antonowicz – przyjechali do Równego po studiach i zamieszkali w domu dla wykładowców ówczesnego Instytutu Pedagogicznego.

Zarówno Olga, jak i jej młodsza siostra, pianistka Natalia, podkreślają, że od dzieciństwa czuły się „skazane” na urzędowy język rosyjski. W domu mówiło się po ukraińsku. Znajomość polszczyzny Pasiecznik zawdzięcza przede wszystkim swej babce po kądzieli, Michalinie Antonowicz, która poświęcała dziewczynkom mnóstwo czasu pod nieobecność zajętych pracą naukową rodziców.

Jak wspomina w wywiadzie rzece, spisanym przez Agatę Kwiecińską i wydanym właśnie przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne pod tytułem „Bez makijażu”, babcia do późnej starości recytowała z pamięci klasyków polskich i ukraińskich – przede wszystkim jednak uformowała ją jako człowieka, wpoiła zasady, którymi Olga Pasiecznik kieruje się także w dorosłym życiu, nadała jej wyrazistą polską tożsamość, płynnie współistniejącą z tożsamością ukraińską.

Dziś obie siostry mówią, że mają dwie ojczyzny. Natalia ujmuje to czasem jeszcze inaczej: że mają dwoje dzieci – ona Ukrainę i Szwecję, w której osiadła pod koniec ubiegłego wieku, Olga Ukrainę i Polskę, dokąd trafiła w 1991 roku na studia podyplomowe po pierwszym, muzyczno-pedagogicznym fakultecie w Równem.

I w Polsce została, choć przez pewien czas krążyła między Lwowem, Kijowem i Warszawą, przystąpiła bowiem do egzaminów na trzech uczelniach i wszystkie przeszła pomyślnie. Po niedługim czasie zrezygnowała ze Lwowa. Kontynuowała edukację u legendarnej sopranistki koloraturowej Jewheniji Mirosznyczenko w konserwatorium kijowskim, oraz u Aliny Bolechowskiej, dysponującej innym, nieco „cięższym” typem sopranu, w warszawskiej Akademii Muzycznej. We własnym śpiewie umiejętnie połączyła obydwie szkoły, co dało jej biegłość w realizacji niezwykle szerokiego repertuaru: od opery barokowej, z którą kojarzy ją większość wielbicieli, przez klasykę romantyzmu i spuściznę impresjonistów francuskich, aż po kameralistykę wokalną i twórczość kompozytorów współczesnych.

Siła i proporcje

Wkrótce też okazała się niezwykle wrażliwą interpretatorką muzyki polskiej – m.in. Chopina, Szymanowskiego i Lutosławskiego – oraz ukraińskiej. Krytyka międzynarodowa już w 2000 r. pisała z przejęciem o jej płycie z dumkami, nagranej z siostrą dla francuskiej wytwórni Opus 111. Recenzenci prześcigali się w zachwytach. Olśniewający głos. Inteligentne frazowanie. Niezwykła siła wyrazu. Pięknie wyważone proporcje między głosem solowym i akompaniamentem.

Większości młodych śpiewaków z miejsca przewróciłoby się w głowie od podobnych komplementów. Tymczasem Pasiecznik cierpliwie uczyła się kolejnych ról w Warszawskiej Operze Kameralnej, z którą związała się jeszcze na studiach i pozostała w zespole aż do śmierci jej założyciela Stefana Sutkowskiego.

Zdobywała laury na prestiżowych konkursach wokalnych oraz nominacje i nagrody za wybitne kreacje na scenach i estradach w Polsce i za granicą. Współpracowała z najwybitniejszymi dyrygentami i specjalistami wykonawstwa historycznego, między innymi René Jacobsem, Trevorem Pinnockiem i Markiem Minkowskim. Realizowała pierwszoplanowe partie w nagraniach „Olimpiady” Pergolesiego z Alessandrem De Marchi, „Don Giovanniego” Mozarta ze wspomnianym już Jacobsem i „Pasji Mateuszowej” Bacha pod dyrekcją Jean-Claude’a Malgoire’a. Publiczność oklaskiwała ją gorąco, a krytyka wychwalała pod niebiosa na Festiwalu w Aix-en-Provence, w brukselskiej La Monnaie i Opéra Bastille w Paryżu.

Rodzina i dług

Pasiecznik nie zrobiła jednak wielkiej kariery międzynarodowej. W momencie, kiedy mogła podjąć kluczową decyzję, która zaważyłaby na jej przyszłości, wybrała rodzinę. I do tej pory nie żałuje, opowiadając z miłością o synu Nazarze i Juriju Płysce, za którego wyszła za mąż jeszcze przed przyjazdem do Polski i który do dziś wspiera ją w drodze przez życie, nie tylko artystyczne.

A w tym życiu prawdziwym, niewyobrażonym, wszystko zmieniło się w roku 2014, po „czarnym czwartku” na Majdanie w Kijowie, aneksji Krymu przez Rosję i wybuchu wojny w Donbasie. Większość Polaków śledziła rozwój wydarzeń ze zgrozą, ale i niewiarą w eskalację konfliktu, który w lutym 2022 r. przerodził się w osławioną „operację specjalną”, czyli trwającą po dziś dzień inwazję Rosji na Ukrainę. Tymczasem Olga Pasiecznik od dziesięciu lat – jak sama to określiła – spłaca dług wobec pierwszej ojczyzny.

Z początku jej działania spotkały się z całkowitym niezrozumieniem, także w Polsce. Pasiecznik, nie bacząc na to, że w ten sposób właściwie kończy działalność artystyczną za granicą, zaczęła odmawiać nie tylko wyjazdów do Rosji, lecz także występowania u boku rosyjskich artystów i wykonywania jakichkolwiek utworów z rosyjskiego repertuaru – na czele z uwielbianym przez Putina Rachmaninowem. Wołała na puszczy, że muzyka jest niezwykle skutecznym narzędziem rosyjskiej propagandy imperialnej. Rozumiała to jak nikt inny, dorastając w ponurych realiach upadającego Związku Radzieckiego i słusznie przeczuwając, że rosyjski niedźwiedź prędzej czy później i tak się odrodzi.

Koledzy nie chcieli jej słuchać, dyrektorzy teatrów przestali jej składać oferty, obojętni na rozwój wypadków wielbiciele opery dzielili się w mediach społecznościowych wrażeniami z przedstawień z udziałem gwiazd, które otwarcie wspierały Federację Rosyjską w walce z „terrorem ukraińskich faszystów”. Sytuacja uległa gwałtownej zmianie w 2022 r., także na zachodzie Europy. Olga Pasiecznik ruszyła z ofensywą wsparcia dla uchodźców z Ukrainy i walczących w kraju rodaków; przede wszystkim zaś z jeszcze większym zapałem niż dotychczas włączyła się w akcję promocji kultury i muzyki ukraińskiej – m.in. utworów Borysa Latoszyńskiego, Myrosława Skoryka i Wałentyna Silwestrowa, których nazwiska przebiły się wreszcie do świadomości polskich melomanów. Zaproszona przez organizatorów Międzynarodowego Konkursu Wokalnego w ’s-Hertogenbosch (tego samego, na którym prawie trzydzieści lat wcześniej zdobyła II nagrodę, ex aequo między innymi ze wspaniałą brytyjską mezzosopranistką Sarah Connolly) do występu na koncercie finałowym i napisania noty do książki programowej, sformułowała przejmującą odezwę do „Drogiego Przyjaciela”.

Tekst, cytowany w książce „Bez makijażu” w przekładzie Jolanty Bujas-Poniatowskiej, rozpoczyna się tak: „kreślę te słowa, kiedy moi rodzice – profesorowie uniwersyteccy – od ponad dwóch miesięcy przesiadują dniami i nocami w schronach i nie przestają uczyć pomiędzy kolejnymi alarmami bombowymi; kiedy szwagier mojego męża, ojciec piątki dzieci, został zastrzelony przez rosyjskich żołnierzy tylko dlatego, że niósł pomoc humanitarną cywilom na wschodzie kraju; kiedy sędziwi rodzice mojego przyjaciela dyrygenta zostali bestialsko zastrzeleni przez Rosjan pod swoim domem; kiedy agresorzy bombardują ukraińskie teatry, muzea, kościoły, szkoły, szpitale, domy i przedszkola”. Pasiecznik nie mogła jednak wybaczyć jurorom konkursu, że dwie najważniejsze nagrody i tak zgarnął młody tenor rosyjski – mimo że od tamtej pory jego noga nie postała w żadnym z rodzimych teatrów operowych.

Wojna i sen

Minęły dwa lata. Cierpienia Ukraińców przestały spędzać Europie sen z powiek. W polskiej przestrzeni publicznej znów pojawiły się nastroje antyukraińskie – rażąco niespójne z podtrzymywanym przez wiele instytucji bojkotem twórców rosyjskich, zdaniem wielu obserwatorów życia muzycznego głębiej umotywowanym nienawiścią Polaków do Rosjan niż ich miłością do narodu ukraińskiego.

A Olga Pasiecznik i tak robi swoje. Pomaga swej pierwszej ojczyźnie, albo – trawestując słowa jej siostry Natalii – opiekuje się nią jak skrzywdzonym, zbolałym dzieckiem. Na stronie internetowej warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego figuruje jako Olha Plyska-Pasichnyk – żeby podkreślić wszystko, co łączy ją z krajem rodzinnym. Wciąż występuje w założonej przed siedmiu laty Polskiej Operze Królewskiej, w której znalazło schronienie wielu artystów dawnej WOK. Daje pojedyncze koncerty za granicą. Gości na polskich festiwalach. Jeździ „Z klasyką przez Polskę” i przyznaje, że występy przed publicznością, która nie kryje wzruszenia, mimo że nigdy przedtem nie miała do czynienia z muzyką Händla, dają jej wystarczające poczucie artystycznego spełnienia.

I tylko ten ból, który nie tylko jej nie opuszcza, ale wręcz narasta. Ból niezgody na obojętność wobec ludzkiej krzywdy, koniunkturalizm i hipokryzję polityków, poczucie wyższości jednego narodu nad drugim, umywanie rąk od zaangażowania w „nie naszą” wojnę. „Czasem mam nadzieję – zwierza się Olga Pasiecznik w ostatnim zdaniu wywiadu rzeki – że się obudzę i okaże się, że to wszystko było tylko strasznym snem i się w ogóle nie wydarzyło. Ale po przebudzeniu okazuje się, że wojna jest, że nadal trwa”.

Nie mam na to słów pociechy. Może poza tym, że i ja mam pewną nadzieję – że jeszcze kiedyś usłyszę Pasiecznik w którymś z wielkich europejskich teatrów operowych: w roli na miarę jej mądrości i doświadczenia, być może napisanej specjalnie z myślą o niej, jak kiedyś uczynił to Paweł Szymański. A tymczasem życzę sobie, by nigdy nie odeszła mnie pamięć o wielu jej Roksanach z „Króla Rogera” Szymanowskiego; o „Qudsji Zaher”, spektaklu TW-ON, o którym pisałam kiedyś na tych łamach, że Pasiecznik stworzyła w nim „intensywną postać kobiety niechcianej, niepotrzebnej, tragicznie uwikłanej w sprawy świata, które jej nie dotyczą”; i niech mi bohaterka tego szkicu wybaczy – o jej wzruszającej Tatianie z „Oniegina” Czajkowskiego na scenie Warszawskiej Opery Kameralnej. Bo krytykom zdarza się płakać na widowni jeszcze rzadziej niż śpiewakom na scenie.

Bez makijażu. Olga Pasiecznik w rozmowie z Agatą Kwiecińską, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Śpiewająca na puszczy