Zdecyduje ten trzeci

Jest już niemal pewne, że wybory do Bundestagu wygra Angela Merkel, a drugie miejsce zajmą socjaldemokraci Martina Schulza. Ale o składzie przyszłej koalicji i rządu przesądzą wyniki mniejszych partii.

19.09.2017

Czyta się kilka minut

„Z sukcesem dla Niemiec” – kampania wyborcza kanclerz Merkel. Okolice Düsseldorfu, wrzesień 2017 r. / WOLFGANG RATTAY / REUTERS / FORUM
„Z sukcesem dla Niemiec” – kampania wyborcza kanclerz Merkel. Okolice Düsseldorfu, wrzesień 2017 r. / WOLFGANG RATTAY / REUTERS / FORUM

Czy nuda w polityce przynosi więcej szkody, czy pożytku? Wydawałoby się, że to tylko abstrakcyjne pytanie. A jednak niemieccy komentatorzy na poważnie dyskutują je na ostatniej prostej przed wyborami do Bundestagu, które odbędą się w najbliższą niedzielę, 24 września.

Trudno bowiem emocjonować się pojedynkiem, który na pierwszy rzut oka wydaje się już rozstrzygnięty. W listopadzie na czele nowego niemieckiego rządu stanie po raz czwarty Angela Merkel. Według sondaży chadecja (CDU/CSU), której przewodzi pani kanclerz, może liczyć na 37-39 proc. poparcia. Od kilku miesięcy wyraźnie prowadzi ona nad lewicową SPD Martina Schulza. Na jego partię według sondaży chce głosować tylko 22-24 proc. Niemców.

Brak wyraźnego sporu

Nie zmieniła tego jedyna telewizyjna debata Merkel i Schulza na początku września. Szef SPD, który nieustannie krytykuje Merkel za unikanie bezpośredniej konfrontacji i dyskusji, nie zdołał odwrócić sytuacji na swoją korzyść. Mimo jego prób zaznaczenia różnic między sobą a kanclerz Merkel, debata była spokojna, a oboje kandydaci przytakiwali sobie niemal tak często, jak się spierali. „Dlaczego od razu nie powtórzyć Wielkiej Koalicji”, czyli obecnego aliansu chadecko-socjaldemokratycznego – komentowała z sarkazmem internetowa redakcja „Der Spiegel”.

W efekcie polityczny Berlin zżyma się na brak wyraźnego sporu między głównymi przeciwnikami. – Gdy na początku roku Merkel zapowiadała swoją najtrudniejszą kampanię wyborczą w historii, a Martin Schulz [wtedy świeżo mianowany przez SPD jako jej kandydat na kanclerza – red.] zyskiwał w sondażach, wszystko wskazywało na zacięty pojedynek – mówi „Tygodnikowi” Frank Burgdörfer, politolog i szef prywatnej agencji edukacji politycznej.

Te oczekiwania się nie spełniły. Entuzjazm mediów i wyborców, który jeszcze w marcu wyniósł sondażowe słupki poparcia dla Schulza na poziom bliski poparciu dla Merkel, szybko opadł. SPD przegrała z CDU pod rząd trzy tegoroczne wybory do parlamentów krajów związkowych (landów), a sam Schulz zbierał krytykę za rzekomy brak konkretnych propozycji wyborczych.

Łatki polityka przegranego i niekonkretnego nie udało mu się już pozbyć. Nowe pomysły, które jakby na przekór wysuwał w ostatnich tygodniach – czy to w sferze podatków, czy też edukacji – spływały obojętnie zarówno po rywalce, jak też po opinii publicznej. – Jestem zawiedziony. Mamy wiele ważnych problemów, które wymagają intensywnej społecznej debaty: digitalizacja, emerytury, zabezpieczenia społeczne czy przyszłość UE. Ale w tej atmosferze o nich nie dyskutujemy – dodaje Burgdörfer, sam od 13 lat członek CDU.

Czwórka w pogoni

O ile walka między dwiema największymi partiami wydaje się ospała i już rozstrzygnięta, o tyle pojedynek o trzecie miejsce jest teraz najważniejszy – z punktu widzenia składu przyszłej koalicji rządowej oraz pracy Bundestagu w jego przyszłej kadencji. Główne pytanie brzmi: kto będzie koalicjantem Angeli Merkel, a kto przywódcą opozycji?

Wiemy już, że następny Bundestag będzie bardziej zróżnicowany. Poza dwiema partiami dzisiejszej opozycji – czyli Lewicą oraz Zielonymi – realną szansę na wejście do Bundestagu mają jeszcze liberalna FDP (w obecnej kadencji nieobecna: w 2013 r. nie udało się jej przekroczyć pięcioprocentowego progu), a także mocno prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD). W sondażach wszystkie cztery partie idą mniej więcej łeb w łeb, zbierając od 7 do 10 proc. poparcia.

Wiadomo też na pewno, że w przyszłym rządzie nie będzie dwóch skrajnych formacji: ani Lewicy (spadkobierczyni komunistów z NRD), ani AfD. To wykluczyła już sama Merkel. W obecnej układance pozostają jej zatem trzej możliwi partnerzy: ponownie SPD, FDP albo Zieloni.

Burgdörfer, który na naszą rozmowę przychodzi prosto ze spotkania w jednym z ministerstw, relacjonuje: – Nastroje są napięte, bo resort może przypaść po wyborach jednej z aż pięciu partii [uwzględniając osobno CDU i jej siostrzaną bawarską CSU – red.].

Na dwa tygodnie przed wyborami sondaże wskazywały na dwie możliwe rządowe konstelacje: powtórkę Wielkiej Koalicji chadeków i socjaldemokratów lub porozumienie między CDU, FDP oraz Zielonymi, nazywane od kolorów tych partii (odpowiednio: czarny, żółty i zielony) „koalicją jamajską”. Dla koalicji wyłącznie „czarno-żółtej” (chadecja i liberałowie) lub „czarno-zielonej” (chadecja i Zieloni) brakowało paru procent poparcia.

Nieznośny ciężar współrządzenia

Problem w tym, że przynajmniej oficjalnie żadna z powyższych trzech partii, które wchodzą w grę jako przyszli koalicjanci Angeli Merkel, nie pali się do zasiadania w rządowych ławach. Z jednej strony to taktyka, aby nie zniechęcić potencjalnych wyborców i nie sprzedać tanio skóry podczas koalicyjnych negocjacji. Ale z drugiej strony to realna obawa przed zdominowaniem przez Merkel, która znana jest z przejmowania pomysłów zarówno konkurentów, jak i koalicjantów.

Szczególnie dobrze pamiętają to liberałowie z FDP, którzy na wspólnych rządach z chadekami w latach 2009-13 wyszli tak, że w wyborach z 2013 r. spadli poniżej progu wyborczego – i przez ostatnie cztery lata musieli odbudowywać swoją partię niemal od zera.

Dzisiaj pod wodzą 38-letniego Christiana Lindnera pozycjonują się jako młoda i alternatywna siła, otwarta na cyfrową rzeczywistość i odrzucająca stare podziały między lewicą i prawicą. Ma być nieszablonowo i odważnie: partia stawia na swego lidera, którego widać na niemal wszystkich partyjnych plakatach (wygląda na nich bardziej na modela niż polityka). Uwagę mediów Lindner przyciąga z kolei kontrowersyjnymi wypowiedziami, jak tą o konieczności uznania rosyjskiej aneksji Krymu za „trwałe prowizorium”, aby odłożyć tę kwestię na bok w bieżących kontaktach z Moskwą.

W przeszłości liberałowie byli zawsze naturalnym kandydatem do rządowej koalicji z chadecją. Ale teraz ich problemem są kadry: po „czyśćcu” ostatnich lat mało jest w partii polityków z rządowym doświadczeniem. Wielu będzie musiało dopiero odnaleźć się w parlamentarnej pracy.

Także socjaldemokraci niechętnie podchodzą do ponownej koalicji z Merkel. Mimo wprowadzenia w życie czołowych punktów programu z ostatnich wyborów – m.in. płacy minimalnej i możliwości przejścia na emeryturę od 63. roku życia – poparcie dla SPD maleje. Dlatego wielu jej członków wolałoby, aby SPD przeszła do opozycji i wypracowała nowy, silny lewicowy program.

Choć w sondażach Wielka Koalicja zdobywa największe społeczne poparcie (taki rząd popiera 44 proc. Niemców), to jej koniec jest dosyć często słyszanym w Berlinie życzeniem. – Silna opozycja pod wodzą SPD byłaby dobra dla Niemiec, bo będzie oznaczać ostrą dyskusję między umiarkowanymi partiami, a nie wzmacniać podział między nimi a AfD – uważa Frank Burgdörfer.

Najbardziej chętni do koalicji z Merkel wydają się być Zieloni. Być może dlatego, że w wyścigu o trzecie miejsce są na końcu stawki. Partia z korzeniami w lewicowych studenckich protestach lat 60. XX w. ewoluuje niczym dawni rewolucjoniści – i dziś ze swym w istocie mieszczańskim obliczem jest coraz bliżej chadecji. Obie partie dogadałyby się też w polityce zagranicznej: to właśnie Zieloni, wyczuleni na kwestię praw człowieka, intensywnie zajmowali się rosyjską agresją przeciw Ukrainie i ostro krytykowali Putina.

Po pierwsze: stabilność

Pytanie o przyszłego koalicjanta jest ważne, bo Angela Merkel już nie raz pokazywała, że jest gotowa zmieniać swoją politykę zależnie od społecznych nastrojów. Dlatego niemieccy komentatorzy pytają: czy w najbliższej kadencji rządzić będzie „lewicowa”, „zielona”, czy może „liberalna” Merkel?

Sama kanclerz pozostaje przy tym tak niekonkretna, jak to tylko możliwe. Byle nikogo nie zantagonizować, byle nie podejmować ostatecznej decyzji. Nawet hasło wyborcze chadeków brzmi jak bukoliczne zaklęcie: „Dla Niemiec, w których dobrze i chętnie żyjemy”. Efekt: po II wojnie światowej tylko kanclerze Konrad Adenauer i Helmut Kohl urzędowali dłużej niż ona.

– Tradycyjnie wyborcom mniej przeszkadza, kiedy CDU ma mniej prezycyjny program. Z kolei od SPD zawsze wymagają, żeby przedstawiła coś konkretnego – przyznaje Burgdörfer.

Ten styl rządzenia jest znany i często krytykowany. Ale co z tego, skoro jest skuteczny, a to wszak najważniejsze. Po 12 latach rządów kanclerz nie wygra bowiem wyborów swoim programem, ale swoją osobą. – Merkel ma swoją partię pod kontrolą, umie rozmawiać ze światowymi przywódcami i ma do nas, Niemców, dobre podejście. Dobrze nami rządzi – wyjaśnia swoje wyborcze preferencje 80-letni Dietrich z berlińskiej dzielnicy Schöneberg.

Brak potrzeby jakiejś radykalnej zmiany wyjaśnia fakt, iż większość Niemców jest zadowolona z rozwoju sytuacji w kraju. Według badań Fundacji Bertelsmanna takiego zdania jest 59 proc. obywateli (średnia w Unii Europejskiej to 36 proc.). Niemcy relatywnie dobrze oceniają też swoje osobiste położenie materialne: tylko 23 proc. uważa, że ich sytuacja ekonomiczna pogorszyła się w ostatnich dwóch latach (średnia dla Unii to 34 proc.).

Poza tym w roli silnego i wiarygodnego przywódcy kanclerz stawia – czy komuś się to podoba, czy też nie – rozwój sytuacji politycznej w świecie. Merkel umiejętnie krytykuje niepopularnych w Niemczech przywódców podważających liberalny porządek w Europie: Erdoğana, Putina czy Orbána.

Wrzenie na prawym skrzydle

Ten pozorny spokój na niemieckiej scenie politycznej ma jednak swoją cenę.

O ile podziały pomiędzy głównymi partiami nie są tak głębokie jak w innych zachodnich społeczeństwach, to zbliżające się wybory eksponują pogłębiający się spór między głównym politycznym nurtem a partiami pozostającymi na jego marginesach, zwłaszcza mocno prawicową Alternatywą dla Niemiec.

Powstała ona w 2013 r. na fali sprzeciwu wobec wspólnej waluty – i już przed czterema laty była blisko wejścia do Bundestagu. Do przekroczenia pięcioprocentowego progu wyborczego zabrakło jej wtedy tylko 0,3 proc. głosów. Po tej porażce być może zniknęłaby z politycznego krajobrazu, gdyby nie kryzys migracyjny z 2015 r. Pod jego wpływem partia zradykalizowała się, usunęła swych umiarkowanych liderów i od dwóch lat ostro atakuje Merkel za decyzję o przyjęciu uchodźców.

W kampanii wyborczej AfD skutecznie wykorzystuje retorykę antyimigrancką i antymuzułmańską. Na wyborczych plakatach partii widać np. brzuch kobiety w ciąży z podpisem: „Nowi Niemcy? Robimy ich sami”. Na innym dwie kobiety w strojach kąpielowych i hasło: „Burka? Wolimy bikini”.

Kontrowersje wywołuje duet czołowych kandydatów partii. Alexander Gauland – były wieloletni działacz CDU – na jednym z wieców życzył sobie „usunięcia” w Anatolii sekretarz stanu do spraw integracji z tureckimi korzeniami (jego wypowiedź bada prokuratura). Z kolei Alice Weidel, była analityczka banku Goldman Sachs, musi zaprzeczać właśnie doniesieniom dziennika „Die Welt”, jakoby w mailu z 2013 r. tak pisała o rządzie Merkel: „To świnie i nic więcej, jak tylko marionetki aliantów z II wojny światowej”. Fakt, że AfD jest zarazem mocno prorosyjska, powinien być istotny zwłaszcza z polskiego punktu widzenia (choć warto odnotować, że wysoce podejrzana prorosyjskość AfD odgrywa też coraz większą rolę także w dyskusji wewnątrzniemieckiej).

Jednak to, co oburza liberalne centrum, raczej nie przeszkadza zwolennikom AfD. Partii udało się skanalizować radykalne nastroje prawicowych protestów, które zaogniły się po tamtych letnich miesiącach roku 2015, przede wszystkim we wschodnich landach. Podczas kampanii w wielu miejscowościach na Angelę Merkel czekały grupy protestujących, którzy gwizdami i buczeniem próbowali zagłuszać jej wystąpienia. Niewątpliwie to AfD rozbudziła wśród swego elektoratu najsilniejsze emocje w tej kampanii.

Izolacja czy dyskusja?

Według sondaży na Alternatywę dla Niemiec chce głosować co dziesiąty zdeklarowany wyborca – i bardzo możliwe, że to właśnie ta partia będzie trzecią frakcją w Bundestagu.

Według badań Fundacji im. Hansa Böcklera (bliskiej związkom zawodowym) elektorat tej partii jest tak zróżnicowany jak społeczeństwo: wybierają ją zarówno słabo, jak i dobrze sytuowani. Decydująca jest subiektywna ocena własnej sytuacji życiowej: przede wszystkim obawa przed degradacją społeczną oraz poczucie osobistego poszkodowania. Wyborcy AfD, niezależnie od dochodów, widzą samych siebie w niższych częściach drabiny społecznej.

Perspektywa, że posłowie AfD zasiądą w Bundestagu, już teraz wywołuje niepokój i dyskusje w szeregach pozostałych partii. Zgodnie z regulaminem parlamentu każda frakcja obsadza bowiem stanowisko jednego wiceprezydenta (tj. wicemarszałka) izby, proporcjonalnie rozdzielane są też przewodnictwa w komisjach. Jeszcze więcej funkcji AfD mogłaby uzyskać, gdyby została największą frakcją opozycyjną.

Jeszcze przed wakacjami Bundestag zmienił więc przepis regulujący rytuał otwarcia pierwszego posiedzenia po wyborach. Nie poprowadzi go, jak dotychczas, najstarszy wiekiem poseł, gdyż prawdopodobnie będzie nim członek AfD. W zamian za to posiedzenie otworzy poseł z najdłuższym stażem, czyli zapewne obecny minister finansów Wolfgang Schäuble z CDU. Tylko czy zmienianie reguł to dobra odpowiedź na prawicowych populistów? Na pewno służy to AfD – do dalszego prezentowania się jako „ofiary systemu”.

Inni proponują, aby wejść w dialog ze zwolennikami AfD, tak aby „rozbroić” ich protest. Frank Burgdörfer, który w prowadzonych przez siebie warsztatach i dyskusjach często trafia na zwolenników AfD, jest zwolennikiem debaty. – Zbyt często moralizujemy zamiast dyskutować. Jeśli wziąć wyborców AfD na serio i pokazać im szacunek poprzez dialog, można szybko do nich dotrzeć. Zdecydowanie krytycznie należy jednak reagować, gdy zwolennicy tej partii szczują na innych lub rozpowszechniają fałszywe informacje – mówi.

Burgdörfer spodziewa się, że frakcja AfD w Bundestagu szybko popadnie w wewnętrzne konflikty. – Albo sami się rozpadną, albo dostosują się do reguł gry. Ale powinniśmy być spokojniejsi, bo AfD jest jak szczepionka dla demokracji. Dzięki instytucjom dotrzemy do tej części społeczeństwa, która teraz czuje się opuszczona – przekonuje.

Z jednej strony wejście Alternatywy dla Niemiec do Bundestagu zaostrzy zatem retorykę politycznego sporu, ale z drugiej będzie szansą na wciągnięcie tej partii w orbitę demokratycznych instytucji. Przyszłość pokaże, czy to AfD zmieni niemiecki parlament, czy też to parlament zmieni AfD. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2017