Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Przewodnik subiektywny

Przewodnik subiektywny

30.09.2013
Czyta się kilka minut
Narodowa scena operowa poszukuje tożsamości. Oskarżana niegdyś o konserwatyzm, pod dyrekcją Waldemara Dąbrowskiego i Mariusza Trelińskiego nareszcie przyciąga nowych odbiorców.
„Lohengrin” Wagnera na deskach opery w Cardiff (koprodukcja Teatru Wielkiego – Opery Narodowej z Welsh National Opera) Fot. Bill Cooper
W

W Teatrze Wielkim – Operze Narodowej wybrano kompromis. Zamiast pójść śladem teatrów niemieckich, które od lat trwają konsekwentnie przy systemie repertuarowym, wystawiając niejednokrotnie po czterdzieści kilka tytułów w sezonie, od pozycji „żelaznych” po eksperymenty sceniczne; zamiast zdecydować się na radykalny system stagione, stosowany w niektórych operach obszaru frankofońskiego, gdzie pojedyncze dzieło jest wystawiane nawet przez miesiąc, w doborowej, zaangażowanej specjalnie w tym celu obsadzie, po czym na pewien czas schodzi z afisza, ustępując miejsca kolejnej produkcji – zdecydowano się na rozwiązanie pośrednie.
 Repertuar sceny warszawskiej obejmie w tym sezonie po kilkanaście przedstawień operowych i baletowych, prezentowanych seriami znacznie krótszymi niż w „prawdziwym” systemie stagione i powtarzanych zbyt rzadko, żeby można je było uznać za stałe elementy „ekspozycji” muzyczno-teatralnej, jaką buduje choćby berlińska Staatsoper. Trudno pogodzić wszystkich znawców i miłośników, trudno też czasem przeskoczyć bariery finansowe i logistyczne, z którymi w czasach kryzysu boryka się także ­Teatr Wielki – Opera Narodowa.
Jedno jest pewne: w tym sezonie, podobnie jak w poprzednich, na scenie warszawskiej pojawią się spektakle wyczekiwane: opery rzadko goszczące w polskich teatrach, prapremiery dzieł rodzimych kompozytorów, balety klasyczne i nowe propozycje utalentowanych choreografów. Będzie więc w czym wybierać.
Skórki z pomarańczy
Na początek „Diabły z Loudun” Krzysztofa Pendereckiego (2 października) – legendarny już utwór nestora polskich kompozytorów, obchodzącego w tym roku 80. rocznicę urodzin. Dzieło tyleż wybitne, co kontrowersyjne, począwszy od prapremiery w 1969 r. w Hamburgu (reżyseria Konrada Swinarskiego) przyjmowane z mieszanymi uczuciami przez krytykę światową. Operowa adaptacja sztuki Johna Whitinga, opartej z kolei na powieści Aldousa Huxleya, przyciągała ówczesnych odbiorców przede wszystkim librettem, opowiadającym tragiczną historię księdza Urbana Grandiera, oskarżonego przez Matkę Joannę, przeoryszę klasztoru urszulanek w Loudun, o opętanie zakonnic i konszachty z diabłem. Muzyka okazała się równie szokująca jak treść. Jedni nie szczędzili zachwytów, porównując dzieło Pendereckiego z „Wozzeckiem” Berga, drudzy oskarżali kompozytora o brak inwencji muzycznej i skłonność do efekciarstwa. W Paryżu w 1972 r. poleciały na scenę zgniłe warzywa i skórki z pomarańczy, cztery lata później w Lizbonie operę przyjęto owacją na stojąco. Zaliczam się do wielbicielek „Diabłów” i z niecierpliwością wyglądam nowej wersji utworu, przygotowanej przez samego kompozytora, który dokonał licznych zmian w instrumentacji, zmniejszył obsadę orkiestry i dokomponował kilka fragmentów, posługując się zgoła innym językiem muzycznym niż w wersji pierwotnej. Mając w uszach aksamitne brzmienie głosu Andrzeja Hiolskiego, pierwszego wykonawcy partii Grandiera, z ciekawością czekam też występu barytona Louisa Oteya: śpiewak odniósł w lutym wielki sukces na scenie Det Kongelige Teater w Kopenhadze, koproducenta warszawskiego spektaklu w reżyserii Keitha Warnera.
Sinobrody i patriarchat
Miłośnicy talentu choreograficznego Jacka Tyskiego będą mieli okazję ocenić jego pełnospektaklową wersję „Hamleta” z muzyką Beethovena, przygotowywaną – podobnie jak „Romeo i Julia” Prokofiewa – z myślą o nadchodzących obchodach 400. rocznicy śmierci Szekspira (premiera 3 października). O swoich oczekiwaniach w związku z tym spektaklem pisze obok Aleksandra Rembowska, ja tylko dodam, że z przyjemnością zobaczę na scenie kilkoro ulubionych tancerzy Polskiego Baletu Narodowego, z Aleksandrą Liashenko, Yuką Ebiharą i Pawłem Koncewojem na czele.
Z zaintrygowaniem, ale też niepokojem śledzę przygotowania do premiery dwóch zaniedbanych w Polsce jednoaktówek: „Jolanty” Czajkowskiego i „Zamku Sinobrodego” Bartóka. Spektakl w reżyserii Mariusza Trelińskiego (13 grudnia) ma przewrotnie połączyć baśniową historię niewidomej księżniczki – wychowywanej przez nadopiekuńczego ojca w nieświadomości własnego kalectwa i uleczonej dzięki miłości hrabiego Vaudemonta, który odkrywa przed nią prawdę ­– z mroczną, pełną symboli opowieścią o wielokrotnym mordercy i jego ostatniej pozostałej przy życiu żonie, która przywiedzie go wreszcie do zguby.
Treliński zrealizował operę Czajkowskiego już wcześniej, w 2009 r., w Teatrze Maryjskim w Petersburgu (wówczas w parze z „Aleko” Rachmaninowa). Jego Jolanta nie była szczęśliwa ani przed odzyskaniem wzroku, ani tym bardziej potem – i nic dziwnego, skoro reżyser powiązał tragiczną historię Cygana Aleko, porywczego męża, który zabija swą niewierną żonę, z pełną nadziei baśnią o dobroczynnej potędze uczucia, by stworzyć zaskakującą narrację o niedoli kobiet w świecie rządzonym przez patriarchat. Chodzą słuchy, że libretto „Jolanty” i tym razem nie ostanie się w starciu z koncepcją reżysera, której wszelako trudno odmówić spójności i konsekwencji. Nie uprzedzajmy wypadków; cieszmy się na rzadko wystawianą poza Rosją jednoaktówkę Czajkowskiego i jedno z największych arcydzieł operowych XX wieku – „Zamek Sinobrodego”. Obydwa utwory zabrzmią pod batutą Valery’ego Gergieva, można więc oczekiwać przedstawienia na ponadprzeciętnym poziomie.
Scena z łabędziem
Ogromnie się cieszę na dwa spektakle Polskiego Baletu Narodowego: „Romea i Julię” Prokofiewa w choreografii Krzysztofa Pastora (7 marca) i „Don Kichota” Minkusa (29 maja) w klasycznym układzie Mariusa Petipy, opracowanym w 1902 r. przez Aleksandra Gorskiego i wznowionym w 1999 r. przez Alexeia Fadeyecheva na scenie moskiewskiego Teatru Bolszoj. To przedstawienia sprawdzone i uznane przez krytykę (choreografia Pastora powstała w 2008 r. dla Scottish Ballet), które z pewnością utrzymają się długo na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Co ciekawe, Krzysztof Pastor konsekwentnie buduje ofertę repertuarową, złożoną zarówno z eksperymentów, nowych ujęć klasyki, jak i pieczołowitych rekonstrukcji arcydzieł sztuki baletowej. Miłośnicy baletu nie powinni czuć się zawiedzeni, zwłaszcza że partytura Prokofiewa trafi w ręce Łukasza Borowicza, jednego z najzdolniejszych i najbardziej wszechstronnych dyrygentów polskich.
Już ostrzę sobie zęby na premierę „Lohengrina” Wagnera w reżyserii Antony’ego McDonalda (11 kwietnia, koprodukcja z Welsh National Opera w Cardiff). Walijska inscenizacja doczekała się w maju bardzo przychylnych recenzji: McDonalda chwalono za prostotę koncepcji, precyzję gestu, urodę obrazów scenicznych i pomysłowość niektórych rozwiązań, zwłaszcza prześladującej reżyserów po nocach słynnej sceny z łabędziem. Miejmy nadzieję, że spektakl przekona młodszych widzów, wchodzących dopiero w świat mistrza z Bayreuth – jest nowoczesny w wyrazie, a zarazem nie odbiega zbyt daleko od zamysłu kompozytora. Trzymam kciuki za wykonawcę partii tytułowej, litewskiego tenora Kristiana Benedikta.
Biały wieloryb
Druga odsłona „Projektu P” (26 kwietnia) zapowiada się równie ciekawie, jak poprzednia. Twórców obydwu oper kameralnych („Zwycięstwo nad Słońcem” Sławomira Wojciechowskiego i „Solarize” Marcina Stańczyka) różni właściwie wszystko: pierwszy słynie z żelaznej dyscypliny kompozytorskiej, utwierdzonej na kursach u Helmuta Lachenmanna i Karlheinza Stockhausena, drugi nawiązuje w swojej twórczości do francuskiego spektralizmu i „muzyki ciszy” w ujęciu Salvatore Sciarrina. Połączy ich osoba reżysera Krzysztofa Garbaczewskiego, enfant terrible młodego teatru polskiego, bezkompromisowego badacza współczesnej tożsamości, oskarżanego przez wielu o dezynwolturę, wulgarność i zabijanie pamięci zbiorowej. Bardzo jestem ciekawa tego przedsięwzięcia, przede wszystkim ze względu na obu kompozytorów, których twórczość niezwykle cenię. Mam nadzieję, że osobowość reżysera nie zdeprymuje żadnego z nich i wyjdą z tej próby zwycięsko.
I wreszcie „Moby Dick” Eugeniusza Knapika (25 czerwca). Kolejne dzieło po „Qudsji Zaher” Pawła Szymańskiego, na które czekamy od lat, ściślej od roku 2005, kiedy po raz pierwszy zabrzmiało „Introduction to Mystery” na tenor, chór i orkiestrę, czyli prolog do dramatu muzycznego na motywach powieści Hermana Melville’a. Bo też opera Knapika jest tajemnicą, nie tylko dla wielbicieli talentu jednego z najwybitniejszych przedstawicieli „nowego romantyzmu”. Ma strukturę kołową: zaczyna się od końca, od symbolicznej sceny, w której Ismael dryfuje samotnie pośrodku oceanu, trzymając się kurczowo pustej trumny, w której miał kiedyś spocząć jego wierny towarzysz Queequeg. Co się stało z Ahabem, ze Starbuckiem i z białym wielorybem? Czy opera złoży się w wielką narrację o walce między przeznaczeniem a człowiekiem i jego wolą?
Tego dowiemy się już za kilka miesięcy, a naszą przewodniczką po „Moby Dicku” będzie Barbara Wysocka, reżyserka, dla której w 2010 r. złamaliśmy zasady Paszportu Polityki, nominując ją – z powodzeniem – do nagrody w kategorii „muzyka poważna”, za inscenizację opery Glassa „Zagłada domu Usherów”. Nadal wiążę z Wysocką ogromne nadzieje i widzę ją w gronie przyszłych odnowicieli polskiej reżyserii operowej.

DOROTA KOZIŃSKA jest krytykiem muzycznym, członkiem redakcji „Ruchu Muzycznego”, tłumaczką, a także podróżniczką, autorką książki „Dobra pustynia”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Latynistka, tłumaczka, krytyk muzyczny i operowy. Wieloletnia redaktorka „Ruchu Muzycznego”, wykładowczyni historii muzyki na studiach podyplomowych w Instytucie Badań Literackich PAN,...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]